Przekraczasz mistyczną bramę, okalaną bluszczem, korony liściaste osłaniają drogę, czyniąc ją ciemną i magiczną. Drzewa powykręcane, jak zatrzymane w tańcu, mgła jak oddech Boga, ciepło drzewca z ognia na środku polany, ukrytego w międzylesiu. W głębi grota, jaskinia skalna; półki i rozpadliny skalne są dla większości domem.


Stado:
♀: 10 | ♂: 4

Ogłoszenia:
- Mamy mały zastój, jednak blog nadal jest aktywny.
- Proszę zgłaszać się po zadania do hierarchii pod odpowiednią zakładką

Zapraszamy w Nasze szeregi!

Nieobecni:
- Tin
- Dalia

28 września 2013

Sen II

      Powieki unoszą się powoli, ociężale i w jednej chwili opadają z powrotem.
Widzę biel. Światło wdziera się do środka. To boli, lecz po chwili mija.
Próbuję się podnieść z ziemi, lecz coś mnie trzyma.
Łańcuchy !
Unoszę się powoli, a nogi trzęsą mi się w kolanach. Słyszę mój własny jęk.
Ból.
Nagle słyszę skrzypnięcie i przyciszone szepty. Unoszę lekko głowę, lecz widok przysłaniają mi hebanowe włosy.
- ...Nie doszła jeszcze do siebie. - Mówi pierwszy głos z jakby prośbą.
- Trzeba rozpocząć badania. - Drugi głos jest stanowczy i władczy.
- To ją zabije. - Już nie szeptają.
Słyszę zbliżające się kroki. Ktoś łapie mnie za rękę i czuję ukłucie, a potem w moich żyłach zaczyna krążyć szybciej krew.
- Przeżyje. - Kroki się oddalają, ale wiem, że tylko jedna osoba wyszła. Drzwi się zatrzaskują.
      Nie widzę go, lecz czuję obecność.
Siły mnie opuszczają i osuwam się na podłogę. Słyszę szybkie kroki skierowane w moją stronę.
Ktoś podstawia mi do ust szklankę.
- Pij. - W głosie słyszę troskę.
Zamoczyłam najpierw język po czym upiłam kilka łyków.
- Kim jesteś ? - Zapytał Głos.
Uniosłam głowę, odrzucając włosy do tyłu. Wzrok miała twardy, choć wcale nie czułam się silna. Wysoki, ciemnowłosy mężczyzna ubrany w czerń, kontrastował z otoczeniem. Jego oczy koloru wrzosu, były niczym azyl do którego bałam się wejść.
- Kim jesteś ? - Ponowił pytanie.
- Demonem. Twoim największym koszmarem. Twoim, jego i wszystkich Was największym cierpieniem. Duchem. Zmorą nocną. Córą samego diabła. Czystym Złem ! - Z każdym słowem mój głos przybierał na sile. Byłam niemal pewna, że odejdzie.
Został.
Przyglądał mi się. Widziałam jak taksuje wzrokiem moje czarne, bujne loki, jak zjeżdża niżej na zielono - czarne oczy, na kuszące, blade usta. Widziałam jak przesuwa wzrokiem po mojej zdecydowanie za chudej sylwetce i wypukłościach piersi.
Podniósł się. Miałam nadzieję, że wyjdzie, lecz on tylko przykrył mnie kocem.
Usłyszałam brzdęk metalu, a po chwili moje ręce i nogi były wolne.
Nie próbowałam uciec. Nie było sensu.
- Kim jesteś ? - Zapytał ponownie. Usiadł obok mnie i karmił owocami.
Rozejrzałam się dookoła. Biel była wszędzie.
- Mówiłam Ci. - Wyszeptałam, nie patrząc na niego.
- Nie wierzę. - Pokręcił głową wkładając mi do ust kolejne winogrono.
Spojrzała na niego surowo, lecz nie zrobiło to na nim żadnego wrażenia.
- Mam na imię Aliare*. - Moje imię nic mu nie da. - A ty ? - Czemu zadałam to pytanie ?
Ciekawość. To tylko ciekawość.
- Victor. - Co za dziwne imię.
Istoty tego świata w ogóle są dziwne.
Czułam jego wzrok na sobie. Nie chciałam, żeby na mnie patrzył. Dziwne uczucia się we mnie budziły.
- Czego ode mnie chcecie ? - Zapytałam unosząc głowę.
- Dowiedzieć się wszystkiego o Tobie. - Odpowiedział spokojnie.
Ten spokój zasiał ziarnko niepokoju we mnie.
- Dlaczego ? - Zapytałam naiwnie.
- Jesteś inna. - Odparł i wstał. Wyjął klucze z kieszeni.
- Proszę nie. - Szepnęłam cicho. Spojrzał mi w oczy i schował je z powrotem.
- Żegnaj. - Powiedział i podążył do wyjścia.
- Nie wrócisz ? - Wstałam i podbiegłam do niego łapiąc za rękę.
Odwrócił się.
- Wrócę. - Uśmiechnął się i nachylił.
Nasze wargi złączyły się w długim pocałunku. Czułam jego dłonie na swojej talii i plecach.
Oderwał się i wyszedł, zostawiając mnie w stanie niespełnienia. Wiedziałam, że nie wróci.

* Alare - łaciń. alia - inna

* * *
Podoba mnie się xD Będę kontynuować ten bezsens póki mi tego nie zabronicie lub/i skończy mi się wena. 

Drzewa mają oczy. Cz. IV

Podejście nr. dwa. Piszę tę część jeszcze raz, ponieważ sama pogubiłam się w poprzedniej wersji. Tak przy okazji dodam, że jestem wcześniej.
***
Dzień 3 cz.2 :

Jeden krok, drugi, trzeci. Stop. Spojrzałem na spalony pień, potem na każde drzewo po kolei.
- Zrobimy to po mojemu. - powiedziałem stanowczo i zmrużyłem ślepia. Usiadłem wygodnie, wziąłem głęboki wdech i zamknąłem oczy. Już po chwili znajdywałem się w postaci humanoidanej, siedziałem po turecku, a wiatr lekko rozwiewał moje włosy. Nagle jednak natchnęła mnie pewna myśl. Otworzyłem szybko oczy i wstałem. Uśmiechnąłem się w stronę Zielonych i ruszyłem ku nim. Położyłem dłoń na chropowatej korze jednego z drzew i chwyciłem zwisającą gałąź.
- Nie wiem co wam zrobił, ale pokonamy to razem. - spojrzałem po Nich wszystkich, zupełnie jakbym spodziewał się jakiegoś potwierdzenia. Nie musiałem długo czekać. Wierzba, pod którą stałem, pod wpływem wiatru oplotła mnie swoimi wiotkimi gałązkami, reszta drzew poszła za nią, kolorowe liście z ich koron zatańczyły pod moimi nogami. Zaśmiałem się.
- Proszę, proszę, co za entuzjazm. - uśmiechnąłem się szeroko i kilkoma szybszymi ruchami wspiąłem na jedną z niższych gałęzi.

Znowu siedziałem w siadzie skrzyżnym, miałem zamknięte oczy, a dookoła mnie wirowały liście.
- Co tam się wydarzyło? Pokażcie mi. - wyszeptałem i pozwoliłem działać wyobraźni. Wiatr zawiał mocniej. Czułem to na swojej skórze. Nie wiedziałem czy uznać to za zwykłe zjawisko, czy może za groźbę. Zostałem jednak na gałęzi, nie zmieniając pozycji. Obraz w mojej głowie znowu zaczął powstawać. Te same drzewa. Jednak coś się różniło. Spalony pień nadal był cały. Zrozumiałem, że mój umysł cofnął się w czasie. Historia nie toczyła się od nowa, usłyszałem ciche gwizdanie, moje gwizdanie. Wróciłem do sceny, którą widziałem ostatnio. Szedłem powoli przed siebie. Jego ciemna sylwetka zbliżała się w moją stronę, sunął między drzewami. Naglę poczułem dotyk na ramieniu. Wystraszyłem się i otworzyłem oczy. Obok mnie siedziała dziewczyna, ta sama, która kolorowała świat mojej wyobraźni. Uśmiechnęła się smutno.
- Jak? - zdziwiłem się, przecież była tylko w mojej głowie. Jak trafiła do świata rzeczywistego?
- Będziesz musiał nas poświęcić. - powiedziała, znanym mi, delikatnym głosem. Nie bardzo rozumiałem, nie wiedziałem co tu robi, a tym bardziej o czym mówi. Spojrzałem na nią pytająco. W odpowiedzi wskazała palcem drogę. Obróciłem głowę w tamtą stronę i zobaczyłem siebie. Zatkało mnie. Nie wiedziałem. Jestem w świecie rzeczywistym, czy tym w mojej głowie? Ponownie obejrzałem się za dziewczyną.
- Musisz być cicho. - patrzyła na tamtego mnie. - Teraz. - kiwnęła głową w tamtą stronę. Rzecz jasna spojrzałem za jej wzrokiem. Drugi ja nie był już sam... Pasożyt właśnie wyszedł mu na przeciw. Z wrażenia aż wstałem, chciałem zobaczyć wszystko dokładnie.
- Cofnąłem się w czasie? - spojrzałem za dziewczyną, ale jej już tam nie było. Zacisnąłem mocno zęby. Nic nie słyszałem. Nie słyszałem naszego dialogu. Rozejrzałem się dookoła. Zobaczyłem kilka idealnie rozłożonych gałęzi.  Ruszyłem powoli w stronę drugiego ja i Pasożyta. W tym czasie oni wymieniali się słowami. Napięcie narastało, On zrobił krok w stronę mojego klona. Poruszając się po gałęziach przyspieszyłem kroku. Spojrzałem pod nogi, kiedy przeskakiwałem na kolejne drzewo, udało się. Spojrzałem na nich opierając się o pień, drugi ja wisiał już w górzę.
- Cholera... - mruknąłem pod nosem, wiedziałem, że zaraz nie zdążę. Ruszyłem jeszcze szybciej, prawie biegłem, przeskakiwałem z drzewa na drzewo. Wyciągnął sztylet... Jeszcze tylko jedno drzewo. Wbił go... Na samo wspomnienie o tym zabolało mnie pod żebrami. Chwyciłem się za to miejsce, na chwilę zapomniałem, że biegnę. Razem z moim klonem upadłem, on od ciosu, ja z powodu potknięcia. Podniosłem wzrok, Pasożyt kucnął przy boku mojego drugiego ja. Patrzyłem na tą scenę z niedowierzaniem. Trzymałem się gałęzi, na której się wywaliłem, oczy miałem rozszerzone, a buzię lekko otwartą. Co teraz? Napięcie ponownie wzrosło. Drugi ja był już nie przytomny, tu zaczynała się moja amnezja.
- Witaj Hilarem... - wyszeptał do mojego klona. - Witaj Baru Saya... - gwałtownym ruchem podnosi głowę i spojrzał prosto na prawdziwego mnie. Nasze oczy się spotkały, a na jego twarzy namalował się kpiący uśmiech...
Widzi mnie...
- Nie przywitasz się?  - dodał z tą samą miną, a mnie sparaliżowało...

CDN.

27 września 2013

"Who will tell the story of your life?" Cz.6


Anger and agony
Are better than misery
Trust me I've got a plan
When the lights go off you will understand

    Ciemność otaczała ją ze wszystkich stron, nie opuszczała, otulała swym chłodnym uściskiem, dawała wytchnienie i kryjówkę. Zwykle. Jednak nie tym razem. Mrok przytłaczał, wydawał się ciężki i nieprzystępny, muskał ją zimnymi palcami i wywoływał nieprzyjemny dreszcz na kręgosłupie. Jej własne ja obróciło się przeciwko niej. Tylko że to nie był ten tak dobrze jej znany i ukochany Cień, ten był inny – zły i niebezpieczny. Niemal czuła złowrogi oddech na swym karku, problem jednak leżał nie wokół, a w niej samej – to ona nosiła w sobie Mrok, który powoli ją wyniszczał.
    Ciche, groźne powarkiwanie dobywało się z jej gardła, gdy ból falami przepływał przez zwykle silne i dumne ciało pantery. Łapy drżały słabo, gdy stawiała małe i powolne kroki, próbując dotrzeć do… Właściwie sama już nie wiedziała, gdzie zmierzała. Szła przed siebie, tylko po to, by nie poddać się wyniszczającej sile, by udowodnić sobie, że jeszcze posiada dawną wolę walki. Każdy mięsień spinał się w proteście, próbując zmusić czarną do postoju, do zatrzymania się, jednak ona szła dalej. Z pochylonym nisko pyskiem i zmęczonym wzrokiem fioletowo-zielonych ślepi utkwionym w lesie przed nią.
    Wspomnienia opanowały wszystkie jej myśli, mieszając się z palącą świadomością słabnącego organizmu. Chciała wiedzieć, dlaczego kiedyś przyjazne żywioły poczęły obracać się przeciw niej, dlaczego nie mogła przywołać ognia, nie odczuwając miażdżącego uczucia za uszami. Stając przy magicznych artefaktach, po raz pierwszy w tym życiu poczuła, że zaczyna poznawać swój los, rozumieć wspomnienia pierwszego życia, które ponownie nawiedziły jej umysł.

**
    - Dlaczego odczuwam ból? – zapytała białowłosa, spoglądając na Kasydiona, który spokojnie jechał na swym wierzchowcu tuż przy boku jej białej klaczy. – Nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło – dodała ciszej, spuszczając wzrok na blade dłonie ściskające wodze.
    - Taki jest nasz los – odpowiedział powoli brunet, zwracając spojrzenie błękitnej tęczówki na dziewczynę. – Połączenie z każdym następnym żywiołem przynosi ból, im więcej żywiołów, tym większe cierpienie. Dlatego nigdy nie istniał żaden z nas panujący nad wszystkimi sześcioma – każdy prędzej czy później wariował i ginął.- Głos czarnowłosego był spokojny, ale również zabarwiony goryczą, zupełnie jakby znał los tych, o których mówił.
    Akallabeth wciągnęła na chwilę powietrze, przymykając powieki. Tylko dwa żywioły, tylko przy użyciu jednego odczuwała ból, a jednak echo tego ciągle tkwiło w jej umyśle, nigdy nie znikając.
    - Czy ty też tak cierpisz? – Spojrzała na mężczyznę, ale on nie patrzył już na nią. Wzrok utkwiony miał gdzieś w przestrzeni przed nimi.
    - Nie aż tak, Cień poniekąd niweluje ten efekt – odparł z zamyśleniem ale również pewnym smutkiem wymalowanym na twarzy. Spojrzał na dziewczynę, potrafiąc sobie wyobrazić, jak musiała cierpieć. Nie potrafił wytrzymać tej myśli, odwrócił wzrok. – Nacierpiałem się przez niego już wiele i jeszcze wiele się nacierpię. Nigdy też nie dam rady opanować żadnego innego żywiołu – dodał głosem wyzutym z emocji, całkowicie bezbarwnym.
    Białowłosa uniosła brwi w zdziwieniu. Ciągle łapała się na tym, że kiedy już zaczynała wierzyć w potęgę ich podobnym, Kasydion sprowadzał ją na ziemię. Przeczył wszystkiemu, co myślała.
    - Dlaczego?
    Uśmiech, jaki jej posłał, pozbawiony był humoru – ponury, pełen goryczy, ścisnął ją za serce bardziej niż jakiekolwiek słowa.
    - Cena za nietykalność. Nie urodziłem się z Cieniem, nie dostąpiłem połączenia, wykupiłem sobie jego posłuszeństwo – wyjaśnił spokojnie, coraz bardziej zadziwiając dziewczynę. – Ciemność jest jedynym żywiołem, który obdarzy połączeniem tylko wybranych. Inni muszą sobie na to zapracować.
    Chwilę milczeli, zanim do głowy białowłosej przyszło jeszcze jedno pytanie.
    - Da się jakoś pozbyć tego cierpienia?
    Kasydion posłał jej krótkie spojrzenie, po czym uśmiechnął się pod nosem.
    - Owszem – zaczął. – Musisz połączyć się z każdym żywiołem…

**
    Potknęła się, prawie niwecząc wszystkie swoje wysiłki w próbie nie poddania się mrokowi. Zacisnęła szczęki, podrażniając ledwie zasklepione ranki na dziąsłach – krew spłynęła spomiędzy kłów, ledwie widoczna na ciemnej sierści.
    Dwa żywioły. Tylko tyle, tylko dwa połączenia. Mrok demona musiał uruchomić mechanizm obronny, ale równocześnie sam w sobie zabijał ją od środka. Musiała przetrwać, tak jak przetrwała własną śmierć, ocalona przez Cień. Wybrana, obdarzona połączeniem.
    Warknęła wściekle, ogon strzelił przy drżących bokach, a pantera trzęsąc się, ponownie stanęła na równych łapach. Krok, jeden, drugi, trzeci. Mięśnie spinające się w proteście i miażdżący ból za uszami. Niewidzialny płomień spalał jej duszę, ale szła dalej.
    - Nie tym razem – mruknęła pod nosem, przyspieszając kroku. Wzrok utkwiony miała przed sobą, krew buzowała jej w żyłach, a śladowe ilości adrenaliny pozwalały przetrwać nieustępliwy ścisk w piersi. 

**
    Na polanie panowała całkowita ciemność, ognisko nie płonęło, a w oknach domków nie widać było żadnego światła. W ogromnym, drewnianym budynku panowało poruszenie, widzieli to nawet z przeciwległej strony obozowiska. Rzucili sobie porozumiewawcze spojrzenia i zgodnie ruszyli stępem przez polanę. Coś było nie tak, gdy zatrzymali się przed drzwiami, Aldamir wychynęła z budynku w białej sukni i z łagodnym uśmiechem na twarzy, jakby właśnie ich oczekiwała.
    - Jesteście w końcu, nie mogliśmy doczekać się waszego powrotu – oznajmiła, kiedy zeskoczyli na ziemię, a ich wierzchowce zaczęły paść się spokojnie.
    Brunet od razu stał się podejrzliwy, zauważając brak bransolet na nadgarstkach przywódczyni. Ewidentnie coś knuła i obawiał się, że może to być dla nich bardzo niekorzystne.
    - Jak udała się misja? – zagadnęła, schodząc po kilku stopniach i stając tuż przy nich. Akallabeth widocznie również wyczuła groźbę niebezpieczeństwa, ponieważ rzuciła Kasydionowi krótkie spojrzenie, które nie uszło uwadze szatynki.
    - Dobrze, ale musieliśmy ich przegonić – odpowiedział brunet, zanim białowłosa zdołała się odezwać. Miał nadzieję jakoś odszyfrować zamiary przywódczyni. – Już się więcej nie pokażą, Akallabeth napędziła im stracha – dodał, uśmiechając się lekko do dziewczyny, która również odwzajemniła gest. Grali spokojnych i szczęśliwych z ukończenia misji, a przywódczyni zdawała się to kupować.
    - To nic takiego, po prostu trochę pobawiłam się ogniem – stwierdziła skromnie białowłosa, zgrywając nieśmiałą.
    Aldamir uśmiechnęła się ciepło, jakby właśnie była dumna ze swoich pociech. Niemal matczyne gesty wyglądały bardzo prawdziwie, jednak brunet nie dał się temu zwieść. Jego obawy rosły z każdą chwilą.
    - Świetnie. Chodźcie do nas, wszyscy chcą wam pogratulować. Nawet urządziliśmy niewielkie przyjęcie – powiedziała szatynka, puszczając im perskie oko i rozciągając usta w rozbawionym geście.
    - No sama nie wiem, jesteśmy zmęczeni – odparła powoli i jakby z zakłopotaniem białowłosa, ona również zaczynała mieć niepokojące przeczucie co do zamiarów ich przywódczyni.
    - Rozumiem, na pewno podróż was wykończyła – przyznała z troską Aldamir, jednak nie miała zamiaru odpuścić. – Ale może wejdziecie chociaż na chwilkę, długo na was czekaliśmy. Potem będziecie mogli odpocząć do woli – zaproponowała pojednawczo, jakby rzeczywiście w trosce o nich.
    Para wymieniła między sobą spojrzenia. Oboje nie chcieli tam iść, jednak wiedzieli, że nie mają wyjścia. Kasydion niemal niezauważalnie skinął głową, a Akallabeth uśmiechnęła się lekko i odwróciła do przywódczyni.
    - Dobrze, na chwilkę – zgodziła się. Podążyli za szatynką do wnętrza budynku, nie mając pojęcia, że ta noc skończy się dla nich gorzej, niż przypuszczali.

**
    - Głupia, miałaś tam nie iść – szepnęła, przymykając powieki, oczami wyobraźni widząc wnętrze. Twarze przyjaznych magów, lekko smutne, błękitne oczy złotowłosego Alcarina, błyszczące się brązowe tęczówki Lithii i czarne tatuaże wokół nadgarstków Aldamir. To były jej wspomnienia, i chociaż tak odległe, z zupełnie innego życia, bolały jak prawdziwie.
    Łapy zadrżały niebezpiecznie, gdy przystanęła na chwilę, by nabrać głębszy oddech. Otworzyła ślepia, spoglądając na ściółkę, na liście poruszane przez jej urywany, ciężki oddech. Mrok przeszywał ją bólem wręcz porównywalnym do tego, który czuła w tamtym życiu. Jakby spalano jej duszę, jakby coś niszczyło ją od środka, powoli pożerało ciało i ducha, na zawsze. Nie miała już siły iść, nie miała siły by walczyć, ledwie trzymała się w pionie. Czuła, że zaraz uderzył o podłoże, upadnie i już nie wstanie. 

**
    - Wybacz, nie mogę pozwolić, byś chodziła pośród nas….
   - Co?! Czekaj, co wy robicie?! – Próbowała się wyrwać, ale przywiązali jej nadgarstki do metalowych obręczy, była całkowicie unieruchomiona.
    - Czy tego nie widzisz? Już niszczysz samą siebie, my tylko oszczędzimy ci cierpień…
    - Nie… Nie, poczekajcie, przecież nic wam nie zrobiłam – rozpaczliwe próbowała się bronić, ale smutny wyraz oczu Aldamir mówił wszystko. Tej nocy miała zginąć, na zawsze, i nikt nie mógł jej pomóc.
    - Stwarzasz zagrożenie dla siebie, tak samo jak i dla nas. Już oszalałaś, nie mamy wyjścia…
    Ogień. Czarny ogień ogarnął wiązki drewna ułożone wokół niej. Powoli piął się po gałązkach, aż w końcu sięgnął jej skórzanego stroju. Duszący dym dostał się do gardła, powodując uciążliwy kaszel, niemal uniemożliwiając wykrzyczenie tego, jak wielki ból przeszył jej nogi, a potem ramiona. Ogień powoli trawił skórę, ale równocześnie jakimś nieznanym sposobem zdawał się rozpalać wnętrze klatki piersiowej, rozprzestrzeniać się wewnątrz ciała. Gorące powietrze wysuszało każdą łzę, która zdołała spłynąć po osmalonych policzkach. 
    W obliczu niechybnego końca miała wrażenie, że przed oczami widzi dwukolorowe tęczówki bruneta. Ciemność ogarniała ją, powoli mieszając się z bólem, który począł być dziwnie odległy. Wpadła w stan otępienia, chociaż jej ciało i dusza ciągle spalały się w czarnym ogniu. Miała zostać unicestwiona na zawsze, taki był plan. Przymknęła powieki, czując, jak odpływa. Zanim całkiem wyłączyła się jej świadomość, zanim zaakceptowała fakt, że umiera, usłyszała jeden, znajomy szept: „To jeszcze nie jest koniec…”
    Przymknęła powieki, a lekki uśmiech rozciągnął jej wargi. Biały płomień, niczym błyskawica przeszywając burzowe niebo, rozświetlił na sekundę Mrok pochłaniającej ją Czarnej Śmierci, zanim jej dusza na zawsze opuściła to ciało.

**
    Krok, jeden, drugi, trzeci. Drżące ciało, tak słabe, że prawie niezdolne do ruchu. Miażdżące uczucie w czaszce, które odbierało zdolność logicznego myślenia.
    Poddaj się, to już koniec…”
    Ból rezonujący z piersi aż po koniuszek ogona, falami zalewający każdą kończynę, pozbawiając panterę uczucia równowagi. Chwiała się, próbując utrzymać się na równych łapach, podpierając się bokami skrzydeł. Uszy ciasno położyła na czaszce, ogon ledwie ruszał się przy boku. Chrapliwy oddech wydobywał się spomiędzy zaciśniętych szczęk. Strużka krwi zastygła na brodzie, a poranione dziąsła dodawały otępiającego bólu. Świat wydawał się rozmazywać przed oczami, gałęzie poruszały się leniwie, szeptały jej do ucha niestworzone opowieści, budząc dziwny lęk, ściskając za wnętrzności. Z Mroku dziwne stwory szczerzyły do niej upiorne szczęki pełne ostrych kłów, blade ślepia obserwowały każdy ruch z zakamarków Cieni. Księżyc zdawał się wyśmiewać marne próby dojścia do celu podróży.
    „Nie dasz rady, poddaj się…”
    Czarny płomień znów spalał jej wnętrze, domagał się ofiary, której pożądał, której nie dostał, a która należała mu się od dawna. Łaknął duszy, pożerał ją, przywołując wszystkie bolesne wspomnienia. Rujnował wyobrażenie świata, spychał w dół przepaści, z której nie było już ucieczki. Naśmiewał się z jej daremnych wysiłków, uczynił z drapieżcy swą własną ofiarę.
    Chrapliwy, wściekły warkot dobył się ze spierzchniętego gardła pantery. Pazury wbiły się w poszycie, a mięśnie napięły w gotowości, boleśnie protestując. Uśpiona wola walki na nowo zaczęła rozpalać wnętrze czarnej, walcząc z ogarniającą ją beznadzieją. Ogon począł na nowo strzelać przy bokach, oddech przyspieszył niebezpiecznie, a w żyłach wraz z Mrokiem popłynęła adrenalina.
    - Nie tym razem – powtórzyła, warcząc pod nosem. Zeschnięty przełyk palił nieprzyjemnym bólem, ale przynajmniej odciągał myśli od wyniszczającego Mroku.
    Czuła, jak jej barki trzęsą się z wysiłku. Jak łapy ledwie utrzymują ciężkie ciało, a mięśnie z każdą sekundą słabną. Usłyszała też, jak wokół poczęła zrywać się wichura, poczuła, jak powietrze wypełnił zapach nadciągającej burzy, pod przymkniętymi powiekami dojrzała biały blask pioruna, a po chwili ciszę przerwał potężny grzmot. Nowe odczucia wypełniły jej ciało, ucisk na czaszce zdawał się mniejszy, a spalający ją Mrok wezbrał na sile. Zatrzymywała w sobie to wszystko, każdy dźwięk, każdy zapach, każde pojedyncze drgnięcie ciała, każdą falę przeszywającego bólu, aż wreszcie stała się kłębkiem czystej wściekłości. Gdy ściana deszczu uderzyła o ściółkę, wraz z kolejnym grzmotem dała ponieść się instynktom, uwolniła tę najpierwotniejszą istotę. Z rykiem całkiem niepodobnym do niej wybiła się z miejsca i ruszyła przed siebie, gnając przez las tak szybko, jak jeszcze nigdy w życiu.
    Mięśnie z każdym krokiem wysyłały fale drętwiejącego bólu wzdłuż kończyn, Mrok coraz szybciej począł rozprzestrzeniać się po jej ciele, mieszając się z adrenaliną buzującą w krwi, a zmęczenie zamieniło się w czystą furię. Obłęd w fiołkowo-zielonych ślepiach, chrapliwy oddech i obnażone, pokryte krwią kły – tak prezentowała się teraz pantera, sama ze sobą walcząc, by przebiec kolejne metry. Wiatr gnał ją do przodu, deszcz strugami obmywał umęczone i obolałe ciało, ziemia pod stopami była miękka i idealna do biegu, błyskawice raz po raz rozświetlały niebo, wypełniając powietrze ogłuszającym dźwiękiem, a cienie wychylały się ze swej kryjówki, by owinąć chłodnymi mackami panterę. Mrok w jej duszy zaczął powoli wycofywać się, opuścił kończyny, gnieździł się w piersi, niemal odbierając oddech. W finalnej fazie, gdy myślała już, że zaraz braknie jej tchu, gdy ostatecznie ból ścisnął jej serce, wypadła spomiędzy drzew na pustą polanę, a Mrok rozpłynął się po kończynach, pozostawiając za sobą tylko echo niedawnego cierpienia.
    Zamrugała, dysząc ciężko i rozglądając się wokół. Deszcz zelżał, wiatr niemal całkiem się uspokoił, a błyskawice przestały przecinać zachmurzone niebo. Jeszcze chwila, a burza całkowicie odeszła, księżyc na nowo pokazał się na nieboskłonie, oświetlając polanę swym blaskiem.
    Ostatkiem sił zrobiła kilka drżących kroków w stronę niezapalonego ogniska, słaniając się na boki ze zmęczenia, ledwie utrzymując się w pionie, dla podparcia używając skrzydeł. Pokonała wyniszczający ją Mrok, ale czuła, że jeszcze bardzo długo będzie osłabiona, a zdarzenie to odciśnie piętno na jej życiu.    
    Upadła bokiem na ziemię tuż przy drwach ustawionych na ognisko, nie dała rady przejść więcej. Ciężki oddech powoli uspakajał się, gdy leżała na wilgotnej trawie, wpatrzona przed siebie. W fiołkowych ślepiach niewiele było widać prócz zmęczenia, a jednak wydawały się być spokojne, nawet zadowolone. Cienie przenikały skórę pantery, owijając jej ciało czymś przypominającym niewielką mgiełkę.
    Podniosła wzrok na wilgotne drewno, jakby przygotowane do rozpalenia ogniska. Nie namyślając się długo wykrzesała ostatnie dawki adrenaliny buzującej jej w żyłach i posłała iskrę, która roznieciła płomień. Po chwili wszystkie drwa zajęły się ogniem i oświetliły polanę wokół, dostarczając przyjemnego ciepła. Niewielki ból przeszył czaszkę czarnej, ale nie wydawał się już taki zły. Przeciwnie, ból zmęczonych mięśni wydawał się najsłodszym uczuciem, jakie teraz ogarnęło jej ciało – jedynym prawdziwym i słusznym.
    „To jeszcze nie koniec…”
    Uśmiechnęła się lekko pod nosem i przymknęła ślepia, nasłuchując dźwięków lasu.

Pain, without love
Pain, I can't get enough
Pain, I like it rough
'Cause I'd rather feel pain than nothing at all



[Naszło mnie, więc powstała ostatnia część tej serii. Dość niejasna, ale taka ma być. Mrok, o którym jest tutaj mowa, to ten z naszego zadania - jak pewnie niektórzy się domyślali. Trochę krótkie, średnio mi się podoba, ale chyba ujdzie w tłumie. Gratuluję tym, którzy przebrnęli.
Fragmenty tekstu pochodzą z piosenki "Pain" - Three Days Grace]

Byli samotni.

W idealnym świecie nie ma bólu.
W idealnym świecie nie ma smutku.
W idealnym świecie nie ma samotności.
Idealny świat nie istniał. Należał do sfery marzeń. A dosięgnąć go mogli tylko ci których już nie ma, których dusze wędrują w eterze.
On o tym wiedział. Ona też. Próbowali osiągnąć to co inni. Nie udało się. Musieli tu zostać. On z powodu głosu serca, Ona z powodu złego wyboru w przeszłości.

Zamknął oczy, wzdychając ciężko. Szare futro przeczesywał silny wiatr, niosący zapach zginilizny. Wilk siedział na wzniesieniu już od jakiegoś czasu. Przyglądał się terenom stada, widniejącym niżej.
Pustka.
Tym słowem dało się określić wszystko. Po lesie wędrowały już tylko cienie istot które kiedyś tędy przechodziły. Brakowało kiedyśniejszej świetności HOTN. Natura objęła panowanie nad wszystkim. Nawet nad Jaskinią w której zagnieździły się nietoperze. Nad Polaną zarośniętą wysoką trawą i leśnymi kwiatami.
Byli samotni.
Z jego perspektywy wyglądało to jak koniec. Ale nie chciał tak myśleć. Wciąż na samym dnie wszystkiego była nadzieja. Nadzieja, że powróci to co niegdyś było. Ale wiadomym jest to, że nic nie może być takie jak wcześniej. Może i wróci dawna świetność HOTN, ale nigdy nie będzie taka jk kiedyś. Kto wie, może będzie wyglądać jeszcze lepiej?
Czarne szczenię, skaczące wesoło wokół ponurego wilka w końcu usiadło z upolowanym motylem, wystającym z pyska. Miejscami na jej ciele widać było nagie kości jednak nie zwracał na to uwagi. Przywykła. Połknęła owada i trąciła pyskiem łapę wilka. Uniosła kąciki ust w uśmiechu.
Trzaski. Zgrzyty. Jego uszy reagowały same na dźwięk przemiany, na dźwięk pękającej skóry, kości i mięśni.
Dracholich machnął kolczastym ogonem, uderzając nim ziemię. Rozłożył skrzydła, łapiąc w poszarpaną błonę wiatr. Pustymi oczodołami wpatrywała się w las u ich stóp.
- Masz nadzieję, że wrócą? Że to wszystko wróci? Głupi jesteś. Nadzieja matką głupich, słyszałeś to kiedyś? To wszystko umarło. Nie ma szansy żeby wróciło. Nie zauważyłeś ile rzeczy już zostało zniszczonych? Ile więzi? Nawet jeśli wrócą, niewiele to da. Będą tu ciałem, nie duszą. Dusza będzie zajęta, będzie gdzieś indziej. Warzywka.
Kościej przeszedł na drugą stronę u boku wilka. Konflikt interesów, wiary.
- Jedno z nas wierzy w powrót, drugie w koniec. Powiedz, ma to jakiś sens? Zostawić to trzeba własnemu biegowi. Nic nie zdziałamy. Przy takich sławach.. jesteśmy niczym. To wiadome od dawna. - Przerwał na chwilę, tylko po to by parsknąć. - Trzymajmy się razem. Będziemy trzymać się razem. Żadne z nas nie ma gdzie wrócić.
Wilk uniósł zad z ziemi i odwrócił się ku zejściu z góry. Rzucił jeszcze jedno spojrzenie za siebie i pokręcił głową. Powoli, kulejąc ruszył ścieżką. Rany na łapach utrudniały mu chodzenie, ale nie miał zamiaru przestać. Przejmował się wieloma sprawami.
Dracholich parsknął śmiechem i wzbił się w powietrze. Leciała tuż nad Asmodeuszem, wykonując w powietrzu różne akrobacje. Nie przejmowała się niczym.
Ledwie żyjący wilk oraz pełen życia prawie-smok, mieszkający na tym samym terenie który jest ich domem.
A może był?



_____
Przedstawione wszystko z mojej perspektywy, niekoniecznie zgadzające się z prawdą.
Miało wyjść lepsze, ale nie umiem pisać.I krótkie jakieś.

24 września 2013

Zadanie na Maga Mroku oraz Szamana - Raksha i Aldieb.

W ciągu tych kilku lat tereny Stada Nocy uległy niewielkim, acz znaczącym zmiano. Las Śmierci, który niegdyś, wbrew swojej nazwie, tętnił życiem, został zapomniany przez Dzieci Nocy i tylko nieliczni nawiedzają te tereny. Jak wszyscy wiedzą, na terenach HOTN znajduje się potężne źródło bliżej nieokreślonej energii magicznej, która przyciąga przeróżne istoty. Świadczą o tym miejsca takie, jak te, które znalazłaś razem z Aldieb - oddzielone od reszty świata niewidzialną kopułą martwej ciszy.
____________________________________
Raksho, przyszły Magu Mroku,
Aldieb, przyszła Szamanko,
Dowiedzcie się czym spowodowana jest ta cisza i czemu takie miejsca występują w Lesie Śmierci. Postarajcie się wykorzystać Wasze wrodzone zdolności, odszukajcie leśne dusze, opiekunów tego zapomnianego miejsca. Raksho, z dawnych opowieści możemy tylko domyślać się, iż jest to pewna mroczna energia. Poznaj ją, spróbuj okiełznać. jeśli jest groźna. Uważajcie, Las Śmierci stał się dość tajemniczym i niebezpiecznym miejscem, odkąd pozostawiliśmy go woli Matki Natury.



Tak cichego, niemalże uśpionego lasu jeszcze nie miała okazji odwiedzić. Miejsce, w którym nie wyczuwała nawet najlżejszego ciepła innych ciał, już na samym początku ostrzegało, że lepiej nie zagłębiać się w jego tajemnice. Otaczająca je cisza wydawała wwiercać się nieprzyjemnie w umysł pantery, tak bardzo wyczulonej na każdy zapach i dźwięk, których teraz tak nagle zabrakło. Potrzebowała dłuższej chwili, by przyzwyczaić się do nowej sytuacji. Czarny ogon strzelił lekko przy bokach Rakshy, kiedy powoli sondowała wzrokiem teren, jakby szukając jakiejś żywej duszy.
- Pusto - mruknęła, prostując się i podnosząc lekko pysk. Dotąd płasko położone na czaszce uszy, podniosły się, próbując wychwycić dźwięk niepochodzący od ich dwójki. Pantera zmarszczyła zabawnie pysk, a jej fiołkowe ślepia ciągle obserwowały uważnie teren wokół. - Zupełnie pusto. Tylko że to jest raczej niemożliwe, prawda? - zwróciła się do wilczycy, tylko na chwilę na nią zerkając. Wolała w każdej chwili być gotowa na coś niespodziewanego i chociaż ciało miała raczej rozluźnione, nie zdradzało to siły, jaką dysponowałaby, gdyby zaszła potrzeba obrony.
Aldieb wahała się dłuższą chwilę z odpowiedzią. Możliwe, czy nie? Któż to wiedział. Była pewna jedynie tego, że w swym życiu natknęła się na wiele dziwniejszych zjawisk, by móc powątpiewać. Z całą pewnością nienaturalne. Tego słowa użyłaby w pierwszej kolejności. A „pustka”, jak określiła to Raksha, była bardzo adekwatnym stwierdzeniem. Zupełnie jakby znalazły się w próżni. Brak dźwięków, zapachów, ciepłoty żyjących organizmów. Co więcej, nie potrafiła nawet wyczuć energii duchowej, którą Las Śmierci powinien był emanować. 
- Nie wiem - odrzekła w końcu. Zdawało jej się, jakby jej głos dobiegał z oddali. - Mam wrażenie, jakbyśmy wpadły w sam środek nicości. - dodała, a przez jej ciało przebiegł dreszcz niepokoju. Panujące warunki przywracały z zakamarków pamięci niechciane i bolesne wspomnienia.  
Zimny dreszcz przebiegł wzdłuż kręgosłupa Rakshy, gdy przemyślała w głowie słowa wilczycy. Musiała się mocniej skupić, by dobrze ją zrozumieć, chociaż przecież słuch miała doskonały i nigdy jej nie zawodził. Zrzuciła to oczywiście na ową nicość, przez którą pantera miała wrażenie, jakby coś ją zgniatało od środka. To nie było dobrym znakiem, nawet jeśli nie znajdowałyby się w środku tak przerażającej ciszy. Kierowana dziwnym przeczuciem pomyślała, iż za tym wszystkim musi stać magia. Jej organizm dawał jasne wskazówki, by wynieść się z tego miejsca jak najszybciej, a równocześnie wrodzona dociekliwość nie dawała spokoju, zmuszając do zgłębienia tajemnicy.
- Nie myślisz, że powinnyśmy to sprawdzić? - Zerknęła na wilczycę. Powiedziała to gnana raczej instynktem niż zdrowym rozsądkiem, który tylko ponaglał do szybkiego odwrotu. 
Słysząc pytanie pantery, zadreptała w miejscu, przestępując z łapy na łapę, przejawiając tym samym chęć jak najszybszego wyniesienia się z tego miejsca. Wzięła głęboki wdech, siląc się na opanowanie. Wrodzony instynkt przetrwania podpowiadał jej, że nie należy przebywać tu zbyt długo, jednakże poczucie obowiązku wobec Stada a także przywiązanie do Lasu Śmierci nie pozwalało zostawić jej sprawy nierozwiązanej. 
- Tak, chyba tak. - Odparła niechętnie, postępując parę kroków dalej na sztywnych łapach. Jednak mimo silnego dyskomfortu już zaczynała analizować wszystko co do tej pory miało miejsce, próbując odgadnąć przyczynę zaistniałej Ciszy. - Zastanawia mnie co się stało ze wszystkimi istotami, które tu mieszkały. Nie wyczuwam żadnej żywej istoty, a kiedy mocniej się skupię, mam wrażenie jakby nawet roślinom zabrano dusze.  
Raksha ruszyła za towarzyszką, na ugiętych łapach stawiając ostrożne kroki, które w nawet w normalnym środowisku byłyby niedosłyszalne, a w tym miejscu wydawały się całkowicie wytłumione. Wytężyła swój dodatkowy zmysł wyczuwania ciepłoty ciał, jednak nawet temperatura stojącej obok Aldieb dochodziła do niej jakby rozproszoną falą, a żadnego innego ciepła nie mogła zlokalizować w najbliższej okolicy. 
- Nie wiem nic o duszach, ale wierzę ci. Nie czuję żadnego ciepła, jesteśmy tutaj właściwie całkiem same - stwierdziła powoli, z zainteresowaniem przyglądając się wszystkiemu dookoła. Wciągnęła nosem więcej powietrza niż zwykle, a niepokojący ucisk w okolicach uszu powiększył się. - Też to czujesz? - Zerknęła na wilczycę. - To musi być sprawka magii - dodała, a jej ogon ponownie strzelił przy bokach, ale poruszając się jakby w zwolnionym tempie.
- Czuję…? - powtórzyła jak echo za kocicą, nie bardzo rozumiejąc co ta ma na myśli. - Co przez to rozumiesz? - Wilczyca spojrzała w jej stronę pytającym wzrokiem, jednocześnie sama starając się dojść, co też takiego pantera wyczuła. Sama miała wrażenie, jakby ktoś wyłączył jej wszystkie zmysły, po za jednym, na którym najmniej polegała - wzrokiem. 
Czarna potrząsnęła pyskiem, nie bardzo wiedząc, jak ubrać swe dziwne odczucia w rozsądne słowa. 
- Jestem istotą czysto magiczną - przyznała wpierw, chociaż nigdy nie wypowiedziała tego na głos. Podniosła pysk, ponownie wciągając powietrze nosem i przymykając powieki, jakby próbując skupić się na owej ciszy. - Nie umiem tego wyjaśnić, ale jestem pewna, że to spowodowane jest magią, bardzo silną. No bo co innego byłoby wstanie wyssać z kawałka lasu całą energię... - urwała, marszcząc pysk, jakby właśnie powiedziała coś istotnego, a równocześnie nie pamiętała, co miała na myśli. Podniosła wzrok na wilczycę, jakby z niemym pytaniem we fiołkowych ślepiach. 
Samica zatrzymała się raptownie, jej ślepia rozszerzyły się szeroko, a po chwili zawidniało w nich nagłe zrozumienie. 
- Tak, to jest to. Jeśli ktoś… lub coś, jakaś istota magiczna, demon, czy też inny twór… Zresztą nie ważne co. Ale jeśli właśnie to coś zdołało wedrzeć się niezauważone na tereny stada i ukryć tutaj w Lesie Śmierci, miejscu być może tak starym jak sam świat, nasączonym potężną magią i energią tajemniczych stworzeń, jakie się tu kryją… Jeśli mu się udało i ukrył się gdzieś tu, a teraz zaczął wchłaniać całą tą energię. Jeśli… - niemal zachłysnęła się następnym słowem, kiedy nagle urwała i spojrzała przerażona na Rakshę. - Zdajesz sobie sprawę z tego jak ta istota może być teraz potężna? Nie mamy pojęcia kiedy tutaj przybyła, ani jak wielki jest obszar, z którego wysączyła życie. - Potrząsnęła głową, zupełnie jakby chciała poupychać chaotycznie rozbiegane myśli we właściwych miejscach. - W każdym bądź razie dopóki nie dowiemy się czegoś więcej, powinnyśmy jak najszybciej stąd znikać. Jeśli się nie mylę i naprawdę coś zagraża puszczy, myślę że Las zechce nam pomóc i da nam kilka wskazówek jak się uporać z goszczącym tu Mrokiem.  
Pantera skinęła pyskiem, po raz pierwszy uśmiechając się lekko. Było to jednak uśmiech całkowicie pozbawiony wesołości.
- Myślę, że się nie mylisz. To coś jest potężne i pełne Mroku, mogę to powiedzieć nawet teraz. Jeśli zdołasz uzyskać pomoc od Lasu to świetnie, musimy mieć chociaż jako takie pojęcie, co kryje się w tej gęstwinie, a eksperta od Mroku masz przy swoim boku - powiedziała z chłodnym spokojem, jakby cała ta sytuacja niewiele ruszała panterę, chociaż w duchu czuła, jak dziwna siła miażdży ją od środka. Dobrze wiedziała, że Mrok, z jakim będą miały do czynienia, nie był tym zwykłym i tak dobrze jej znanym. Niczego jednak nie pokazała na zewnątrz, pozostając całkowicie opanowaną. Trzeźwe myślenie pozwalało jej tak szybko reagować. - Gdzie chcesz zacząć poszukiwania informacji na temat tego czegoś? Potowarzyszę ci, a może przy okazji sama wyczuję z czym wiąże się ten Mrok. 
- Najłatwiej by było gdyby… Ech, ale to jest za daleko. Podróż zajęłaby nam za dużo czasu. Chyba, że umiałabyś Nas teleportować. - Uśmiechnęła się cierpko, nie bardzo wierząc w taką możliwość. - Przede wszystkim musimy wyjść poza barierę. Potem będę musiała odnaleźć drzewo zamieszkałe przez Ducha. Tak najłatwiej będzie mi się skontaktować, chociaż i tak nie gwarantuję, że się uda. Niektóre z nich nie są zbyt rozmowne…
Pantera nie odpowiedziała w pierwszej chwili, rozmyślając na słowami Aldieb, jednak już po chwili lekki uśmiech wrócił na jej pysk, tym razem jakby bardziej zadowolony. 
- Dziwnym zbiegiem okoliczności mogłabym spróbować nas przenieść, jeśli tylko wyjaśnisz mi gdzie dokładnie - odpowiedziała, spoglądając na wilczycę swoimi fiołkowymi ślepiami, w których teraz pobłyskiwały iskierki. Mimo beznadziejnej sytuacji, Rakshę zaczęła coraz bardziej fascynować owa Cisza. Po chwili jednak jej uśmiech zniknął, zastąpiony przez zamyślenie. - Jednak nie mogę wykluczyć opcji, że owo coś wyczuje, jak używam tutaj magii. Jeśli potem tu wrócimy, pewnie łatwo zlokalizuje nasze położenie... Jeśli już tego nie zrobił - dodała z lekkim zamyśleniem. Pokręciła pyskiem, uspakajając swoje myśli. Musiała być całkowicie opanowana. - To zależy od ciebie, jeśli chcesz, przeniosę nas choćby zaraz. Powiedz tylko gdzie. 
- Och. Hm, dobrze. - Dość zaskoczona tym nagłym obrotem sprawy, poczuła się nieco wybita z wątku. Zaraz jednak się pozbierała, by kontynuować. - Tak czy siak, musimy stąd wyjść. Obawiam się, że używając tu magii, mogłybyśmy tylko na tym stracić. 

Obydwie samice ruszyły żwawym stępem w drogę powrotną. Aldieb musiała zaufać panterze, bowiem jej orientacja w terenie zagubiła się gdzieś w międzyczasie. 
- Chodzi mi o miejsce niedaleko granicy Lasu Śmierci.  Znajduje się tam niewielkie wzgórze, na którym rośnie samotne drzewo. Dość charakterystyczne. Niskie, o grubym pniu i rozłożystej koronie. Jedna z gałęzi jest niemal równoległa do podłoża. Nie wiem, czy kiedykolwiek na nie trafiłaś. Trudno mi orzec czy pokazuje się komukolwiek innemu niż mnie…  To jest na północy terenów stada, czyli zupełnie gdzie indziej niż my teraz się znajdujemy. Przy wschodniej granicy. Całkiem niedaleko wodospadu. 
Gdy samica próbowała wyjaśnić o jakie miejsce dokładnie jej chodziło, zdążyły dojść do punktu wyjścia. Gama zapachów i dźwięków buchnęła w otumanione do tej pory zmysły towarzyszek. Ciemnobrązowa wręcz zachwiała się na miękkich łapach, czując zawroty głowy. Jednocześnie odczuła ulgę, gdy świat powrócił do swoich praw, a życie znów kwitło wokół nich. 
Do równowagi przyprowadziła ją czujna jak zwykle Raksha. Wilczyca wciągnęła nozdrzami wibrujące od zapachów powietrze, czując jak wracają jej siły. Niespodziewanie, zapominając całkowicie o kocicy, podbiegła kilka kroków do starego dębu. Przedreptała pomiędzy jego korzeniami, by za chwilę zanurkować pod zwalonym pniem jakiegoś świerku. Na moment zniknęła całkowicie pod gęstym igliwiem, by po kilkunastu sekundach wyłonić się z drugiej strony. Idąc jak zahipnotyzowana, po nienamacalnym dla innych tropie, nie obejrzała się ani na chwilę, całkowicie pochłonięta swoim zadaniem. Obeszła dookoła porośnięty mchem głaz, dalej przecisnęła się pomiędzy rosnącymi blisko siebie krzewami, by chwilę potem w końcu przystanąć. Przechyliła łeb, wpatrując się w górujące nad nią drzewo. Jej ślepia iskrzyły się złotym blaskiem, w panujących w lesie ciemnościach Nocy. 
Na jej pysku z wolna wypłynął zadowolony uśmiech. 
- Wygląda na to, że nie będziemy musiały nadwyrężać Twoich sił. ??? powiedziała, odwracając się w stronę towarzyszki.  
- To dobrze, przydadzą się do opanowania naszego tajemniczego Mroku - odrzekła pantera, podchodząc nieco bliżej i zatrzymując się w stosownej odległości, by przypadkiem nie przeszkadzać. Usiadła na miękkiej trawie, spoglądając na wielkie drzewo, a zaraz potem na wilczycę. - Czyń swą powinność, będę cię osłaniać - dodała pół żartem, pół serio, uśmiechając się lekko. Oczywiście, nie miała teraz nic do roboty, gdyż kompletnie nie znała się na rozmawianiu z duchami drzew, więc mogła tylko pilnować, by nic nie przeszkodziło Aldieb. 
Raksha rozejrzała się po polanie, wciągając w nozdrza mieszankę znajomych zapachów. Z ulgą odczuła brak miażdżącego uczucia w okolicach uszu oraz zewsząd dochodzące do niej, znajome dźwięki. Teraz mogła się całkowicie skupić na otoczeniu, toteż czujnym wzrokiem obserwowała, pozostając równocześnie całkowicie rozluźnioną. Czekała tylko na rozwój wypadków. 

~***~  

Odetchnęłam głęboko. Przybliżyłam pysk do pnia drzewa, niemal dotykając nosem jego chropowatej kory. Przymknęłam ślepia, oczyszczając się ze wszystkich myśli. Chłonęłam całą sobą otaczające mnie bodźce. Dotyk ściółki pod łapami. Miękki, wilgotny mech, kujące igliwie, plączące się pomiędzy nimi szyszki. Szmer ocierających się o siebie gałęzi, kołyszących się lekko na mroźnym, nocnym wietrze. Zapach żywicy i świerków. Ciche szuranie myszy. Łopot skrzydeł sowy, która poderwała się do lotu. 
W miarę gdy się zatracałam, mogłam wyczuć każde otaczające mnie stworzenie. Jego istotę, jego „ja”. Coraz dalej i dalej. Poprzez gryzonie i mrówki, żyjątka pełzające w ziemi i runie leśnym, kończąc na wszystkich żywych roślinach. Dosłownie czułam otaczający mnie las. 
A także mrok. Gdzieś tam na granicy mego pola widzenia ziała przepaść. Czarna, lodowata dziura, ziejąca wszechogarniającą nicością. Patrzyłam jak powoli się rozrasta, pochłaniając na swej drodze wszelkie żywe istnienia. 
Musiałam niemal zmusić się, by nie zapomnieć o oddychaniu. Wzięłam jeden głęboki wdech. Rozejrzałam się swym „drugim wzrokiem” dookoła polany, potwierdzając swoje obawy. Odkąd wyszłyśmy poza barierę, nie dostrzegłam ani jednego ducha, których przecież było pełno w tym starym lesie. Jedynie smugi energii, jak tropy prowadzące w stronę otchłani. 
Jednak nie było czasu na próżne rozmyślania. Potrzebowałyśmy rady mądrzejszych od Nas istot. Tak jak przeczuwałam wokół polany rozsiane były głazy, układające się w okrąg. Podeszłam do pierwszego z nich, modląc się w duchu, by Raksha nie próbowała interweniować, cokolwiek by się działo. Opuszkami łapy dotknęłam zimnej, chropowatej powierzchni. Przesunęłam ją, rysując znak mocy. Symbol na mojej skórze rozbłysnął delikatnym światłem. Wzywałam na pomoc Wiatr, by udzielił mi swych sił. 
Podchodziłam po kolei do każdego z kamieni, na każdym rysując co innego. Przy każdym szepcząc pradawne słowo prawdy. Gdy kończyłam, drzewa chyliły się na wietrze. Las szumiał od silnych podmuchów, a liście wirowały w oszalałym tańcu. Mój przyjaciel przybył, tak jak go prosiłam. 
Biorąc głęboki wdech, stanęłam na środku polany. Wypowiadałam kolejne słowa formuły, a te niesione przez wzburzony wiatr zdawały się dobiegać jakby zewsząd. Ostatnie zdanie, ostatni wers. Symbole na kamieniach zaświeciły się niebieskawym światłem. Wokół mnie z wolna zaczynał formować się cyklon. Pęd wiatru dudnił mi w uszach, a świat zdawał się wirować niczym oszalały. 
Nagle wszystko ustało. Zapadła błoga, spokojna cisza. Sylfy czmychnęły w swoje strony, nie zostawiając po sobie najmniejszego śladu. Wszystko powróciło do normalnego stanu rzeczy.
Udało mi się nawiązać połączenie. 

~***~ 
Jeśli jeszcze pozostała w niej jakakolwiek nadzieja, że może cała ta sprawa okaże się tylko błahostką, właśnie umarła śmiercią tragiczną. Pantera ponownie miała wrażenie, jakby coś od środka rozsadzało jej czaszkę, chociaż ciągle tkwiły poza granicami owej przerażającej Ciszy. Plan, ułożony na podstawie wskazówek Ducha, ciągle wydawał się mieć niezałataną lukę, która nie dawała czarnej spokoju. Był dobry, nie mogła zaprzeczyć, jednak niepokój dawał jej się we znaki. 
Przechadzała się po jaskini, przyglądając się porzuconym i nieraz pięknym przedmiotom. Zapomniane, niechciane, ale przede wszystkim bardzo cenne artefakty leżały porozrzucane na kamiennym podłożu niczym bezwartościowe śmieci. Raksha nie miała pojęcia o istnieniu tej pieczary, więc kiedy Aldieb przekazała jej wiadomość od Duchów, była niemal pewna, że musiał to być jakiś żart. A jednak, widocznie mieszkał tam kiedyś wielbiciel starych, magicznych przedmiotów. 
- Woda, ziemia, wiatr, ogień - mruczała pod nosem nazwy żywiołów, dla których odpowiednie i już uzupełnione pojemniki znalazły się poza grotą, gotowe do użycia. Został tylko jeden, który, jak miała nadzieję, wypełniony będzie już światłem, bowiem ona sama z tym żywiołem miała najmniej do czynienia i nie wiedziała, czy byłaby w stanie go użyć. Westchnęła cicho i dokładnie w tym samym momencie jej wzrok padł na stary, złoty wisior, błyszczący lekko w cieniach jaskini. Podbiegła do niego i uśmiechnęła się lekko pod nosem. - Tu cię mam. - Chwyciła go w zęby, czując, jak błogie ciepło przepływa przez jej ciało, równocześnie wywołując nieprzyjemny ból w czaszce. Skrzywiła się, jednak zignorowała to i pobiegła do wyjścia. Mijając Aldieb skinęła na nią i obie wyszły przed jaskinię, stając przy zebranych artefaktach, do których chwilę później dołączył wisior. 
- Czegoś mi tu brakuje - stwierdziła wilczyca, spoglądając na przepełnione magią przedmioty. 
Raksha skinęła pyskiem, odczuwając dziwny niepokój, gdy stała tak blisko ich jeszcze nieskończonej pułapki. Magia działała nawet na nią, czyli były niemal gotowe.

- Tak, brakuje Cienia - odpowiedziała, napotkawszy porozumiewawcze spojrzenie towarzyszki. Obie pamiętały słowa Ducha, trzymając się przestrogi: „Jego broń przeciw niemu zwrócicie, ale uważajcie, by dobrze wykorzystać dane wam talentyJeden błąd, a wzmocnicie go zamiast unicestwić…” Czarna domyślała, co mogły znaczyć owe słowa. - Musisz mi zaufać, tyle wystarczy. Nawet ja czuję się przy nich dziwnie - dodała, a ogon poruszył się przy jej boku, jakby na potwierdzenie. 
- Dobrze. Rozstawię pułapkę - zgodziła się wilczyca, a czarna uśmiechnęła się lekko. Operację czas zacząć. 
Rozdzieliły się tuż przy granicy - Aldieb z artefaktami ruszyła pieszo do wyznaczonego miejsca, a Raksha oddaliła się nieco i odczekała chwilę tuż przy niewidzialnej błonie oddzielającej ją od martwej strefy. Obie wiedziały, że będą działać na wyczucie, ponieważ nawet ta niewielka odległość, która teraz ich dzieliła, była wystarczająca, by nie mogły się zobaczyć ani nawet usłyszeć. Pantera, zdając się tylko na magię, miała odszukać pułapkę - to było jej zadanie. Serce czarnej uderzało boleśnie o żebra, kiedy myślała o tym, co mogło pójść nie tak. Sama podała takie rozwiązanie, chociaż już wtedy czuła niemały niepokój. Oczywiście pozostała całkowicie opanowana, nie mogąc ukazać ani krzty lęku, z czystym umysłem podchodząc do całej sprawy. Aldieb pewnie wszystkiego się domyślała, ale przystała na jej plan - tylko wilczyca według wskazówek mogła poprawnie przygotować zasadzkę. 
- Weź się w garść, Raksh - mruknęła do siebie pantera, wbijając fiołkowe ślepia w krajobraz przed sobą. 
Na ugiętych łapach, powoli przekroczyła barierę, od razu wyczuwając miażdżące jej czaszkę ciśnienie. Ból w okolicy mózgu nasilił się natychmiastowo, uświadamiając czarnej, że wszystko poszło dokładnie tak, jak oczekiwała. Ich ofiara nie zwróciła najmniejszej uwagi na Aldieb, a od razu skupiła się na owiniętej mrokiem panterze, która właśnie wkroczyła na teren Ciszy. Dlatego uczucie miażdżenia i rosnący niepokój w klatce piersiowej nasilały się tak szybko - demon zbliżał się do niej z każdym krokiem. 
Kroczyła powoli, w duchu przywołując każdą tkwiącą w niej krztę mroku - jej żywioł nie mógł pomóc w walce z demonem, jednak skutecznie go wabił. Stała się chodzącą energią, której tak potrzebował i łaknął. Idealna przynęta - takie właśnie przydzieliła sobie zadanie. Bardziej wyczuwając niż słysząc za sobą chrapliwy oddech, odwróciła się bokiem do sprawcy całego problemu, a niemal natychmiastowo spięła się w niepohamowanej chęci ucieczki. Wielkie monstrum stało na dwóch nogach, całe porośnięte czymś na kształt grubego futra posklejanego lepką, chroniącą go mazią. Ostre pazury klekotały cicho, gdy poruszał nimi bezwiednie, a cuchnący oddech dobywał się z paszczy o długich kłach. Spojrzenie demona utkwione było w niej, a jego ślepia co rusz zmieniały barwę od całkiem czarnej przez wszystkie barwy tęczy po trupią biel, przyprawiając o dreszcz na całym ciele kocicy. Nieprzyjemna aura otaczała całą jego ogromną sylwetkę, emanując śmiertelnie niebezpiecznym mrokiem i wyssaną z Lasu energią. Tak paskudnej istoty jeszcze nie miała okazji spotkać. 
Zadrżała ledwie zauważalnie, gdy monstrum wciągnęło powietrze, jakby próbując zapoznać się z jej zapachem. Kiedy dojrzała charakterystyczny, głodny błysk w zmieniających swą barwę ślepiach, wiedziała już, że plan się powiódł a demon będzie chciał dorwać ją w swe wielkie łapy. 
Wraz z chwilą, w której ich ślepia spotkały się, zastrzyk adrenaliny wstrząsnął ciałem pantery, budząc tę najpierwotniejszą jej naturę. Uśmiechnęła się cwanie, spinając mięśnie i błyskawicznie ruszając z miejsca szybkim biegiem. Demon ryknął wściekle, ruszając za nią. Nie odwróciła pyska, by spojrzeć za siebie - dobrze wiedziała, że monstrum podążyło za nią, bardziej sunąc niż biegnąc. Czuła jak serce niemiłosiernie szybko pompuje krew do żył, w których płynęła czysta adrenalina, napędzając silnie mięśnie łap. Pantera lawirowała między drzewami, utrudniając pościg, jakby chciała zgubić goniącego ją demona, który dał się nabrać na wszystkie jej zagrywki, niczego nie podejrzewając. Niestety, mimo buzującej adrenaliny, czuła, że słabnie. Siły opuszczały ją nadzwyczaj szybko, łapy zaczynały drżeć z każdym kolejnym skokiem - podstępny demon już w czasie biegu wysysał z niej energię. 
Dyszała ciężko, kiedy w końcu zdołała wyczuć znajome źródło ciepła i moc artefaktów, gdzie natychmiastowo się skierowała. Monstrum ryknęło zwycięsko, pewnie sądząc, że prowadzi go do miejsca, w którym posili się za wszystkie czasy. Nie miała czasu się nad tym zastanawiać, wypadła spomiędzy drzew na niewielką polankę. Dokładnie na środku, ustawionych w równej odległości od siebie, jakby na ramionach gwiazdy, stało pięć artefaktów, tworząc pole wypełnione niesamowicie potężną magią. Ostatkiem sił przyspieszyła i wbijając pazury głęboko w poszycie, przeskoczyła przez powstałe miejsce mocy. 
Zdołała tylko dotknąć łapami podłoża, po czym uderzyła grzbietem o ziemię i przeturlała się parę razy. Zaraz podniosła się lekko, by spojrzeć na demona, a przerażenie ścisnęło jej serce. Monstrum utknęło w wytworzonej pułapce zawieszone parę centymetrów nad ziemią, magia buzowała wokół całej jego istoty, wnikając w ciało z niesamowitą prędkością. Aldieb stała niedaleko, również przyglądając się całemu procesowi, minę miała dokładnie taką samą jak pantera - owa luka w ich planie zaczęła się właśnie pokazywać. Demon począł zmieniać się w kłębek czarnej, śmiertelnie niebezpiecznej mocy, która mieszała się z tą wyssaną Lasowi. Uwolniony Mrok mógł w jedną chwilę zniszczyć połać Lasu, której Aldieb miała zwrócić energię. 
Pantera w jednej chwili poderwała się na równe łapy, choć przysporzyło jej to sporo trudu i wysiłku. 
- Raksha! - zawołała na nią wilczyca, a kiedy ich porozumiewawcze spojrzenia spotkały się, obie już wiedziały, co robić. - Zajmij się tym! - krzyknęła jeszcze i dokładnie w tej samej chwili nastąpił oczekiwanych wybuch. 
Gdy artefakty przekazały całą swą moc, demon nie zdołał tyle przyjąć za jednym razem i eksplodował czystą energią. Odgłosy, zapachy, całe życie Lasu zostało uwolnione w jednej chwili. Aldieb nie pozwoliła, by się rozpierzchło - w sobie tylko znany sposób skierowała całą energię z powrotem do Lasu, przywracając dusze wszystkim roślinom, oddając wszystko, co demon zdążył zaabsorbować. Raksha mogłaby podziwiać tego całego magicznego zdarzenia, zmuszona  skupić się na czarnej kuli Mroku, która zawisła nad miejscem eksplozji potwora. Jednym płynnym ruchem wbiła pazury w poszycie i używając resztek pozostałej siły, odbiła się od podłoża. Wskoczyła w buzującą energię, zanim ta również wybuchła, niwecząc wysiłki szamanki. Mrok zamiast rozpierzchnąć się, przyczepił się czarnej, osiadając na jej sierści i powoli wpijając się do jej wnętrza, przesączając się przez skórę. 
Uderzyła łapami w poszycie dokładnie w chwili, w której Las ponownie odżył. Wszystko trwało ułamek sekundy, w którym cała energia powróciła do przyrody, a Mrok owinął słabą sylwetkę pantery. Raksha czuła, jak cienie przesiąkają jej ciało i dodają siły, ale równocześnie przenikają niewyobrażalnym bólem, wywołując drżenie całego ciała. Wydawało jej się, jakby niewidzialne igły przebijały jej skórę, mięso i kości, jakby coś ponownie chciało zmiażdżyć jej mózg. Zaciskała szczęki tak mocno, że pewnie poraniła sobie dziąsła, jednak to nie mogło równać się z psychicznym bólem. 
- Raksha?! Wszystko w porządku? Powiedz coś! - Aldieb w jednej chwili znalazła się tuż przy jej boku, jednak nie miała pojęcia co mogła zrobić. Pantera stała na prostych łapach, cała się trzęsąc. 
Trwało to kilka sekund, które dla czarnej były jak wieczność, a kiedy w końcu ból zelżał, pozostawił za sobą niezwykle wyczerpany organizm. Coś czuła, że chyba się rozchoruje. 
- To nic, musiałam sobie poradzić z tym dziwnym Mrokiem. Za parę dni dojdę do siebie - powiedziała słabo. Zimne dreszcze przeszywały jej ciało, ale nie przejęła się tym specjalnie. Zlizała krew, która pociekła z jej pyska, po czym przeciągnęła się lekko, krzywiąc się z ledwo odczuwalnego na granicy zmysłów bólu. Podniosła wzrok na, w dalszym ciągu nieco zaniepokojoną, wilczycę i uśmiechnęła się z rozbawieniem. - Przyznaj, że przynęta ze mnie pierwsza klasa - dodała żartobliwie, powoli skierowując się w stronę, skąd przybyła. Łapy jej drżały, ale całkowicie się tym nie przejmowała, tak po prostu. Czuła też, że teraz potrzebuje dużej dawki snu. 
 - Niezgorsza, racja - przyznała wilczyca, parsknąwszy krótkim śmiechem, po czym ruszyła za towarzyszką, co jakiś czas zerkając na nią z troską w oczach.


W Lesie natomiast znów wesoło hulał wiatr, liście i gałązki szeptały między sobą sekrety drzew, a po mrocznej energii nie pozostało nawet śladu, jakby nic się nie wydarzyło. Nie licząc kilku zużytych, starych przedmiotów, które teraz całkowicie pozbawione swej mocy i znów zapomniane przez wszystkich, pozostały jako świadectwo niedawno rozegranej walki.

`Raksha & Aldieb