Przekraczasz mistyczną bramę, okalaną bluszczem, korony liściaste osłaniają drogę, czyniąc ją ciemną i magiczną. Drzewa powykręcane, jak zatrzymane w tańcu, mgła jak oddech Boga, ciepło drzewca z ognia na środku polany, ukrytego w międzylesiu. W głębi grota, jaskinia skalna; półki i rozpadliny skalne są dla większości domem.


Stado:
♀: 10 | ♂: 4

Ogłoszenia:
- Mamy mały zastój, jednak blog nadal jest aktywny.
- Proszę zgłaszać się po zadania do hierarchii pod odpowiednią zakładką

Zapraszamy w Nasze szeregi!

Nieobecni:
- Tin
- Dalia

27 listopada 2013

Północ cz. II

    Poranek powitał mnie złocistą łuną. Promienie słoneczne zatrzymywały się na delikatnej mgle, która unosiła się nad zimną po nocy ziemią. Budynki i wszelka inna infrastruktura zdawały się być skąpane w złotym dymie. Miasto ożywało: na ulicach pojawiali się pierwsi ludzie - kupcy, którzy najwcześniej otwierali swoje przedsiębiorstwa, by móc przygotować się na przyjęcie porannych klientów. Udało mi się dostrzec także młodego mężczyznę w dziwnej szacie, niby sutannie. Był zapewne praktykantem; przyszłym kapłanem kultu Jedynego Słusznego Pana. Podczas pobytu w mieścinie odnalazłam świątynię im. św. Dawida. W lot więc pojęłam do jakiej sekty należy budynek.
   Wyszłam z zaułka, w którym spędziłam noc, rozprostowując łapy, przeciągając się. Czułam i słyszałam, jak moje stawy cicho narzekały na chłód i wilgoć. Powędrowałam w kierunku rzeźni z nadzieją, że załapię się na jakiś smaczny kąsek. Rzeźnik, dość pogodny mężczyzna o dość krągłych kształtach i pucułowatej twarzy, zmarszczył brwi, gdy tylko mnie ujrzał. Rzucił mi jakieś ochłapy, a gdy tylko je pochłonęłam, kazał mi uciekać.
   Udałam się do świątyni - lśniącej w porannych promieniach. Była to sporych rozmiarów budowla, przywodząca na myśl romańskie katedry w Niemczech - zwarte, osiadłe kompleksy o rozbudowanych masywach zachodnich; niekiedy z założeniem dwu-chórowym. Obiekty te wzbudzały podziw, ale jak od gotyckich, wertykalnych kościołów. Podczas gdy francuska Notre Dame, lekka i ozdobna, przypominała ażurową serwetę, klejnot w królewskiej koronie, romańska Spira emanowała siłą i potęgą godną bitnych władców. Właśnie taka była świątynia Davida Walkera - stanowiła syntezę miejsca kultu i zarazem warowni na wypadek niebezpieczeństwa. Dwie wieże dumnie zamykały w swych potężnych ramionach skromną w dekoracje fasadę. Nawa główna, zwieńczona dwuspadowym dachem, była tylko niewiele wyższa od naw bocznych - przykrytych pulpitami; nie miała też okien - typowe cechy pseudobazyliki. Korpus przecinała stosunkowo płytka nawa poprzeczna; a na skrzyżowaniu z nawą główną wyrastała kolejna, nieco większa od fasadowych, wieża. Podłużną bryłę zamykała półokrągła apsyda z czterema dobudowanymi kaplicami.
   Zbliżyłam się do bocznego wejścia, znajdującego się w południowej ściance transeptu. Drzwi były lekko uchylone. Prześlizgnęłam się przez otwór i czmychnęłam do środka. O ile słońce poczęło ogrzewać zziębniętą ziemię, to wewnątrz katedry było panował przejmujący chłód  - grube mury stanowiły świetną izolację od świata. Panował przyjemny półmrok; gdzieniegdzie tylko płonęły pochodnie. Ołtarz, zapewne marmurowy, zapełniony był świecami. Wnętrze, podobnie jak zewnętrzne dekoracje, było proste, niemalże surowe. Kolumnady oddzielające przestrzenie poszczególnych naw delikatnie rysowały się w półmroku, podtrzymując dość wysoki fryz, na którym opierało się krągłe sklepienie kolebkowe. Jedynym elementem, który zdawał się być całkiem innej epoki, były kaplice, widoczne już z zewnątrz. Tuż za ołtarzem wyraźnie odcinały się cztery wgłębienia, wypełnione masą złotych ornamentów. W każdej kapliczce widniał obraz. Gdy podeszłam bliżej i zadarłam łeb do góry, mogłam dokładniej określić, co na nich widniało.
   Pierwszy od południa na pierwszy rzut oka zdawał się być cały czarny - słabe światło, dodatkowo rozpraszane przez metaliczne ozdoby, zatarło wszelkie niuanse dzieła. Dopiero po chwili dostrzegłam granatowe smugi i jaśniejsze pasma. Pióra, jakby spadające z ciemnego, burzowego nieba. Na lekko zaznaczonym piaszczystym podłożu leżała gruba księga z jakąś inskrypcją na okładce, a za nią stała świeca o wątłym płomieniu.
   Kolejny obraz, bliżej symetrycznej całej katedry, przypominał portret reprezentacyjny. Przedstawiał on dość majętnie ubranego młodzieńca na tle czerwonej draperii, zza której nieśmiało wyglądała antyczna kolumna z kanelurami. Mężczyzna trzymał w dłoni otwartą księgę, drugą dłonią wskazywał na pożółkłe, zapisane stronice. Przypominał on szlachcica-poetę, który propaguje swą twórczość, zachęca do pisania, obiecując jednocześnie pewny zysk. Barokowa kampania reklamowa.
   Trzecia rama obejmowała scenę niczym z Nowego Testamentu - Ukrzyżowanie. Lecz bez krzyża. Na kruczym tle widniała stojąca sylwetka nagiego mężczyzny, okrytego jedynie białym, ekspresyjnie odwzorowanym perizonium. Jego ręce swobodnie zwisały wzdłuż ciała. I nie byłoby w tym nic dziwnego... gdyby postać miała głowę. Całość wzbudzała niepokój: idealizujące ukazanie człowieka... inwalidy. Martwego. Wybrakowanego. Można by to nazwać profanacją ciała.
   Na ostatnią ilustrację jedynie zerknęłam -  czara ognia, także na ciemnym tle. Puchar dzierżący ogień podtrzymywany był przez parę rąk wyłaniających się z mroku.
   Kątem oka dostrzegłam ruch. Jednak nikogo tam nie było. Stałam sama w prezbiterium. Lecz znów zdawało mi się, że coś się poruszyło. Jakby... drgnął cień? Zastrzygłam uszyma, wytężyłam wzrok. Zadałam chyba najgłupsze pytanie, jakie mogłam:
   - Ktoś tu jest?
   Odpowiedziała mi cisza. Poczułam się nieswojo. Zdębiałam, gdy usłyszałam chichot. Śmiech poniósł się echem po ogromnej przestrzeni katedry, odbijając się od ścian i arkad między nawami. Potem rozległ się cichy, lekko zachrypnięty głos.
   - Co Dziecię Nocy robi tak daleko od domu?
   Nie wiedziałam, co robić. Co odpowiedzieć?
   - Nie będę rozmawiała z kimś, kogo nie widzę. - wyrecytowałam, niby z tomiku poezji. - Pokaż się, kimkolwiek jesteś.
    Nastała cisza. Głos nie pojawił się już, nie usłyszałam też żadnego szurania, czy czegokolwiek, co wskazywałoby na przemieszczanie się nieznajomej istoty. Sądziłam, że intruz zniknął, albo to halucynacje z niedożywienia. Potrząsnęłam lekko łbem. Wydawało mi się, że moje ciało nie jest na tyle wyczerpane, by tak oddziaływać na stan umysłu. Przecież nikt z tych okolic nie mógł wiedzieć skąd przybywam i kim jestem.
   Oddaliłam się od kaplic, rzucając ostatnie spojrzenie ku bezgłowemu bóstwu. Przeszłam z prezbiterium do transeptu, a potem nawy głównej. Idąc między rzędami ciężkich, drewnianych ław, zarejestrowałam dziwny dźwięk, który obijał mi się o uszy. Słyszałam ogrom tego miejsca. Przestrzeń. Ciężar stuleci, od których ta katedra obserwuje miasto i polemizuje z wiecznie żywymi płomieniami pochodni i świec.
   Zatrzymałam się u otwartych na oścież drzwi, prowadzących do narteksu. Rozejrzałam się jeszcze raz po wnętrzu monstrum, które wyszło spod dziesiątek, a może i setek ludzkich rąk. Usłyszałam jakiś szmer. Znowu. Tym razem nie rozległ się blisko mnie, lecz na drugim końcu świątyni. Zauważyłam światło - ktoś otworzył drzwi, którymi przed paroma minutami weszłam ja. Dostrzegłam ludzką sylwetkę. Podobną do praktykanta, którego miałam okazję obserwować niedługo po przebudzeniu.
   Stwierdziłam, że widok zwierzęcia w miejscu sacrum nie będzie przychylnie rozpatrzone, więc czym prędzej udałam się do przedsionka i do wyjścia głównego. Po drodze potknęłam się. Szybko jednak złapałam równowagę. Bandaż na mojej prawej łapie rozwiązał się w dużej mierze i zamiatał podłoże. Do niczego się nie nadawał. W sumie, i tak bandaże te były zbędne - stanowiły jedynie kamuflaż. Chwyciłam brudne krańce zębami i zerwałam płótno; rzuciłam je na ziemię. 
   Gdy rozprawiałam się z drugim opatrunkiem, znów usłyszałam głos. Tuż obok mnie.
   - Przeszłość fundamentem tego, co jest teraz, czyż nie? Trudno utrzymać cztery ściany z dachem, bez podłoża.
   Momentalnie podniosłam łeb ku górze i na prawo - gdzie powinna stać postać. Snop światła, wdzierający się do narteksu przez uchylone wrota, padał idealnie na czarną kotkę. Była drobna, wręcz filigranowa. Okazałe niegdyś uszy były ponadgryzane w paru miejscach, wybrakowane. Chudziutki ogonem, niczym kawałek sznurka oplatał równie wątłe łapki. Mimo niepozornego wyglądu, od kotki biła pewność siebie, a złociste ślepia tętniły życiem. Nim zdążyłam zastanowić się nad znaczeniem jej słów, przemówiła ponownie:
   - Jesteś Naomi, prawda? Słyszałam o tobie co nieco. Czemu zaszłaś tak daleko od domu? Wątpię, żebyś się zgubiła. Szukasz czegoś?
   Natłok pytań i informacje, jakie miała o mnie ta kocica, zbiły mnie z tropu całkowicie. Zdawało mi się, że katedra zaczęła oddychać - czułam lekki powiew powietrza od wnętrza; sierść na moim grzbiecie odruchowo nieco zjeżyła się. Pozbyłam się bandaży do końca.
   - Kim jesteś? I skąd mnie znasz? - zapytałam, bez większego namysłu.
   Ku mojemu zaskoczeniu, rozmówczyni zaśmiała się. Białe kiełki błysnęły w świetle.
   - Nie czas na to i miejsce, Naomi. Pozwól mi rozdawać karty, nie zawiedziesz się. - mówiąc, prześlizgnęła się przez szparę w drzwiach i zniknęła mi z oczu. Nie chcąc jej zgubić, również wyszłam. Czekała na mnie. Złote ślepia wpatrywały się we mnie, jak gdyby chciały przewiercić mnie na wylot.
   - Wiem po co tu przybyłaś, zagubiona duszyczko. - czarna zmrużyła ślepia. Cały czas miałam wrażenie, że na jej pyszczku błądzi uśmieszek. - Szukasz Stowarzyszenia Nocy, prawda? Też go szukam. Masz już jakiś trop?
   Kolejny natłok pytań, i to tak trafnych, wzbudził mój niepokój. Ta mała szkarada była zbyt pewna siebie. Zastrzygłam uszyma.
   - Skąd te pytania?
   - Bo są uzasadnione.
   - Bez sensu...
  - Owszem, ma to sens. A jaki sens ma zakrywanie tych blizn? Skoro zdecydowałaś się na ich zachowanie podczas kreowania nowego ciała, to chcesz o nich pamiętać, albo masz do nich sentyment - zazwyczaj przecież dążymy do doskonalenia siebie, prawda? A takie paskudztwo jest skazą.
   Poczułam jak serce we mnie zamarło. Wiedziała zbyt wiele o mnie, podczas gdy ja nie wiedziałam praktycznie nic. Po jej komentarzu poczułam dyskomfort, chciałam znów zakryć pozostałości po ranach - zdawały się piec i swędzieć. Miałam wrażenie, że wszyscy je widzą, czytają z nich moja historię, niczym z otwartej księgi.
   - Kim jesteś i skąd masz te informacje? - zapytałam wprost.
   Kocica przecięła ogonem powietrze, a jej oczy zdawały się pałać jeszcze większym zainteresowaniem moją osobą.
   - Jestem Filaret. Niegdyś odwiedziłam tereny twojego stada, przywiedziona energią, która tam zamieszkiwała. Wraz z momentem, gdy impuls osłabł, wróciłam tutaj. A teraz, nie przedłużając, chodź za mną. Pokażę ci jak znaleźć to, czego szukasz.
______________________________________________________________
Tak historyczno-sztucznie - macie takie piękne opisy. Zrozumienie opisu katedry dla bardziej ambitnych i zaintrygowanych dziwnymi nazwami.
W następnej części będzie więcej akcji, aniżeli opisów - coby Was nie zanudzić.

1 komentarz:

  1. [ Dobrze, że uczęszczam do takiej szkoły jakiej uczęszczam bo opisy musiałam bym czytać z wujkiem Google heh. Opowiadanie podoba mi się, chociaż są powtórzenia itp. Jednak ja nie zwracam za bardzo na to uwagi. Treść rozwojem akcji nie zachwyca ale pobudza ciekawość więc czekam na kolejną część. ]

    OdpowiedzUsuń