Przekraczasz mistyczną bramę, okalaną bluszczem, korony liściaste osłaniają drogę, czyniąc ją ciemną i magiczną. Drzewa powykręcane, jak zatrzymane w tańcu, mgła jak oddech Boga, ciepło drzewca z ognia na środku polany, ukrytego w międzylesiu. W głębi grota, jaskinia skalna; półki i rozpadliny skalne są dla większości domem.
Stado:
♀: 10 | ♂: 10

Ogłoszenia:
- Halo, udawajmy, że żyjemy.
- Proszę zgłaszać się po zadania do hierarchii pod odpowiednią zakładką

Zapraszamy w Nasze szeregi!

Nieobecni:
- Tin
- Dalia
- Fragonia

18 czerwca 2018

Become the Beast.


"So embrace the darkness
That will help you see
That you can be limitless
And fearless
If you follow me"

Kareline - Become the Beast 

Lazarus...
...wielowiekowy samiec wampira wyższego. Został przezeń stworzony i tymże się stał, wierny swemu kreatorowi, który od stuleci jest pogrążony w głębokim śnie. Tedy wędruje po świecie, czujnie obserwując przebiegające na nim wydarzenia, aby móc zdać raport, kiedy nadejdzie dzień Wybudzenia.

Majestatyczny, pełen gracji i ogłady, ciężko jest wyprowadzić go z równowagi. Honorowy i z manierami, kocha filozofię, sztukę, i poezję. Nie jest typem nadpobudliwego, drącego się wojownika, choć od walki nie stroni. Twierdzi iż przemoc jest ostatecznością, osobiście rzadko się do niej skłania. 

Jak na wampira przystało, żywi się krwią. Preferuje ludzką, oczywiście. Najczęściej można go spotkać pod postacią ogromnego psa, postury doga niemieckiego, acz ze szpiczastymi uszyma i dłuższym futrem. Długie dystanse przemierza jako chmara zsynchronizowanych nietoperzy.
Rzadziej widuje się go w jego prawdziwej formie. Używa jej jedynie do walki.

Lazarus jako wampir wyższy jest niezwykle silny i szybki, może także porozumiewać się za pomocą myśli. Najedzony, regeneruje się natychmiastowo z każdego rodzaju obrażenia. Jako nienaturalny twór, nie posiada duszy. 
Światło słoneczne silnie go osłabia oraz pali, dlatego za dnia najczęściej przesiaduje w norach bądź jaskiniach. Wychodzi głównie w nocy, bądź pochmurne dni. 
Zgładzić go może jedynie jego pan, bądź jego śmierć.

---------

Art (c) Atenebris

16 maja 2018

Nadzieja jest odwieczną wszystkich ludzi piastunką: kołysze nas bezustannie i smutki nasze usypia.

Otacza Cię ciemność.
Mrok, pochłaniający wszystko co znajduje się dookoła.
Twój wzrok nie może przebić się przez zasłonę niemal materialnej otchłani.

Nie wiesz gdzie jesteś. Skąd się tu wziąłeś.
Czy to zwykły senny koszmar?
A może właśnie tak naprawdę przed chwilą obudziłeś się ze snu, a to co widzisz to prawdziwe życie?
Twoje istnienie?

Próbujesz coś zrobić.
Idziesz do przodu, ale trafiasz wciąż na Mrok.
Jakikolwiek inny kierunek kończy się tak samo - nie wiesz czy w ogóle wykonałeś krok ani w którą stronę.
W ciemności strony nie istnieją, Twoje ruchy nie mają znaczenia, prowadzą donikąd.

Machasz rozpaczliwie rękoma z nadzieją, że Twoje palce przebiją osłonę, wpuszczą do Twego więzienia światło, dźwięki, coś co udowodni Ci, że nie zwariowałeś.
Nic się nie dzieje, tak jak wcześniej.

Zdaje Ci się, że czujesz jak Mrok dotyka Twojej twarzy. Jego macki, suną po Twojej skórze, wprawiając cialo w drżenie.
Ten dotyk nie jest przyjemny. Jest oślizgły, duszący. Ale z drugiej strony ciepły, dający poczucie bezpieczeństwa, mówi Ci wręcz "zostań ze mną".
Zamykasz oczy, ale wiele w Twoim świecie się nie zmienia. Wciąż jest to ciemność, uczuciie dotyku na ciele, które swoim zwodniczym przesłaniem bezpieczeństwa wysysa z Ciebie wszystko co dobre.
Szczęście, dobroć, całą miłość, którą potrafisz przekazać światu.

Mrok zaczyna wypełniać Cię od środka. Czujesz jak zabrał całą Twoją jasną stronę.
Nie zostawił nawet nadziei.
Samotność wypełnia Twoje serce oraz umysł.
Złość zalewa Ci oczy falą ognia. Ognia, który wcale nie jest jasny. Pochłania Mrok, żywi się nim, rośnie w siłę.
A może to Twoja własna złość go syci?
Złość na wiele rzeczy.
Na niemoc, która nie pozwala Ci nic zrobić.
Na Twój własny umysł, który nie chce Cię słuchać.
Na uczucia.

Ogień bucha płomieniem. Czujesz jego języki na skórze. Nie są gorące. Są zimne.
Ostudzają Cię.
Pozwalają na uspokojenie się.
Mimo zimna, osuszają Twoje łzy.
Wyciągasz dłoń, otwierasz oczy. Nie widzisz fizycznie, nie możesz przebrnąć Mroku wzrokiem.
Ale wiesz jak wygląda, potrafisz go sobie wyobrazić, oddać całą jego prawdę.

Czujesz coś jeszcze. Delikatne ciepło powoli rozpływające się po Twoim ciele.
Uczucie samotności stapia się, ukrywa gdzieś wewnątrz Twojego ciała.
Przez Mrok przebija się cichy głos.
Macki ciemności opuszczają Twoje oczy, zsuwają się z Twojej twarzy, pozwalają znów pozytywnym uczuciom wrócić na swoje miejsce.
Zamykasz znów oczy, robiąc to jednak z przyjemnością.

Nadzieja wypełniła Twoje serce.
Przegnała wszystko co złe.
Zlała się ze szczęściem.

Dotyk, który czujesz na policzku jest ciepły, przyjemny i miły. Wiesz, że nie ma w nim niczego złego. Nie ma żadnego podstępu.
Wtulasz w niego głowę, uśmiechasz się.
Wszystko co było złe, co pożerało Cię od środka - zniknęło.

Budzisz się.
Nad głową widzisz sufit na który padają pasy światła. Zasłony nie są do końca zasunięte.
Już wiesz kto Cię dotknął, kto dał Ci ciepło, kto rozgonił Mrok, ogarniający Twoją duszę.

Szczęście w swojej najczystszej, cielesnej postaci.




______________
Trochę Tristuś, trochę mnie. 
Ogólnie polecam mocno piosenkę VNV Nation - Illusion - trochę dała mi pomysłu, inspiracji i takich tam.
Pozdrowionka dupcie i żyjcie. 

25 kwietnia 2018

Motyle

  To co zobaczył było olśniewające. Zapierające dech w piersi.
  Setki, tysiące, mrowie drobnych, wielokolorowych motyli.
  Zwiastun lepszego jutra.
  Zwiastun tego co miało nadejść, tego co miało być lepsze, tego co kazało brnąć do przodu.
  Zwiastun Życia. 

  Czarne, wilkopodobne stworzenie otworzyło szeroko oczy, wpatrując się w widok, który miał przed sobą. Drobne, motyle ciała mieniły się w jego widzeniu feerią małych, wznoszących się złotych, niewielkich plamek. Obraz złotego pokazu pokrywał się z tym co widziały jego fizyczne ślepia. Motyle, w najróżniejszych barwach, w najróżniejsze wzory wzbijały się w powietrze, obsiadały pnie drzew oraz lądowały na trawie gdy już nie było dla nich miejsca wśród braci na korze. 

  Nie wiedział dlaczego to robią. Ale wiedział, że to co widzi to coś, czego zwykła istota nie zobaczy. Kto inny przemierzałby las, idąc za Życiem? Idąc tam gdzie tętno Życia biło na tyle mocno by zagłuszyć wszystkie myśli?
  Był tam gdzie Życie chciało by był. Był jego sługą. Obrońcą. Kimś kto swoje własne istnienie powinien postawić poniżej najważniejszego daru Wszechświata.
Kimś kto nie protestował na taki stan rzeczy. 

  Valkkai opuścił powieki, zasłaniając ślepia przypominające jeziora lawy. 

  Był sam. A jednak był otoczony przez tak wiele istot i istnień. Nikt nie mógł zrozumieć tego co czuje. Nikt nie czuł tej mocy, która rozpierała jego umysł i ciało, chcąc wydostać się, eksplodować i pochłonąć to co go otaczało by ochronić wszystko co możliwe.
  Jednak on wiedział, że to nie byłaby ochrona. Byłaby to zagłada, śmierć, unicestwienie. Pożarłaby wszystko inne w egoistycznej, samolubnej pobudce, wmawiając sobie, że przecież tak jest lepiej. Że wtedy nikt nie mógłby skrzywdzić Życia.
  To co wtedy obezwładniało jego ciało było trudne do pokonania. Starało się przejąć kontrolę nad każdą częścią jego ciała, podporządkować sobie. 

  Ale czuł, że to nie było jego przeznaczeniem. Nie jego przeznaczeniem było poddać się destrukcyjnej, nie myślącej sile, która zniszczyłaby to co stanęłoby na jej drodze.
  Jego przeznaczeniem było zawładnięcie nad tym. Podporządkowanie sobie w taki sposób by niosło korzyść i radość wszystkim, a nie ból, cierpienie i nicość.
  I nie miał zamiaru zawieść tego co kazało mu to zrobić. Nie miał zamiaru zawieść Matki. Stada. Nawet tych, którzy chcieli go zgładzić gdy był jeszcze nienarodzoną istotą.
  To co żyło, a czasami nawet i było martwe zasługiwało na lepsze jutro.
  Rozchylił powieki i postąpił do przodu. Owady wzbiły się w powietrze, zasłaniając Kosmicznemu Dziecięciu niebo. Wyczuwały jego zachwyt, spokój, radość i same reagowały na te emocje. Zaczęły bić szybciej skrzydłami, zmieniać ścieżki lotu, kolejne opuszczały korę drzew by dołączyć do braci w tańcu koloru i światła. Nie były zbyt rozwiniętymi istotami. Ale jednak potrafiły wyczuć to co dobre.
Jednak były tym zaślepione. Nie zdążyły zareagować.

  Motyle zaczęły spadać. 

  Najpierw kilka, potem dziesiątki, cała chmura legła u stóp Valkkaia, pokryła jego ciało i trawę grubym kobiercem owadzich trupów. Ich skrzydła mieniły się w blasku Słońca, opalizowały najróżniejszymi barwami, przypominając tęczę, która z nieba zeszła na ziemię.
  Kosmiczne Dziecię patrzyło na to z zamglonymi ślepiami, zachwycone, zahipnotyzowane, odcięte od świata. Tak jak wcześniej motyle, zaślepiony ich tańcem, nie zauważył drobnych, cienkich macek, okalających jego umysł na wzór matczynych objęć.
  Falująca, ciemna sierść uniosła się jakby pod wpływem wiatru wiejącego od strony gleby ku niebu. Ślepia zbladły, przybrały żółtawy odcień, kąciki pyska opadły, a zad zwierzęcia opadł ku ziemi, przygniatając drobne trupy.

  Jego ciało i serce przepełniała radość. Teraz nic nie zrobi krzywdy tym biednym, małym stworzeniom. Nie muszą się bać. Są teraz z nim, a on nie pozwoli ich skrzywdzić. Ochroni je. Nie ważne przed czym i przed kim i jakim kosztem. Zapewni im ochronę. 

  Syn Aldieb potrząsnął łbem. Walka, którą teraz stoczył była, krótka ale na tyle intensywna by poczuł jak wszelka siła opuszcza jego ciało.
  Zaskoczonym wzrokiem powiódł po niewielkiej polanie. Spostrzegł motyle, które wzbiły się już ku niebu, uciekły. Spostrzegł motyle, leżące u jego łap, martwe, bez krztyny Życia. W jego oczach pojawiło się przerażenie i strach.
  On to zrobił. Wiedział o tym. Nie chciał! To nie tak miało być!
  Czym było to, co potrafiło owładnąć jego umysłem?! Jak się tego pozbyć?!

  Uniósł łeb i zawył. Był to skowyt bólu, cierpienia i straty, niosący się echem wśród drzew, docierający do dużej części terenów stada. Żałosne zawodzenie, proszące o pomoc, żałujące swoich czynów.

  Obrócił się na tylnych łapach i puścił się pędem przed siebie. Gnał na złamanie karku, niestałe krawędzie jego ciała rozmywały się podczas biegu, zdawał się tracić ciało.
  Dotarł jednak zdyszany, przerażony do nory, będącej jego domem. Wskoczył tam i z radością w sercu spostrzegł postać Matki, skuloną, śpiącą.
  Ze skowytem bólu skoczył w jej stronę, schował łeb w jej karku i załkał głośno.
  Jak zagubione dziecko, którym zresztą był. 

  Nikt nie mógł mu pomóc.