Przekraczasz mistyczną bramę, okalaną bluszczem, korony liściaste osłaniają drogę, czyniąc ją ciemną i magiczną. Drzewa powykręcane, jak zatrzymane w tańcu, mgła jak oddech Boga, ciepło drzewca z ognia na środku polany, ukrytego w międzylesiu. W głębi grota, jaskinia skalna; półki i rozpadliny skalne są dla większości domem.


Stado:
♀: 10 | ♂: 4

Ogłoszenia:
- Blog aktualnie nieaktywny. Zapraszamy na Discord.

Zapraszamy w Nasze szeregi!

10 lipca 2018

So long, we’d become the flowers

The storm is a coming so you better run
The coldness is hungry like loaded gun
Sharks are circling out in the deep
you dream for tomorrow when you can't sleep

Nie było już nic. Żadnych snów czy nadziei. Nie pozostało nic. Czekał ją koniec. Tak absurdalnie to brzmiało, tak banalnie. Jej łapy szurały wśród pokrytych poranną rosą traw. Ich świeży zapach wypełniał jej nozdrza. Zapewne otaczały ją wybujałe kolory, soczysta zieleń i mieniące się barwami tęczy kwiaty. Mogła jedynie przypuszczać. Nie widziała. Co jakiś czas dostrzegała urywki, migawki w prawym oku, tym które przysłonięte było czernią. Były to jednak wizje świata duchów, wykrzywionej rzeczywistości, która wymykała się zza zasłony. Poruszała się, polegając na pozostałych zmysłach, które wyczulone były jak nigdy dotąd. Jej instynkt wręcz krzyczał, że jest obserwowana. Przez cały czas głodne ślepia oprawców śledziły każdy jej ruch, czyhając, czekając na dogodny moment. By skoczyć. Rozszarpać. Pożreć. Czekały na jej błąd, potknięcie, czekały aż całkiem osłabnie z sił. A samica wiedziała, że nastąpi to wkrótce. Nie, nie wkrótce, mogło to się stać w każdej chwili, teraz. Była tak słaba. Nie miała już sił by dłużej walczyć, uciekać, chować się. Robiła to tak długo, przez tyle lat. Z początku absolutnie bezradna. Wyruszyła na misję, by zyskać moc. Udało jej się ją wypełnić, choć z trudem, niemalże przypłaciła to swoim życiem. Straciła też coś jeszcze, miała nigdy nie mieć potomstwa - choć życie potrafi zaskakiwać. Zyskała wtedy siłę, ale jednocześnie, wskutek stoczonej walki, wystawiła na siebie wyrok śmierci. Trucizna demona zagnieździła się w jej lewym oku, rozprzestrzeniając z wolna po całym ciele. Zabijając po cichu, bez pośpiechu. Jednak nieubłaganie. Wtedy też wraz z towarzyszami zeszła do piekielnych otchłani, by zmierzyć się z demonami. By pokazać im, że zasługuje na to by się jej poddały. Demony dały jej spokój. Do czasu. Była jedynie oszustką, złodziejką, która przywłaszczyła sobie czyjeś miano. A demony pałały zemstą. I były cierpliwe. W końcu nie musiały się obawiać, że zabraknie im czasu. Z początku były to przypadkowe spotkania. Zabłąkane dusze, koszmary senne, zdawałoby się nic groźnego. Przybierały jednak na sile, a napastnicy pojawiali się co raz częściej. Śledząc, tropiąc, atakując. Nie miała więc wyboru, nauczyła się je zwalczać. Wpierw jedynie się broniła, jednak w pewnym momencie to nie było wystarczające. Musiała sama zacząć je tropić, zabijać. Wkroczyć na wojenną ścieżkę z tymi monstrami. Aż w końcu trafiła tutaj. Wracała na tereny Stada Nocy. Samotna, słaba, umierająca, by dokonać swego żywotu. Chciała już jedynie po raz ostatni pożegnać się ze swym domem. Nic więcej jej nie pozostało. Ale nie, za późno. Już tu są. Patrzysz? Widzisz? Cichutko podchodzą, zataczają krąg. Uciekaj.

I prayed my mind be good to me
An awful noise
Filled the air
I heard a scream in the woods somewhere

Biegła, potykając się co chwila o własne łapy, o korzenie, kamienie, nie mogąc utrzymać stałego kroku. Biegła, rozpaczliwie, biegła przed siebie, choć nie wiedząc w jakim kierunku. Po prostu biegła. Łapy jej się plątały, serce łomotało, nic nie widziała. Nie wiedziała gdzie jest, co słyszy. Jej wychudzone cielsko ledwo trzymało się w pionie. Dyszała ciężko, oddech rzęził jej w płucach. Spłoszone zwierzę w głębokim lesie. Obraz nędzy i rozpaczy.  Przeskoki materii zdarzeń. Skoczyła. W przestrzeni przestrzeń korytarzy. Zdawało jej się, że słyszy wycie wichury. Nie, to demony. Coś szarpnęło jej wątłym ciałem. Padła. Tak ciężko. Tak ciężko było podnieść jej pysk, czy nawet powiek kurtyny, jakby to był ciężar tonowych gór. Zmusiła się jednak do tego wysiłku. W jej prawym oku zamajaczyły niewyraźne cienie, kły i pazury. Karmazynowe smugi jarzących się wściekle ślepi. Powykrzywiane, pogardliwe uśmiechy. Słyszała ich ryki i śmiechy, czuła ich nienawistne spojrzenia, wyczuwała jak się zbliżają, otaczając ją ze wszystkich stron. Nie miała szans. Żadnych szans. Co mogła zrobić? Jedynie pogodzić się w końcu ze swym końcem, wiedziała przecież, że nadchodzi. Opadła bez sił na ziemię, nie zdolna by się ruszyć, by chociaż drgnąć. "Jesteś martwa." Cichy szept rozbrzmiał w jej głowie. Łagodny, pieszczotliwy głos. "Czemu do nich nie dołączysz? Powinnaś z nimi być. Jesteś martwa." Migotliwe sceny rozbłysły niczym miraże połyskliwych skrzydeł motyli. Waniliowe ślepia, fiołkowe oczy, bandaże szarej. Jej płytki oddech przyspieszył. Nozdrza chłonęły zapach zmurszałej gleby. Chwila, ułamki sekund, zdawały się wydłużać w nieskończoność. W tej jednej chwili jej świadomość rozszerzyła się na otaczającą ją przestrzeń. Na las, drzewa i konary pnące się ku niebu, paprocie, mech i jeżyny, ptaki, myszy i lisy, ich delikatne bicia serc, cichutkie bzyczenie owadów, mrówki wędrujące w poprzek zwalonego pnia. Cała ta zwyczajna rzeczywistość uderzyła w nią niczym sztorm, gwałtownie, zawzięcie, a jednocześnie łagodnie niczym wiosenny deszcz. Wszędzie otaczało ją życie. Tak piękne, cudowne. Nie zwracało uwagi na jej zmagania, po prostu trwało. Z jej wnętrza wydobyło się długie, przepełnione żalem westchnięcie. Czy to był już koniec? 

There's a flame in the darknes
There's a flame, there's a flame

Ułamki sekund przeminęły. Coś się zmieniło. Czuć było to w powietrzu, pewnego rodzaju napięcie, energię. Cały las zamarł w bezruchu, czekając na to co miało nastąpić. Serce. Ogień. Żywioł wpłynął lawiną do żył ciemnobrązowej samicy, sięgnął ślepych oczu, spłonął. Nagle znów widziała. Jak na fali powstała, zwróciła łeb w kierunku czających się potworów, gotowa do walki. Buzowała w niej rozgrzana krew. "Zniknijcie." Wyszeptała. Umrę, wiem. Ale zabiorę was ze sobą. Nie musiała się zastanawiać. Wiedziała, że to serce puszczy, duchy lasu, podzieliły się z nią swymi mocami, zsyłając jej ostatni podarunek, ostatni gest dla konającego. Nie czekała już dłużej. Zerwała się z miejsca i rzuciła wprost w kotłujące, wijące się ciała demonów. W jedną stronę posłała potężną falę wzburzonego powietrza. Wichura zgięła pnie niemal w pół, rozrzucając ciała potworów we wszystkie strony. Pozostałe jednak rzuciły się z kłapiącymi z wściekłości szczękami na kruche ciało brązowej. Mogła być szybka, jednak ich było zbyt wiele. Czuła jak kły i pazury zatapiają się w jej skórze. Z jej ciała buchnął ogień, posyłając kolejne monstra na ziemię. Nagle rozpostarła pierzaste skrzydła,  zamachnęła nimi, potężny podmuch powietrza wzburzył liście dokoła, a ona wzbiła się ponad ziemię, z trudem wyrywając kończyny z mocarnego uchwytu jednego z demonów. Załomotała skrzydłami, próbując uciec od kąsających szczęk, jednak zdawały się nadchodzić ze wszystkich stron. W panice posłała w przestrzeń cieniste smugi, które z zawrotną prędkością przebiły ciała demonów. Nadal jednak było ich zbyt wiele. Samica zawirowała w powietrzu, jednak w lesie, nie było zbyt wiele miejsca na powietrzne manewry. Jedna z maszkar podążyła za nią na błoniastych skrzydłach, pomknęła w jej kierunku i z całym impetem rzuciła z powrotem na ziemię. Samica ciężko runęła w dół i przejechała parę metrów po glebie. Przed oczami zamajaczyły jej stojące w płomieniach pnie. W powietrzu błyskały żarzące się iskry. Brązowa wiła się pod cielskiem demona, próbując uniknąć jego kłów. Warknęła wściekle, kopiąc tylnymi łapami w żuchwę potwora. Machnęła skrzydłami, skupiając przed sobą energię, aż w końcu małe tornado odepchnęło napastnika w przeciwną stronę, wyrzucając go daleko w tył. Złotooka zerwała się natychmiast z ziemi, i nim kolejny z demonów zdążył ją dopaść, skoczyła w krainę cieni, by skryć się choć na moment. Szarpnęła się niespokojnie, czując jak ciemność gwałtownie otacza ją ze wszystkich stron, a w kilka sekund później wyrzuciło ją na drugim końcu pola walki. Opadła na mech ciężko dysząc, próbując złapać oddech. Omiotła spojrzeniem otoczenie. Demony były chwilowo zdezorientowane, ale zaraz ją znajdą. Czuła jak łamie ją w całym ciele, w czaszce głucho dudniło, niczym odbicie uderzeń jej oszalałego serca. Z pyska kapała kruczo zabarwiona krew, a rozorane pazurami udo piekło niemiłosiernie. Skrzydła zniknęły, nie byłoby z nich więcej pożytku. Czujne ślepia demonów już zwróciły się w jej stronę. Aldieb wstała i zaparła się na sztywnych łapach, wbijając złote tęczówki w zbliżającą się hordę potworów. Jej boki uniosły się, przy głębokim oddechu. Musiała się skupić. W końcu iskra mignęła przy jednym z krzewów. W następnym momencie buchnęła ściana ognia, oddzielając demony od brązowej samicy. Zachwiała się, opadając lekko na nagle miękkich kończynach. Usłyszała wycie demonów, które gwałtownie się zatrzymały. I w tym momencie poczuła, że jest ciągnięta w tył. Zawyła. Pazury w jej skórze piekły boleśnie. Wywinęła się i skoczyła do ucieczki. Jednak drogę zagrodził jej kolejny demon. Nie wiedziała skąd się pojawiły, zdawało się jakby zmaterializowały się tuż za nią, zupełnie znikąd. Czy może nie zauważyła jak się skradają? Przyczaiła się na ugiętych łapach, próbując odskakiwać od ich paszcz, znaleźć drogę ucieczki, nigdzie jednak takowej nie widziała. Rozglądała się w panice, demony jednak nie czekały, kolejne rzuciły się w jej stronę, zatapiając kły w jej ciele. Próbowała wykrzesać z siebie jakiś kontratak, jednakże jej zęby i pazury nie robiły wrażenia na demonach. W jej wnętrzu nie było już ani kropli magicznej energii. Dała z siebie wszystko. W mgnieniu oka jej wątłe ciało zniknęło w tumanie kłapiących paszcz i szczęk, piekielnych cielsk. Zniknęło. Rozszarpane.

Darkness is sinking me
Commanding my soul
I am under the surface
Where the blackness burns beneath

Umierała. Jej duch odchodził. Wokół rozszarpanego przez demony ciała flora zdawała się ożywać.  Z początku z wolna, niemal nieśmiało. Malutkie pąki wyrastały z gleby, przedzierając się przez trawy i mech. Kolejne rośliny ożywały, wijąc się wśród pokrywających ziemię korzeni. Wspinały się po ciele brązowej samicy, po tym co z niej zostało. Kolejne pnącza i świeże gałązki, otaczały ją dokoła, coraz śmielej, coraz żywiej. Pąki rozwarły się, ukazując wielobarwne, aksamitne w dotyku płatki. Las, który był dla Niej domem, przyjął Dziecię Nocy w swe objęcia, aż w końcu brązowe futro zniknęło wśród pnączy i kwiatów.

I have never known peace
like the damn grass that yields to me
I have never known hunger
like these insects that feast on me

We’ll lay here for years or for hours
Thrown here or found, to freeze or to thaw
So long, we’d become the flowers


Pierwsza część historii o tym jak Aldieb umarła. Jak wiadomo, nie był to koniec. Mam nadzieję, że uda mi się spisać kontynuacje.

Fragmenty tekstów pochodzą z poniższych utworów:
When the Sun Goes Down (Laney Jones)
Deep End (Ruelle)
In a week (Hozier)

30 czerwca 2018

Everyone is a moon, and has a dark side...

Everyone is a moon, and has a dark side which he never shows to anybody.
— Mark Twain
Illai - Miedziany Cień
13 wilczych lat dorastania, trudnych i, nieraz, błędnych decyzji, samotności, znoju i odrzucenia; o wiele więcej ludzkich na karku — zakazane dziecko, będące owocem równie zakazanego związku — wyrzutek i czarna owca wśród swoich

Gdy byłaś młodsza, miałaś zdecydowanie więcej energii, jak i chęci do życia. Nie oszukujmy się. Miałaś po co żyć. Teraz, jak spoglądasz na swe odbicie w tafli wody, widzisz wraka kobiety, którą niegdyś byłaś. Czujesz się niczym marionetka po skończonym spektaklu, odłożona w kąt, niepotrzebna. To poczucie sympatii, powiew świeżości, poczucie bycia potrzebną i kochaną, doprowadziło Cię do ruiny. Na własne życzenie stanęłaś przed wyborem, którego nie pozazdrościłabyś największemu wrogowi. Jakakolwiek decyzja była zła i zdawałaś sobie doskonale z tego sprawę, ale też nie mogłaś uciekać, musiałaś wypić piwo, które samodzielnie nawarzyłaś. Zrobiłaś to, a jakby inaczej i straciłaś wszystko — rodzinę, partnera, przyjaciół, szacunek i dom, i tak naprawdę nigdy się nie podniosłaś. Jesteś cieniem samej siebie, wędrujesz i żadnego miejsca nie potrafisz już nazwać swym domem. Mimo to nadal uparcie próbujesz, mimo że ciągle potykasz się o swoje łapy niczym szczenię, które dopiero stanęło na łapy.

Już nie uciekasz, prawda .................. ?
Cztery łapy // Dwie nogi // Powiązania

  1. Wizerunek wykonany przez Kipine.
  2. GG - 36504811, e-mail - wschodzacy.ksiezyc@gmail.com
  3. Ze względu na charakter mojej pracy, może być tak, że będę nieobecna od trzech nawet do siedmiu dni z rzędu.
  4. Serdecznie zapraszam na wątki pod KP, bo z chatem mogę nie wyrabiać i nie być na bieżąco, a przyznam szczerze, że kocham być na bieżąco.
  5. Szczerze powiem, że Illai to reaktywacja mojej pierwszej i najstarszej postaci, zobaczymy czy umiem jeszcze nią grać, czy jednak potrzebuje powiewu świeżości.
  6. Witam wszystkich serdecznie. Nie gryzę, tylko połykam w całości.

16 maja 2018

Nadzieja jest odwieczną wszystkich ludzi piastunką: kołysze nas bezustannie i smutki nasze usypia.

Otacza Cię ciemność.
Mrok, pochłaniający wszystko co znajduje się dookoła.
Twój wzrok nie może przebić się przez zasłonę niemal materialnej otchłani.

Nie wiesz gdzie jesteś. Skąd się tu wziąłeś.
Czy to zwykły senny koszmar?
A może właśnie tak naprawdę przed chwilą obudziłeś się ze snu, a to co widzisz to prawdziwe życie?
Twoje istnienie?

Próbujesz coś zrobić.
Idziesz do przodu, ale trafiasz wciąż na Mrok.
Jakikolwiek inny kierunek kończy się tak samo - nie wiesz czy w ogóle wykonałeś krok ani w którą stronę.
W ciemności strony nie istnieją, Twoje ruchy nie mają znaczenia, prowadzą donikąd.

Machasz rozpaczliwie rękoma z nadzieją, że Twoje palce przebiją osłonę, wpuszczą do Twego więzienia światło, dźwięki, coś co udowodni Ci, że nie zwariowałeś.
Nic się nie dzieje, tak jak wcześniej.

Zdaje Ci się, że czujesz jak Mrok dotyka Twojej twarzy. Jego macki, suną po Twojej skórze, wprawiając cialo w drżenie.
Ten dotyk nie jest przyjemny. Jest oślizgły, duszący. Ale z drugiej strony ciepły, dający poczucie bezpieczeństwa, mówi Ci wręcz "zostań ze mną".
Zamykasz oczy, ale wiele w Twoim świecie się nie zmienia. Wciąż jest to ciemność, uczuciie dotyku na ciele, które swoim zwodniczym przesłaniem bezpieczeństwa wysysa z Ciebie wszystko co dobre.
Szczęście, dobroć, całą miłość, którą potrafisz przekazać światu.

Mrok zaczyna wypełniać Cię od środka. Czujesz jak zabrał całą Twoją jasną stronę.
Nie zostawił nawet nadziei.
Samotność wypełnia Twoje serce oraz umysł.
Złość zalewa Ci oczy falą ognia. Ognia, który wcale nie jest jasny. Pochłania Mrok, żywi się nim, rośnie w siłę.
A może to Twoja własna złość go syci?
Złość na wiele rzeczy.
Na niemoc, która nie pozwala Ci nic zrobić.
Na Twój własny umysł, który nie chce Cię słuchać.
Na uczucia.

Ogień bucha płomieniem. Czujesz jego języki na skórze. Nie są gorące. Są zimne.
Ostudzają Cię.
Pozwalają na uspokojenie się.
Mimo zimna, osuszają Twoje łzy.
Wyciągasz dłoń, otwierasz oczy. Nie widzisz fizycznie, nie możesz przebrnąć Mroku wzrokiem.
Ale wiesz jak wygląda, potrafisz go sobie wyobrazić, oddać całą jego prawdę.

Czujesz coś jeszcze. Delikatne ciepło powoli rozpływające się po Twoim ciele.
Uczucie samotności stapia się, ukrywa gdzieś wewnątrz Twojego ciała.
Przez Mrok przebija się cichy głos.
Macki ciemności opuszczają Twoje oczy, zsuwają się z Twojej twarzy, pozwalają znów pozytywnym uczuciom wrócić na swoje miejsce.
Zamykasz znów oczy, robiąc to jednak z przyjemnością.

Nadzieja wypełniła Twoje serce.
Przegnała wszystko co złe.
Zlała się ze szczęściem.

Dotyk, który czujesz na policzku jest ciepły, przyjemny i miły. Wiesz, że nie ma w nim niczego złego. Nie ma żadnego podstępu.
Wtulasz w niego głowę, uśmiechasz się.
Wszystko co było złe, co pożerało Cię od środka - zniknęło.

Budzisz się.
Nad głową widzisz sufit na który padają pasy światła. Zasłony nie są do końca zasunięte.
Już wiesz kto Cię dotknął, kto dał Ci ciepło, kto rozgonił Mrok, ogarniający Twoją duszę.

Szczęście w swojej najczystszej, cielesnej postaci.




______________
Trochę Tristuś, trochę mnie. 
Ogólnie polecam mocno piosenkę VNV Nation - Illusion - trochę dała mi pomysłu, inspiracji i takich tam.
Pozdrowionka dupcie i żyjcie.