Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aldieb. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aldieb. Pokaż wszystkie posty

10 lipca 2018

So long, we’d become the flowers

The storm is a coming so you better run
The coldness is hungry like loaded gun
Sharks are circling out in the deep
you dream for tomorrow when you can't sleep

Nie było już nic. Żadnych snów czy nadziei. Nie pozostało nic. Czekał ją koniec. Tak absurdalnie to brzmiało, tak banalnie. Jej łapy szurały wśród pokrytych poranną rosą traw. Ich świeży zapach wypełniał jej nozdrza. Zapewne otaczały ją wybujałe kolory, soczysta zieleń i mieniące się barwami tęczy kwiaty. Mogła jedynie przypuszczać. Nie widziała. Co jakiś czas dostrzegała urywki, migawki w prawym oku, tym które przysłonięte było czernią. Były to jednak wizje świata duchów, wykrzywionej rzeczywistości, która wymykała się zza zasłony. Poruszała się, polegając na pozostałych zmysłach, które wyczulone były jak nigdy dotąd. Jej instynkt wręcz krzyczał, że jest obserwowana. Przez cały czas głodne ślepia oprawców śledziły każdy jej ruch, czyhając, czekając na dogodny moment. By skoczyć. Rozszarpać. Pożreć. Czekały na jej błąd, potknięcie, czekały aż całkiem osłabnie z sił. A samica wiedziała, że nastąpi to wkrótce. Nie, nie wkrótce, mogło to się stać w każdej chwili, teraz. Była tak słaba. Nie miała już sił by dłużej walczyć, uciekać, chować się. Robiła to tak długo, przez tyle lat. Z początku absolutnie bezradna. Wyruszyła na misję, by zyskać moc. Udało jej się ją wypełnić, choć z trudem, niemalże przypłaciła to swoim życiem. Straciła też coś jeszcze, miała nigdy nie mieć potomstwa - choć życie potrafi zaskakiwać. Zyskała wtedy siłę, ale jednocześnie, wskutek stoczonej walki, wystawiła na siebie wyrok śmierci. Trucizna demona zagnieździła się w jej lewym oku, rozprzestrzeniając z wolna po całym ciele. Zabijając po cichu, bez pośpiechu. Jednak nieubłaganie. Wtedy też wraz z towarzyszami zeszła do piekielnych otchłani, by zmierzyć się z demonami. By pokazać im, że zasługuje na to by się jej poddały. Demony dały jej spokój. Do czasu. Była jedynie oszustką, złodziejką, która przywłaszczyła sobie czyjeś miano. A demony pałały zemstą. I były cierpliwe. W końcu nie musiały się obawiać, że zabraknie im czasu. Z początku były to przypadkowe spotkania. Zabłąkane dusze, koszmary senne, zdawałoby się nic groźnego. Przybierały jednak na sile, a napastnicy pojawiali się co raz częściej. Śledząc, tropiąc, atakując. Nie miała więc wyboru, nauczyła się je zwalczać. Wpierw jedynie się broniła, jednak w pewnym momencie to nie było wystarczające. Musiała sama zacząć je tropić, zabijać. Wkroczyć na wojenną ścieżkę z tymi monstrami. Aż w końcu trafiła tutaj. Wracała na tereny Stada Nocy. Samotna, słaba, umierająca, by dokonać swego żywotu. Chciała już jedynie po raz ostatni pożegnać się ze swym domem. Nic więcej jej nie pozostało. Ale nie, za późno. Już tu są. Patrzysz? Widzisz? Cichutko podchodzą, zataczają krąg. Uciekaj.

I prayed my mind be good to me
An awful noise
Filled the air
I heard a scream in the woods somewhere

Biegła, potykając się co chwila o własne łapy, o korzenie, kamienie, nie mogąc utrzymać stałego kroku. Biegła, rozpaczliwie, biegła przed siebie, choć nie wiedząc w jakim kierunku. Po prostu biegła. Łapy jej się plątały, serce łomotało, nic nie widziała. Nie wiedziała gdzie jest, co słyszy. Jej wychudzone cielsko ledwo trzymało się w pionie. Dyszała ciężko, oddech rzęził jej w płucach. Spłoszone zwierzę w głębokim lesie. Obraz nędzy i rozpaczy.  Przeskoki materii zdarzeń. Skoczyła. W przestrzeni przestrzeń korytarzy. Zdawało jej się, że słyszy wycie wichury. Nie, to demony. Coś szarpnęło jej wątłym ciałem. Padła. Tak ciężko. Tak ciężko było podnieść jej pysk, czy nawet powiek kurtyny, jakby to był ciężar tonowych gór. Zmusiła się jednak do tego wysiłku. W jej prawym oku zamajaczyły niewyraźne cienie, kły i pazury. Karmazynowe smugi jarzących się wściekle ślepi. Powykrzywiane, pogardliwe uśmiechy. Słyszała ich ryki i śmiechy, czuła ich nienawistne spojrzenia, wyczuwała jak się zbliżają, otaczając ją ze wszystkich stron. Nie miała szans. Żadnych szans. Co mogła zrobić? Jedynie pogodzić się w końcu ze swym końcem, wiedziała przecież, że nadchodzi. Opadła bez sił na ziemię, nie zdolna by się ruszyć, by chociaż drgnąć. "Jesteś martwa." Cichy szept rozbrzmiał w jej głowie. Łagodny, pieszczotliwy głos. "Czemu do nich nie dołączysz? Powinnaś z nimi być. Jesteś martwa." Migotliwe sceny rozbłysły niczym miraże połyskliwych skrzydeł motyli. Waniliowe ślepia, fiołkowe oczy, bandaże szarej. Jej płytki oddech przyspieszył. Nozdrza chłonęły zapach zmurszałej gleby. Chwila, ułamki sekund, zdawały się wydłużać w nieskończoność. W tej jednej chwili jej świadomość rozszerzyła się na otaczającą ją przestrzeń. Na las, drzewa i konary pnące się ku niebu, paprocie, mech i jeżyny, ptaki, myszy i lisy, ich delikatne bicia serc, cichutkie bzyczenie owadów, mrówki wędrujące w poprzek zwalonego pnia. Cała ta zwyczajna rzeczywistość uderzyła w nią niczym sztorm, gwałtownie, zawzięcie, a jednocześnie łagodnie niczym wiosenny deszcz. Wszędzie otaczało ją życie. Tak piękne, cudowne. Nie zwracało uwagi na jej zmagania, po prostu trwało. Z jej wnętrza wydobyło się długie, przepełnione żalem westchnięcie. Czy to był już koniec? 

There's a flame in the darknes
There's a flame, there's a flame

Ułamki sekund przeminęły. Coś się zmieniło. Czuć było to w powietrzu, pewnego rodzaju napięcie, energię. Cały las zamarł w bezruchu, czekając na to co miało nastąpić. Serce. Ogień. Żywioł wpłynął lawiną do żył ciemnobrązowej samicy, sięgnął ślepych oczu, spłonął. Nagle znów widziała. Jak na fali powstała, zwróciła łeb w kierunku czających się potworów, gotowa do walki. Buzowała w niej rozgrzana krew. "Zniknijcie." Wyszeptała. Umrę, wiem. Ale zabiorę was ze sobą. Nie musiała się zastanawiać. Wiedziała, że to serce puszczy, duchy lasu, podzieliły się z nią swymi mocami, zsyłając jej ostatni podarunek, ostatni gest dla konającego. Nie czekała już dłużej. Zerwała się z miejsca i rzuciła wprost w kotłujące, wijące się ciała demonów. W jedną stronę posłała potężną falę wzburzonego powietrza. Wichura zgięła pnie niemal w pół, rozrzucając ciała potworów we wszystkie strony. Pozostałe jednak rzuciły się z kłapiącymi z wściekłości szczękami na kruche ciało brązowej. Mogła być szybka, jednak ich było zbyt wiele. Czuła jak kły i pazury zatapiają się w jej skórze. Z jej ciała buchnął ogień, posyłając kolejne monstra na ziemię. Nagle rozpostarła pierzaste skrzydła,  zamachnęła nimi, potężny podmuch powietrza wzburzył liście dokoła, a ona wzbiła się ponad ziemię, z trudem wyrywając kończyny z mocarnego uchwytu jednego z demonów. Załomotała skrzydłami, próbując uciec od kąsających szczęk, jednak zdawały się nadchodzić ze wszystkich stron. W panice posłała w przestrzeń cieniste smugi, które z zawrotną prędkością przebiły ciała demonów. Nadal jednak było ich zbyt wiele. Samica zawirowała w powietrzu, jednak w lesie, nie było zbyt wiele miejsca na powietrzne manewry. Jedna z maszkar podążyła za nią na błoniastych skrzydłach, pomknęła w jej kierunku i z całym impetem rzuciła z powrotem na ziemię. Samica ciężko runęła w dół i przejechała parę metrów po glebie. Przed oczami zamajaczyły jej stojące w płomieniach pnie. W powietrzu błyskały żarzące się iskry. Brązowa wiła się pod cielskiem demona, próbując uniknąć jego kłów. Warknęła wściekle, kopiąc tylnymi łapami w żuchwę potwora. Machnęła skrzydłami, skupiając przed sobą energię, aż w końcu małe tornado odepchnęło napastnika w przeciwną stronę, wyrzucając go daleko w tył. Złotooka zerwała się natychmiast z ziemi, i nim kolejny z demonów zdążył ją dopaść, skoczyła w krainę cieni, by skryć się choć na moment. Szarpnęła się niespokojnie, czując jak ciemność gwałtownie otacza ją ze wszystkich stron, a w kilka sekund później wyrzuciło ją na drugim końcu pola walki. Opadła na mech ciężko dysząc, próbując złapać oddech. Omiotła spojrzeniem otoczenie. Demony były chwilowo zdezorientowane, ale zaraz ją znajdą. Czuła jak łamie ją w całym ciele, w czaszce głucho dudniło, niczym odbicie uderzeń jej oszalałego serca. Z pyska kapała kruczo zabarwiona krew, a rozorane pazurami udo piekło niemiłosiernie. Skrzydła zniknęły, nie byłoby z nich więcej pożytku. Czujne ślepia demonów już zwróciły się w jej stronę. Aldieb wstała i zaparła się na sztywnych łapach, wbijając złote tęczówki w zbliżającą się hordę potworów. Jej boki uniosły się, przy głębokim oddechu. Musiała się skupić. W końcu iskra mignęła przy jednym z krzewów. W następnym momencie buchnęła ściana ognia, oddzielając demony od brązowej samicy. Zachwiała się, opadając lekko na nagle miękkich kończynach. Usłyszała wycie demonów, które gwałtownie się zatrzymały. I w tym momencie poczuła, że jest ciągnięta w tył. Zawyła. Pazury w jej skórze piekły boleśnie. Wywinęła się i skoczyła do ucieczki. Jednak drogę zagrodził jej kolejny demon. Nie wiedziała skąd się pojawiły, zdawało się jakby zmaterializowały się tuż za nią, zupełnie znikąd. Czy może nie zauważyła jak się skradają? Przyczaiła się na ugiętych łapach, próbując odskakiwać od ich paszcz, znaleźć drogę ucieczki, nigdzie jednak takowej nie widziała. Rozglądała się w panice, demony jednak nie czekały, kolejne rzuciły się w jej stronę, zatapiając kły w jej ciele. Próbowała wykrzesać z siebie jakiś kontratak, jednakże jej zęby i pazury nie robiły wrażenia na demonach. W jej wnętrzu nie było już ani kropli magicznej energii. Dała z siebie wszystko. W mgnieniu oka jej wątłe ciało zniknęło w tumanie kłapiących paszcz i szczęk, piekielnych cielsk. Zniknęło. Rozszarpane.

Darkness is sinking me
Commanding my soul
I am under the surface
Where the blackness burns beneath

Umierała. Jej duch odchodził. Wokół rozszarpanego przez demony ciała flora zdawała się ożywać.  Z początku z wolna, niemal nieśmiało. Malutkie pąki wyrastały z gleby, przedzierając się przez trawy i mech. Kolejne rośliny ożywały, wijąc się wśród pokrywających ziemię korzeni. Wspinały się po ciele brązowej samicy, po tym co z niej zostało. Kolejne pnącza i świeże gałązki, otaczały ją dokoła, coraz śmielej, coraz żywiej. Pąki rozwarły się, ukazując wielobarwne, aksamitne w dotyku płatki. Las, który był dla Niej domem, przyjął Dziecię Nocy w swe objęcia, aż w końcu brązowe futro zniknęło wśród pnączy i kwiatów.

I have never known peace
like the damn grass that yields to me
I have never known hunger
like these insects that feast on me

We’ll lay here for years or for hours
Thrown here or found, to freeze or to thaw
So long, we’d become the flowers


Pierwsza część historii o tym jak Aldieb umarła. Jak wiadomo, nie był to koniec. Mam nadzieję, że uda mi się spisać kontynuacje.

Fragmenty tekstów pochodzą z poniższych utworów:
When the Sun Goes Down (Laney Jones)
Deep End (Ruelle)
In a week (Hozier)

21 lutego 2018

A walka na ziemi i w niebie
Przeciwko sobie samemu, o siebie

LATA PRZESZŁE

Budzę się w środku nocy. Kolejny sen, kolejny koszmar. Nawet nie próbuję go przywoływać. Wstaję z łóżka, by przejść do łazienki. Zaledwie po kilku krokach czuję zawroty głowy i robi mi się ciemno przed oczami. Ogarniają mnie fale mroku, na moment tracę orientację. Przyspieszone bicie serca i pogłębiony oddech. Jestem zbyt daleko od ściany by się podeprzeć. Próbuję iść dalej, choć moje ruchy są jak w spowolnionym filmie. Minęła chwila, dwie, i wszystko mija. Ciemne mroczki zaczynają się rozpraszać, pozostawiając po sobie jedynie ból głowy. W końcu docieram do łazienki. Wchodzę do pomieszczenia i zapalam jedną z mniejszych lampek. Mrużę oczy, gdy światło mnie razi. Czuję jak serce łomocze mi w piersi. Opieram się rękoma o umywalkę. Podnoszę głowę, spoglądając w taflę lustra. Blada twarz, okalana kaskadą hebanowych włosów. Podkrążone i opuchnięte oczy. Szare tęczówki zdają się być zielonkawe, intensywne w kolorze, na tle delikatnie przekrwionych białek. Mrużę oczy, wciąż czuję niepokój po pozostałościach sennych mar. Odkręcam kran. Kojący szum wody. Nachylam się i przemywam twarz lodowatą wodą. Nie mogę się wyzbyć wrażenia, że jestem obserwowana. Staram się nie panikować. To tylko twoja wyobraźnia, powtarzam sobie w myślach. Podnoszę głowę, zakręcając strumień wody. Sama nie jestem pewna, co oczekiwałam zobaczyć w lustrze. Po prostu odbicie. Moja mokra od kropel twarz. Spływają po policzkach, ustach, jedna tańczy na granicy rzęs. Sięgnęłam po ręcznik i zanurzyłam się w miękkim materiale, znów tracąc kontakt wzrokowy z lustrem. I znów to uczucie niepokoju. Mimowolnie tętno znów mi przyspieszyło. Westchnęłam lekko, odwieszając ręcznik. Kątem oka zdawało mi się zauważyć jakiś ruch. Na pograniczu widzenia. Ale nie. To tylko o d b i c i e. Głupia. Głupia. Zacisnęłam dłonie na brzegach umywalki. Wpatrywałam się uparcie w lustrzane odbicie. A w moim wnętrzu z wolna wnosiła się fala. Nie potrafiłam jej zatrzymać. Oczy zapiekły mnie od wzbierających łez. Znów ten mętlik w głowie. Już nie niepokój. To zdawało się nieważne. Wszystko inne. Wszystko co we mnie tkwiło, wszystkie myśli, uczucia, które starałam się skrywać głęboko wewnątrz mnie, nagle zaczęły wypływać na wierzch. Czasami zastanawiałam się jak można czuć tak wiele sprzecznych emocji jednocześnie. Moim ciałem wstrząsnęły dreszcze. Zakaszlałam, a na bieli umywalki zamajaczyły karmazynowe krople. Osunęłam się w dół na podłogę, kuląc się w kłębek, podczas gdy moim ciałem wstrząsnął bezgłośny szloch. Nie widziałam już jak twarz w lustrze spogląda za mną, rozciągając wargi w kpiącym uśmiechu, po czym odbiega, ginąc za ramą szklanej powierzchni.
*
Leżę na łóżku. Kolejna bezsenna noc. Ostatnio co raz więcej było takich. Leże na łóżku. Nie mogę spać. Ale nie mam siły, by się ruszyć. Zastanawiam się po co. Jaki był sens, w tym wszystkim. Po co miałam się starać i walczyć? Byłam już tak bardzo zmęczona. Co mi pozostało? Trwanie. Oczekiwanie, aż w końcu dopadnie mnie śmierć. Leżę. Patrzę pustym wzrokiem przed siebie. Jedna ręka wystaje poza łóżko. Widzę jak kapie z niej krew. Rdzawe krople w spowolnionym tempie pędziły w stronę podłogi. Widzę zęby, język i pazury. Widzę jak zatapiają się w mojej dłoni. Jak jest zjadana, pożerana, rozszarpywana na kawałki. Widzę jak odchodzi skóra, mięso, aż zaczynają być widoczne kości. Widzę. Ale nic nie czuję. Mam otwarte oczy, wizja nie znika, ale wiem, że to nie dzieje się naprawdę.
*
Leżałam na łące, wpatrując się w niebo. Kosmyki trawy łaskotały moją skórę. Myśli błądziły szaleńczo. Chmury leniwie sunęły po nieboskłonie. Smok pożerał wilka. Statek wzbijał się w przestworza. Przed moimi oczyma tańczyły cienie. Wspomnienie strachu czające się zawsze gdzieś na pograniczu umysłu. gorzkie żale. Cynizm wypełzał na wierzch. Wśród plątaniny myśli, trudno było wydobyć sensowną całość. Aż w końcu wyłapała wśród chaosu coś silniejszego. O tych, którzy byli jej bliscy, o tych, których straciła. Ból utraty wwiercał się w nią siłą wielką, czyniąc nieodwracalne starty. Im bardziej kochała, im więcej cierpiała, tym bardziej obawiała się pokazać, że jej na kimś zależy. Ziejąca krwawą czernią pustka w sercu. Wyryta dziura. Tak bardzo bolało. Zaczęła więc budować wokół siebie mur. Odsuwać wszystkich na dystans. By ochronić kwilącą w środku bezbronną, wrażliwą istotkę, którą była. Aż zaczynała o niej zapominać.
*
Światła się zmieniają. Z zielonego na czerwone. Staję na wysepce między jezdniami, zaledwie metrowy kawałek ostoi. Przede mną, za mną pasma asfaltu, po których w dwóch stronach pędzą samochody. Wystarczyłby krok w tył lub w przód i nastąpiłby koniec. Bujam się na piętach, ręce w kieszeniach. Na ustach błądzi cierpki półuśmiech. Oczyma wyobraźni widzę jak w moje ciało z całym pędem uderza maska samochodu. Jak wylatuje w powietrze, przetacza się po jezdni, roztrzaskane, połamane. Wizja przemija. Zmiana świateł. Idę dalej. Moje kroki odbijają się cichym echem, jednak giną w zgiełku miasta. Zastanawiam się co mnie tu przywiodło. Wszystko tu było takie brzydkie. Brzydkie ulice, brzydcy ludzie. Spaliny, śmieci i smród. Co ja tu robię? Może to dlatego, że brzydota tego miejsca odpowiada mojemu samopoczuciu. Tak samo gówniane. Idę, przedzierając się między ludźmi. Rozglądam się dookoła. Betonowa klatka. Budynki pną się wysoko, odgradzając me oczy od ołowianego nieba. Idę dalej. Obraz zdaje się migotać. Nagle jakby coś przeskoczyło. Świat zalany karmazynem. I znów wraca do szarej rzeczywistości. Kolejny skok, tym razem dłuższy. Wszystko martwe. Ciała porozrzucane po chodnikach, ulicach; roztrzaskane samochody i witryny sklepowe. Wszystko skąpane w szkarłatnych odcieniach krwi. Trwa to jeszcze chwilę, nim obraz ponownie przeskakuje. Ludzie idą śpiesznie przed siebie, nikt nie zwraca na nic uwagi. Wokół unoszą się hałasy miasta. Przecieram twarz dłonią. Wzdycham ciężko, sama nie będąc pewna czy śmiać się, czy płakać. Potrząsam głową i zarzucam kaptur i zsuwam go nad oczy. Idę dalej, spojrzeniem śledząc własne kroki. A wizja martwego świata powraca co jakiś czas.
*
Uciekaj. Uciekaj. I tak nie uciekniesz. Dopadną cię. Sfory piekielne. I dostaniesz swą karę. Nie uciekaj. Zasłużyłaś na to. Za wszystkie swe błędy, za pychę, odwagę. Chcesz się tłumaczyć? Tak, zwal winę na innych, jak zawsze. Nie chciałaś? Zgodziłaś się.
*
I dopiero gdy w Jej miejscu stanęłam, pojęłam jaki to był ciężar. Jak grube kajdany moje kostki objęły. Spojrzałam w Twe lisie oczy. Wyszeptałam "ratuj", ale Ty nie słyszałaś, gnana własnymi problemami. Bo oni nie rozumieli. Ja też nie rozumiałam. I jak oni, żywiłam żal i pretensje. I będąc na Twoim miejscu, jakże czasami mnie korciło, by jednym ruchem ręki - zakończyć wszystko. Niech nienawidzą.
*
Czasami nawiedzała ją ta myśl. Szczególne spojrzenie na świat. Zmiana perspektywy. Opuszczała wtedy swe ciało, wzlatywała w przestworza. I dalej, w odmęty kosmicznej czerni. I spoglądała na świat. I wszystko nagle traciło sens. Każdy czyn i wybór pojedynczej jednostki z perspektywy wszechświata był tak niemożebnie nieistotny. Cały ból i cierpienie, wszystkie wybory i pragnienia. Starania. I gdy wracała do swego ciała, spoglądała na świat znów swymi oczyma, wspomnienie wciąż było w niej żywe. I nie miała w sobie sił, by wykrzesać iskry motywacji. Jedynie strach przed śmiercią ją gonił. Strach przed n i e i s t n i e n i e m. Myśli te ją przerażały.
*
TERAZ
Szła przez las. Jej łapy zanurzały się w lodowatym śniegu. Chrzęścił pod jej poduszkami. Każdy szmer wydawał jej się tak głośny. Po raz pierwszy od narodzin syna pozostawiła go na dłuższy czas samego. Nie było jej już kilka godzin. Błądziła po lesie, na ślepo obierając drogę. Nie wiedziała dokąd biegnie. Po prostu biegła, przed siebie. Uciekając przed własnymi myślami. Nieposkładane myśli tłukły jej się po głowie. Myśli, wspomnienia, fragmenty wizji. Wszystko w chaosie. Rozbiegane, niepoukładane. Choć otaczała ją cisza lasu, miała wrażenie, że ogłuchnie. Gdzie była jej cisza, gdzie spokój - czemu, ach, czemu... co ona tu robiła? Tu, na tym świecie? Jej nierówne kroki rozbrzmiały na piaszczystym brzegu jeziora. Podeszła bliżej do lodowej tafli. W jej odbiciu ujrzała płomienne ślepia. Odskoczyła gwałtownie, ryjąc pazurami w podłożu. Zaskoczona, przestraszona. Choć nie powinna była być - nie pierwszy raz zaś widziała to spojrzenie. Nawiedzało ją od tylu dni. Wydobył się z jej gardła warkot nagły. Podeszła bliżej, znów spojrzała, jednak tym razem tylko własne odbicie dostrzegła. Lata szaleństwa, a jednak wciąż nie przyzwyczajona. Potrząsnęła głową, pasma czarnych włosów opadły jej na pysk. Zawróciła, kierując się ku jamie. Przemknęła między gęstymi zaroślami i zanurzyła się w wąskim otworze, miedzy głazami. Na jej umysł opadły cudze uczucia. Strach, pretensja, osamotnienie. Wszystko to biło od Valkkaia, który dreptał po jaskini, jakby w jej poszukiwaniu, nie rozumiejąc, czemu zniknęła. Patrzyła na niego przez kilka chwil jak na obcą istotę, jakby znów straciła kontakt z rzeczywistością. Aż chwila minęła i wróciła umysłem, uczuciami na ziemię. Podbiegła do szczeniaka i zaczęła go uspokajać, wtulając się pyskiem w jego czarne futerko, ogarniając jego pyszczek własnym oddechem. W jej myślach wciąż panował chaos.

O tym jak Aldieb traciła rozum. Nikt jednak o tym nie wiedział, skrywała to jak tylko dobrze umiała. A jak widać, po śmierci jej się pogorszyło, teraz jednak już jej tak nie zależy na tym, by to ukrywać.
Opowiadanie trochę chaotyczne, trochę depresyjne, ale hm... mam nadzieję, że chociaż trochę oddaje to co przeżywała.
Trochę inspirowane realem. Troszkę.

12 lutego 2018

"Time is over" II

Bezpośrednia kontynuacja opowiadania napisanego niespełna cztery lata temu. Część I.

A soldier on my own, I don’t know the way
I’m riding up the heights of shame
I’m waiting for the call, the hand on the chest
I’m ready for the fight and fate

Poranek był mroźny, wilgotny. Deszcz w nocy siarczysty, teraz ustał, a świat zasnuwały mleczne mgliste opary. Powietrze świstało przez nozdrza, kując igłami tchawicę i płuca. Dźwięk; lekkie mlaskanie, kiedy łapa za łapą przemierzała cicho niczyje tereny, od dawna puste i niezamieszkane. Hebanowe strugi włosów były zwiewane nieznacznie przez lekki wiatr, niewielki zefir, nie zakłócający spokoju i ciszy. Opuszczała dom, rodzinę, tereny Stada Nocy, wędrując w nieznane. Nie szła na oślep, zew ją przyzywał, głos Demona, który mamił, osaczał, zalegał w umyśle, szepcząc słowa i wskazówki. Jak chciał - tak szła, niby na rozkaz, nie znając zamiarów poczwary, modliła się tylko w duchu, by ta wyprawa była czegoś warta. Szepty Demona rozbrzmiewały w jej głowie, gdy wyłoniła się z mroków leśnego boru. Spojrzała na horyzont, lecz ginął w mglistych oparach. Zniżyła pysk, łapy wznowiły marsz, kierując się na ścieżkę, lawirującą między krzewami, która prowadziła w dół zbocza. 
***
Przed oczyma miała przejście, wyłom w skalnej ścianie, ziejąca czernią przestrzeń. Wokoło girlandy bluszczu, plątaniny zieleni, zwieszające się z wysoka. Przeszła pod nimi, zanurzyła się w cieniu, w chłodzie, pozwalając by korytarz ją prowadził. Kroki rozbrzmiały stłumionym echem. Przeszła kilka metrów. Wśród mroków zaiskrzyło światło. Wyzierające gwiazdy, które niby z nieba zbłądziły. Wyszła zza ostatniego zakrętu, oczy na moment przymknęła, gdy blask nagły ją oślepił. Ciężki wdech. Zmętniałe ślepia bez wyrazu spojrzały na ścianę kamienną, wilgotna powierzchnia, skrzyła się i lśniła, niczym szmaragdów mozaika, układająca się w pełzające węże. Spuściła ciężkie powieki, opadły niby kotary na koniec przedstawienia. Chłodne powietrze w nozdrzach, zapach był słony, wilgotny. Z jej gardzieli charkot wydobył się słaby. Wejrzała dalej, spojrzeniem demona znalazła. Stała tam, biała zjawa, pośród migoczących cieni i odblasków. Pysk wykrzywiała w uśmiechu lubieżnym, smolistym wejrzeniem brązową samkę taksując.
- Po coś mnie tu wezwała? - Spytała ciężkim głosem, na demonie zakotwiczając spojrzenie. - Czego znów ode mnie chcesz? - Irytacja i ból z jej tonu wyzierały. Wiele kosztowała ją ta wyprawa. Zmęczenie falami ją ogarniało.
- Czas. - Wychrypiała biała, a słowo to zawisło w  przestrzeni między nimi, rozbrzmiewając niczym dzwon. - Czas Cię goni.
Jej świszczący szept wdzierał się siłą do uszu samicy. Nie mogła się bronić przed nim, przed prawdą. Pokręciła głową.
- Po co tu jestem? Co to za miejsce?
- Jaskinia prawdy. - Odparł jej świergotliwy charkot. - Choć to jedna z wielu nazw. Większość w niezrozumiałych dla Ciebie językach.
Brązowa spojrzała na Sanetille nieprzychylnie, zastanawiając się co też kombinowała.
- Podejdź do jeziora. - Wychrypiała, szczerząc się obrzydliwie. - Spojrzyj.
Choć niechętnie, uczyniła tak jak jej demon kazał. Na ugiętych łapach zbliżyła się do migoczącej tafli jeziora. Pazury zanurzały się w wilgotnym piasku. Słonawy zapach ze zdwojoną siłą buchnął w jej nozdrza. Ciałem wstrząsnął dreszcz niepokoju. W końcu podeszła wystarczająco blisko, jej cień padł na taflę wody, obniżyła łeb by spojrzeć na swe odbicie. Obraz jakby się z wolna formował. Smoliste smugi zbierały się z krawędzi jeziora, by w wirującym tańcu dotrzeć do jej osoby. Powierzchnię wody wzburzyły drobne fale, które sięgnęły poduszek jej łap.Barwy zwinęły się spiralnie, po czym rozkwitły niczym pąki kwiatów. W miejscu lewego oka ziała czernią dziura, a z niej wężowatymi mackami rozchodziły się krwiste żyłki, obejmując całe ciało. Czerń rosła, jakby pochłaniając resztę organów, serce, płuca, kości. Wszystko zapadło się, rozpłynęło w proch.
Samica odskoczyła, rozbryzgując krople wody. Cofnęła się gwałtownie, przerażona nagle tą wizją, choć dobrze wiedziała co się z nią działo. Zacisnęła ślepia, kryjąc ich złocistą barwę. Lewe, choć wydawało się niewiele różnić, widziało jedynie to co było po drugiej stronie, zaświaty. Wokół niego, kryjące się pod sierścią znajdowały się ledwo widoczne, zagojone blizny. Aldieb potrząsnęła głową, zrzucając na pysk czarne pasma włosów. Obrzuciła spojrzeniem demona, jaskinie, po czym wybiegła, mknąc chyżo przez stepy, wracając na tereny nocnego stada, tam gdzie jeszcze przez chwilę mogła być bezpieczna.

10 lutego 2018

Tajemnica początku istnienia

Wśród  nocy panowała cisza. Las spowity był mlecznym dywanem. Drzewa, krzewy, gałęzie, wszystko pokryte było śnieżnymi zdobieniami. W głębi wiekowej puszczy, wśród powykręcanych przez czas pni, między dwoma głazami, znajdowała się mała jama. Nora wykopana w ziemi, prawdopodobnie przez borsuka lub lisa, a powiększona przez ciężarną samicę, która od tygodni szukała miejsca na swe leże. Trudno dostępne dla drapieżników i obcych oczu. Do pieczary dało się dojść jedynie wąską ścieżką, lawirującą między krzewami. Teraz samica leżała w półmroku. Nie wyszczubiała stąd nosa od dwóch dni. Jej oddech głośno rozbrzmiewał w małej przestrzeni. Przez otwory w podszyciu leniwie sączyło się światło gwiazd. Przemknęła złoto ślepi, wdychając potężny chaust powietrza. Jej ciałem wstrząsnął skurcz. Nadszedł czas.

***
Tym samym ogłaszam, że narodził się: Kinder Niespodzianka, Tybetańskie Dziecko, Kosmiczny Lejeń, Valkkai Seba!

26 stycznia 2018

Wake me up

Wolf mother, where you been? 
You look so worn, so thin 
You're a taker, devil's maker 
Let me hear you sing

W alabastrowej skórze odbijało się srebrzyste światło księżyca. Spojrzałam na jaśniejącą tarczę, która nagle została przyćmiona przez chmurną gromadę skrzeczących ptasich piór. Podniebny firmament przecięły szkliste żyłki, jakby kopuła nieba zaczynała pękać. Z kosmicznej otchłani runęła gwiazda. Kometa pędziła coraz szybciej w stronę ziemi, jej cień przysłaniał połać lasu. Zdawała się rosnąć cały czas z zawrotną szybkością, a wokół niej rozwinęły się jaskrawe języki ognia, które w moich szarych tęczówkach odbiły się niczym tańczące w zawziętej walce węże. Gdy zdawało się, że przesłoniła już cały świat, rozpadła się nagle na tysiąc atramentowych piór. Kruki zawirowały, pikując w dół. Zapłonęły rubinowym ogniem, zniknęły, a z nieba spadły drobiny obsydianowego szkła. Na moje ciało spłynął deszcz śmierci.
***
Stałam po kostki w lodowatej wodzie. Atramentowa czerń toni wodnej była nie do przebicia. Spojrzałam w dół, kładąc dłonie na powiększonym brzuchu. Przeniosłam wzrok na taflę jeziora, w którym jawiło się moje odbicie. Z moich pleców rozkwitły krucze skrzydła, obsydianowe pióra rozsypały się dookoła, a z głębi ciała wyłoniły się świecące jasną akwamaryną, wijące się nicie, które jak naelektryzowane uniosły się w przestrzeni, rozciągając się wokół niczym pajęcza sieć. W chwiejnym odbiciu, moje oczy zajaśniały amarantową barwą, zmieniając się jednak zaraz na krwisty zew piekielnych płomieni. Wraz z nimi pojawiły się żółtawe kły i dalsza sylwetka smolistej maszkary. Wyskoczyła spod powierzchni wody, rzucając się w moją stronę. Sztylety kłów zatopiły się w moim ciele. Trysnęła krew. Odrzuciło mnie do tyłu. Leciałam. Upadłam na plecy, lądując w mroźnych objęciach jeziora. Zjawa zniknęła, zostawiając mnie w samotnej agonii. Uniosłam drżące dłonie do brzucha, z lękiem spoglądając w dół. Rozszarpane, zmasakrowane. Karmazynowe smugi płynęły swobodnie, rozpływając się dokoła bladego ciała, malując, na mrocznej powierzchni migotliwej wody, rozkwitające pąki róż.
***
Wątłe ciało samicy rozbudziło się gwałtownie, roztrzepując wokół siebie śnieżne drobiny. Dyszała ciężko, unosząc się na chudych łapach. Złote tęczówki powędrowały ku całunowi nieba, jednak zza mglistych chmur wyłaniała się jedynie kremowa połówka księżyca. Nic poza tym. Spojrzała za siebie. Nie było już nikogo na polanie. Zwierzęta rozeszły się do własnych kryjówek, a ognisko wygasło. Podniosła się na wciąż drżących kończynach i udała w kierunku jaskiń. Mimo chudego cielska, jej boki był wyraźnie powiększone. Od apokalipsy, Kamienia, od czasu gdy słyszała przeklęty głos kobiety, minął już ponad miesiąc. A w jej głowie wciąż pojawiały się myśli. Nie tylko jej. Cichy głosik, szept, jakby dziecięcy szczebiot. Zadrżała, skryła się w przyjemnym mroku jaskini, by udać się na dalszy odpoczynek. Nie mogła jednak już zasnąć.

Holy light, oh, burn the night
Oh keep the spirits strong 
Watch it grow, child of wolf 
Keep holdin' on


Od autorki
Nie ma to jak poranna "wena". Nie wiem co to jest. Pewnie są błędy, bo nie sprawdzałam. I pewnie pojawi się więcej nic nie wnoszących opowiadań, bo tak.

17 stycznia 2018

Winter sound

As the sun comes up, as the moon goes down
These heavy notions creep around
It makes me think, long ago
I was brought into this life a little lamb

Wybudziła się o poranku. Jasne światło promieni słonecznych wpadało ukosem przez wejście jaskini. Otrząsnęła się z sennych pomroków, po czym rozejrzała się, szybko dostrzegając, że była sama. Po długiej, nocnej rozmowie z córką, zasnęły wtulone w swoje futra, jednakże Fene musiała opuścić grotę wcześniej, udając się ku własnym sprawom. Aldieb nie przejęła się tym zanadto, rozumiała wędrowną naturę swej latorośli. Była szczęśliwa, że mogła ją ujrzeć, całą i zdrową, porozmawiać i spędzić z nią czas, a w sercu wciąż czuła rozchodzące się  przyjemne ciepło na wspomnienie tego spotkania. Uniosła się na skostniałych członkach, ostrożnie rozprostowując zdrętwiałe kończyny. Gdy wyszła poza granice jaskini, poczuła na ciele kąsające igły mrozu. Poduszki łap stąpały niepewnie po twardej, przemarzniętej ziemi. Uniosła pysk ku popielatemu niebu, zastanawiając się kiedy zima poza mrozem przyniesie śnieg. Otrząsnęła się po raz kolejny, strosząc przy tym brązowe futro i ruszyła przed siebie, zanurzając się między wysokie pnie drzew. Minęła polanę spotkań i niespiesznym truchtem ruszyła wzdłuż jeziora. Złote tęczówki śledziły uważnie otoczenie. Akwen wodny pokrywała krucha warstwa lodu - żadne zwierzęta już raczej nie skorzystają z wodopoju. Skuliła uszy i z nosem przy ziemi podążyła dalej wydeptaną ścieżką. Zdwoiła czujność, mając nikłą nadzieję, że napotka na trop leśnej zwierzyny, jednakże jedynymi towarzyszami były fruwające nad jej głową ptaki. Przeskoczyła zwalony pień, zapadnięty i wydeptany przez wilcze łapy i podążyła dalej, kierując się w głąb Lasu Śmierci. Pochłaniała widoki ślepiami, wciąż nie mogąc się nimi nasycić. W ciągu ostatnich dni wracały do niej coraz wyraźniej wspomnienia sprzed śmierci. Polowanie, w którym to ona była łowną zwierzyną. Demony, na każdym kroku czyhające na jej życie. Zacieśniające krąg cienie. I ciągły strach, przejmujący do szpiku kości, zagnieżdżający się głęboko w sercu i umyśle. Przyspieszyła, a jej łapy odbijały się głucho od skamieniałej z zimna gleby. Pamiętała jak trucizna rozchodziła się zachłannymi mackami po jej ciele, jak choroba objęła wszystkie jej członki, aż w końcu sięgła obydwu oczu, aż po złotych tęczówkach nie zostało nic poza wspomnieniem. I pozostał jej tylko mrok. Teraz, biegnąc przez znajomy las, radowała się jego widokiem. Jednak nie mogła zaznać spokoju,w myślach wciąż wracając do pytań. Czemu zwrócono jej życie? Jakim cudem mogła znów widzieć? Jaką cenę przyjdzie jej za to zapłacić? Litania pytań, w kółko, bez odpowiedzi.
***
W sercu lasu znajdowała się, zwinięta w kłębek mała kula brązowego futra. Nos i oczy przykryte były długim i puszystym ogonem. Sierść przykryta już była cienką warstwą, padającego z nocnego nieba puchu. Nagle mleczne drobiny opadły na ziemię, gdy wilcze ucho drgnęło. Zaraz potem ruszyła się głowa, unosząc się zza futrzastej osłony. Powieki uchyliły się, ukazując dwoje złotych ślepi, które niepewnie rozejrzały się po otoczeniu, zastanawiając  się co je rozbudziło w samym środku nocy. Mogła być to miękka cisza, która zapadła w lesie, pod wpływem kolejnych warstw perłowego śniegu. Samka podniosła się, w powietrzu uniósł się mały obłoczek pary, wydobywającego się z jej pyska ciepłego oddechu. Spojrzała w górę, jednak firmament milczał dzisiaj ciemnym całunem. Potrząsnęła łbem i nabierając tchu, ruszyła dalej, przed siebie, krocząc między pustymi pniami drzew. Wędrowała już tak, zdawałoby się od wielu dni, szukając schronienia i jadła. Wszelka zwierzyna jednak jakby się ulotniła, szukając lepszych miejsc żerowisk lub przezornie zapadła w bezpieczny sen zimowy. Samica natomiast była słaba, zbyt słaba, by w pojedynkę zapolować na większą ofiarę. Nie jadła już od tylu dni... Ze zmarzniętej gleby nie dało się nic wygrzebać. Nie było nic. Nie było nikogo. Jakby na zawsze skazana była na tułaczkę wśród srogich i milczących pni drzew. Jakby w całym lesie była sama. Nie miała już sił. Jednak jej łapy wciąż parły naprzód, coś kazało jej się nie poddawać. Zachwiała się. Otarła się pyskiem o chropowatą korę, oparła się bokiem o nieruchomy i stabilny pień drzewa, opadając nań całym ciężarem ciała. Żebra unosiły się w głębokich oddechach. Mroźny wiatr targał jej futrem, rzucając w oczy wciąż sypiące się z nieba drobiny śniegu. Wzięła kolejny dech, choć powietrze raniło dotkliwie lodowatymi igłami. Podniosła się na łapach i wznowiła wędrówkę.  Musiała wykarmić nie tylko siebie, ale także istotę, która żyła i rozwijała się w jej łonie.
***
Chuderlawa sylwetka wyłoniła się zza pni. Spod brązowego futra ciągnące się przez całe ciało, cienkie linie blizn, były niemal niewidoczne. Samica oblizała pysk z rozmazanych plam krwi. Trudno rzec, czy był to łut szczęścia, czy sprawiła to jej wytrwałość, a może Las zlitował się nad swą mieszkanką? Udało jej się jednak trafić na powalone truchło byka. Choć najsmakowitsze kąski były zjedzone, wciąż pozostało wiele mięsa, by drobna samka mogła najeść się do syta, może jednak dane było przetrwać jej tę zimę? Nie w guście byłoby odchodzić, tak prędko po własnym powrocie z Krainy Umarłych.


Walk unafraid
I'll be clumsy instead
Hold me, love me or leave me high



Od autorki
Tym razem opowiadanie pisane nieco na szybko, bardziej przystępnym językiem, bo jak ktoś to określił, było "ładne, ale niezrozumiałe dla zwykłych śmiertelników".

6 stycznia 2018

Delirium

At tragic heights
She hangs from the stars
A requiem played
In a broken heart

Atramentowa czerń nocy zawisła mrocznym całunem nad połacią starego lasu, który jak dywan rozwijał się po ciemnej dolinie. Nie było gwiazd ni księżyca by rozświetlić mroki puszczy, wypełnionej mrukliwymi szeptami drzew, których opowieści przez zefiry rozsyłane były we wszystkie strony świata. Szmer ich łagodnie rozchodził się w powietrzu. Nie mącił wszechobecnej ciszy, raczej ją dopełniał, razem z odgłosami żywych istot, tworząc prastary oddech wiekowego boru. Wśród antracytowych ciemności kniei, między ogołoconymi z liśćmi krzewami, po ziemistej ściółce stąpała wątła istota. Jej chude kończyny przemierzały ledwo widoczne ścieżki, nie widząc ich nawet, drogę obierając tak jak jej wewnętrzny głos dyktował. Serce jej wciąż jak oszalałe biło, pompując krew w tętnice, buzując w organizmie, napędzając szalone wizje, które wciąż jak żywe migały jej przed oczami. Karmazynowe plamy posoki, mieszające się z mulistym błotem. Oślepiające, jaskrawe  światło oraz bijące ciepłem fale energii. Kły Tristana i rozrywana skóra. Wszystko to wydarzyło się tak prędko, tak nagle, że samica mimo upływu czasu, wciąż nie potrafiła ogarnąć tego poskładanym naprędce umysłem.  Wracały kolejne mary, wcześniejsze zdarzenia. W głowie rozbrzmiało czystym dźwiękiem srebrzyste brzmienie dzwonków, a zaraz potem nawiedzający ją od tygodni ciepły głos kobiety - tej co życiem się nazwała, co rozum jej darowała, a zarazem misje - zadaniem obarczyła brązową samicę, niejasnym, szalonym. Zrodzić miała nadzieję, potomka, tajemnicę nieznaną. Ale cóż to oznaczać miało, w jej oczach - obca istota, przemocą w jej łonie osadzona. Kalejdoskop barw zaskoczył, znów zmienił swe obroty, po raz kolejny krucze pióra ukazując, obsydianem smolistej czerni zalewając. Wśród ich upiornego krakania, dostrzegła akwamarynową sieć błyskających świateł, pulsujących niczym żyły rozchodzące się labiryntami we wszystkie strony, daleko, niczym plątanina korzeni, oplatając najodleglejsze zakamarki sędziwej puszczy. I znów nic, mrok w jej umyśle nastał, a samka zatrzymała się. Powieki opadły, kryjąc migotliwe złoto tęczówek. Pochyliła pysk, łagodnie kierując go ku ziemi. W nozdrza uderzył kojący zapach gleby, znajomy i bliski, tak znajomy. W obłąkanym biegu zdarzeń ta jedna, jedyna myśl ją utrzymywała - powróciła do Stada Nocy, w jedyne miejsce na świecie gdzie mogła poczuć się jak w domu. Znajome tereny przyjęły ją niczym z dawna nie widziane dziecko. Duch przepełnionych pradawną magią ziem porwał ją w swe objęcia, zanurzając w dobrotliwym kokonie splecionym z mroku i cieni, pozwalając jej odetchnąć, rozluźnić zmęczone od biegu członki, ukoić zszargany umysł, szepcząc delikatne pieszczoty, niczym matka swe dziecię przyjmując, gdy brązową wciąż dreszcz nachodził na wspomnień lawinę, myśli natrętne o życiu i śmierci, kręgu odwiecznym i tym co najbardziej lękiem napawało - jej zmartwychwstaniem, spoza światów, czeluści śmiertelnych, poprzez nieznane realia wędrówek i powrotu nagłego, niespodziewanego, natury prawa wypaczającego. Odetchnęła miękko, zanurzając się cała, w tej czerni i ciszy, niczym w głębinach wód bezdennych, oddając się ufnie dłoniom szemrzącym, starożytnej plejadzie duchów, co pieczę strzegli w kniei wieczystej, a teraz nad jej ciałem mocą natchnionymi skrzydłami rozwinęli opiekę. W ich kołysankę się wsłuchując, oddała się marzeń sennych krainie, a znaczona niczym marmurowymi żyłkami, pobliźniona sylwetka zaległa w miękkiego mchu szafirze.
***
Złotooka wędrowała po terenach stada, które Dziećmi Nocy się wołało, pamiętając dawne ścieżki, lecz nie znający nowych, wydeptanych przez obce łapy. Zadziwiona była jak wiele nie rozpoznawała, gdy przyroda rozrastała się, z każdym dniem płynnie zmieniając, modelując otoczenie, przemieniając widoki, niczym obraz na płótnie malowany i przemalowywany, wciąż i wciąż na nowo. Tak też i z tutejszymi lasami było - choć wciąż ziemia ta sama pod chrzęstem pazurów, niewiele więcej poznać mogła, nie tak pamiętała, a wspomnienia choć żywe, wciąż zdawały się plątać, mącić i gubić bieg czasu, którego zresztą mogło tyleż upłynąć, gdy brązowej dusza po światach i zaświatach, między otchłaniami i czeluściami błądziła. Dni mijały, wieczory i poranki, gdy nadwątlona z sił samica przemierzała tereny stada, odkrywając i ucząc się ich niczym szczenię. Wiele myśli poznała, odkryła i posmakowała, rozumiejąc co raz to więcej o sobie, o tym co było i czego nie było. Nie było. Przyjaciół, rodziny. Gdzie ich ciepłe futra, wonie znajome? Wątłe, ulotne - jedynie niemrawe ślady dni dawnych, zapomnianych i utraconych. I wciąż kołatało w głowie pytanie - po cóż wróciła? Czyjego żartu była przedmiotem? Kto śmiał przywrócić ją, z lodowych odmętów wyrwać przemocą i wrzucić ją, połamaną, kaleką, składaną naprędce, w ten świat żywych i zdrowych? Czuła, wiedziała, od początku przeczuwała, że choć wróciła - nie cała była, brakło odłamków, fragmentów, jej mocy, zdolności i sił zdobytych; krwią i łzami opłaconych. Nie słyszała już przeto głosów i szeptów nienawistnych, nie czuła już  obecności istot piekielnych, demonów a zarazem towarzyszy wśród przygód i zmagań. Pozostała sama w szaleństwie świata, stęskniona, zlękniona, obawami przepełniona, nie mając nic więcej niż urywane miraże zesłanych jej wizji.
***
Świat spowijała perlista łuna bijąca jasno z pełnej tarczy księżyca, który lśnił alabastrowym blaskiem, niemal rażąc, oślepiając wrażliwe oczy, gdy się weń spojrzało. Niewiarygodne szafirowe cienie tańczyły wśród strzelistych sylwetek drzew, odcinających się wyraźnie na tle gwieździstego nieba. W przejrzystym powietrzu bez trudu dostrzec można było smukłą sylwetkę niewielkiej samicy, która zbliżała się z wolna, wyraźnie zamyślona, ku niewielkiemu jezioraowi u podnóży szumiącego srebrzyście wodospadu. Kobaltowa pokrywa wody odbijała w swej tafli migotliwe girlandy gwiazd. Poduszki łap zanurzyły się w  kąsających lodem falach, łeb zniżył się do zbiornika. W złotych ślepiach ukazał się obraz brązowej samki - jakby znajomej, jednak oblicze przecięły na pół dwie podłużne szramy. Z jej gardła wyrwał się pomruk głęboki. Skoczyła, odwróciła się gwałtownie, burząc lustrzane odbicie. Odeszła, zanurzając się między pnie drzew, wśród zarośli, miesiącem oświetlanych. Wsłuchała się w delikatny szum wiatru, sylfów mglistych, które niosły wraz z sobą opowieści duchów co w zmurszałych pniach zamieszkiwały, szmaragdowymi oczyma świat obserwowały, przez wieki nieruchome, przez śmiertelnych niedostrzegane, pomijane, niedoceniane; milczący strażnicy czasu.


At stars unborn
All has begun
At the shadow sun
Delirium

19 grudnia 2017

Leśny duch o złotych ślepiach.


Take me away from time and season
Far, far away we'll sing with reason
Prepare our throne of stars above me
As the world once known will leave me


Zachodni Wiatr
Wiatr, który przynosi wiosenne deszcze.
Aldieb
Syndrom matki alphy
Cichy duch, który widnieje na wielu kartach historii stada. Założyła odnowę HOTN, była opiekunką stada, Zasłużoną, Bethą, aż w końcu Alphą. Zawsze pomocna i miła, jednak również szczera i chwilami bezpośrednia.

Żywot
Obudziła się w styczniu 2008 roku. Zmarła wiosną 2015 roku. Została przywrócona do życia 17 grudnia 2017 roku.

Losy Aldieb w Stadzie Nocy
Zimą 2008 roku dołączyła do stada, wtedy jeszcze znanego pod nazwą Stada Śmierci i składającego się wyłącznie z koni. Niedługo potem odeszła, czując się źle w skórze roślinożercy.
Wiosną 2008 roku po kilku miesiącach powróciła, już w ciele białej wilczycy, stado istniało jeszcze pod nazwą Stada Śmierci Od tego momentu żyła w HOTN. Wraz z siódemką innych osób została powołana do grupy Wybrańców, których zadaniem była ochrona stada. Niestety, zawiedli. Wandessa zniknęła, a 20 listopada 2008 roku nastąpił koniec HOTN.
Niedługo później dołączyła do Herd Of The Fire, kontynuacji założonej przez Glolę. Gdy i ta próba ratowania stada zawiodła, razem z Venus i Revią 4 lutego 2009 roku założyła Herd Of the Dreams i póżniej wraz z Lady Killer oraz Gold Fire zaopiekowała się stadem.
21 czerwca - 6 września 2009 roku – brała udział w misji na ratunek Wandessie, która zakończyła się pomyślnie, a Stado Nocy zostało przywrócone.
7 września 2009 roku władzę ponownie objęła Wandessa. Aldieb została pierwszą Zasłużoną w odnowionym HOTN.
14 maja 2010 roku blog został usunięty, a następnie odnowiony przez Aspeney. Wtedy, za namową irbisicy oraz większej części stada Aldieb zostaje Alphą.
1 lipca 2011 roku urodziła dwoje szczeniąt: Fene oraz Tira.
14 maja 2012 roku Aldieb rezygnuje z władzy, przekazując ją w łapy Tiinkerbell.
6 sierpnia 2012 roku bez podania powodu i bez pożegnania, odeszła ze stada, opuszczając swój dom i rodzinę.
17 czerwca 2013 roku powróciła do Stada Nocy, znów wstępując w jego szeregi.
Wiosną 2015 roku zmarła w bliżej niewyjaśnionych okolicznościach; jej ciało nie zostało odnalezione.
26 października 2015 roku pośmiertnie nadano jej tytuł Zasłużonej z przydomkiem Wieczny Ślad.
17 grudnia 2017 roku została przywrócona do życia przez jeleniego druida, Harolda II. W wyniku tajemniczych wydarzeń została brzemienna.
10 lutego 2018 roku narodził się jej syn Valkkai, będący personifikacją Życia.

Rodzina
Stado Nocy jest jej domem, a członkowie rodziną.
Podczas swego życia była matką dla czwórki przybranych dzieci, a także dwojga rodzonych - Fene i Tira. Dwoje ostatnich zostało poczętych przez proces zapylenia, choć inna teoria mówi, że już w fazie płodowej przedostały się wprost do jej macicy przez wrota Narnii. Tożsamość ich ojca jest nieznana, jednakże padały pewne podejrzenia w stronę znajomych drzew i traw.






Od autorki
Podobizna wykonana przez Keprion
Fragment piosenki Globus - Take Me Away
KP robiona przez utalentowaną Von ♡
Poprzednia

18 grudnia 2017

Koniec świata. Początek życia.

Wystąpili:
Aldieb, Anaid, Arjuna, Dreadnott(kruk), Fene, Glola, Harold II, Kamień, Luna, Seth, Syriusz, Życie

W skrócie:
Opętało kruki. Zbliża się koniec świata. Aldieb ożywił jeleń z dzwonkami tylko po to, żeby zaszła w ciążę z kamieniem.

By zachować dla potomnych.



[17 grudnia 2017]
[19:32] Glola: Jej nadejście poprzedził tuzin ciężkich oddechów. Ryży, rozdziawiony ciężkim dyszeniem pysk wychynął zza krzewów, wtem opamiętał się, niemal dokładnie wtedy, gdy ciemne ślepia zabłysły na moment. Postąpiła jeszcze kilka kroków, by zasiąść z wypiętą piersią, wyraźnie dumna ze swojego wyczynu. Udało się, dotarła. Powiodła jeszcze raz spojrzeniem po niemal nieprzeniknionych ciemnościach, 
 wytężając wzrok, niezdecydowana, czy to moment na szeroki uśmiech zwycięstwa. - Cześć. - Tak, to był moment na ten uśmiech, także wyszczerzyła kły, w nadziei na to, że księżyc będzie tak miły, by opuścić bezpieczne objęcia chmur i rozjaśni jej sprawę, czy przywitała się głównie z drzewami, czy może był tam ktoś jeszcze.
[19:34] Seth: [elo mordo co tam kto tam]
[19:34] Seth: [XD]
[19:40] Seth: - Ta ziemia cię zna. - Wziął głęboki wdech i uniósł łeb ku kłębom, co okryły księżyc, osłaniając polanę nieprzeniknionym dla oka, ciemnym płaszczem. - I zna też mnie. Nie skora jednak nas przedstawić, ta ziemia, co zna. - dodał, mrużąc błyskotliwe ślepia i opuszczając spojrzenie z chmur. - Oczekiwałaś kogo?

31 marca 2017

You're evil as the demons that haunt you

Sad night, the weeper of starwind sky
Take me where the shimmering lights are fading out
Through the shadows of hate and through the fires of grace
I followed the voice in the night, beautiful as black sky,
But nothing I found

My thoughts are captured by the magical chants
Of the spirits, but I cannot see them with these dead eyes
Lost I am in these dismal streams
Lost I am forever in my life

✦✦✦

Zszargana, rozerwana, splątane nici istnienia. Kotłujące się Cienie, chaos i niewiedza. Wypluła ją Głębia, otchłań piekielna, czy może raczej Nie-Świat, poza czasem, poza życiem, tam gdzie niczyja stopa się pałęta, a dusza nie ostanie. Nie miała imienia więc własne przybrała, siedem nazw na każdą myśl potwora - Zjawa, Ogień, Wiatr, Trucizna, Cień, Śmierć i nadzieją Dusza. Nie miała ciała, więc własne stworzyła, utkała z mroku i powietrza to, co z przed życia znała. Poprzednie wcielenie jak zza mgły pamiętała, jak historia, legenda, dawno temu przekazana. Na egzystencję skazana, bez uczuć, bez serca, a jednak nie sama - z towarzyszką zesłana; ze zdrajcą, mordercą.

✦✦✦

- Przepowiedziano to - że stado na tych terenach będzie trwać wieki, póki Ogień co jasno płonie nie wygaśnie. I stało się. Nawet gdy wszyscy zwątpili, starczyła jedna iskra w duszy, by ocalić to co pozostało. - Mówiłam, plotąc słowa z prawd, które na zawsze we mnie osiadły, przesiąkły jak woda glebę przenika, stojąc na skarpie, na wzgórzu, skąd rozpościerały się widoki na rozległe połacie lasów i łąk, na góry i rzeki, na to co kiedyś zwałam Domem.
- I rzecze to ta, która jako pierwsza zwątpiła. - Uszu dobiegł ochrypły głos, pierwej on, nim koścista sylwetka zmory z nicości się wyłoniła. Zbliżała się na wychudłych kończynach, czarnymi sztyletami pazurów mierzwiąc trawę i glebę. Nie dane mi było ukryć się przed jej osobą, związane byłyśmy po koniec czasu, obarczone nienawiści kajdanami. Ujrzałam jak paszczę wygina, szydercze echo śmiechu. - "Powstanie z martwych, na Stada czele w nieśmiertelności królować będzie na zawsze!" - Zaintonowała, z pogardą wypluwając słowa pieśni, która innej tyczyła się postaci, a teraz z ust Demona - obraza w moją stronę wymierzona.
- Bluźnisz. Zamilknij już. - Warknęłam zimno, ostrzegawczo błyskając żółcią kłów, łypiąc ognistymi ślepiami. - Po co się zjawiasz, jeśli Cię nie przyzwano? 
- Wracasz i czaisz się jak intruz, jak obcy. I po tym wszystkim co Cię spotkało! - Nie zważała, nie słuchała, kontynuowała nie bacząc na znaki, protesty. - I lądujesz tu, jak kundel na smyczy, wracając, jak inni, jakby Was wszystkich łańcuchem przykuto! - Smagała bezlitośnie nienawiści słowami. Co ta suka wyprawiała, myślałam. Czego chce, co tym razem zdruzgotać próbuje. Co innego natomiast wypowiedziałam.
- Nic Ci do tego gdzie zmierzam, gdzie chodzę. - Wstałam, jeżąc się cała, smoliste smugi oplatały ciało, drgały, gotowe do pracy, mordu, ataku.
- Ale tak... Tęsknisz za tym, prawda? - Wycharczała, wydając przy tym śmiech obrzydliwej poczwary. - Jak Cię traktowali. Byłaś szanowana, respektowana, każdy liczył się z Twoim zdaniem. Ale teraz? Nie jesteś już tam potrzebna. Za kogo oni Cię tam uważają? Za zdrajczynię, która opuściła stado, rodzinę. Jesteś tam nikim. - Śliski głos Demona wwiercał się siłą w moje uszy, raniąc dotkliwie zszargane cienie uczuć jakie jeszcze we mnie tkwiły, ukryte głęboko w mym jestestwie. - Porzuciłaś córkę, przyjaciół. Poddałaś się, jak zwykły śmieć! Och tak, w tym jesteś doskonała, w uciekaniu przed problemami, uciekaniu przed życiem. - Tyrada nie ustawała, wylewając kolejne jadowite słowa, podjudzając mój ból i gniew. Nie dałam Jej już dłużej cieszyć się chwilą. Z moich trzewi wydobył się ryk, potoczył się przez głuszę z mocą huraganu. Nie byłam już tym słabym stworzeniem, wątłą wilczycą, która dawała sobą pomiatać. Potężna łapa spadła na ciało Demonicy, z łatwością powalając jej kościstą sylwetkę, przygwożdżając do ziemi z siłą tonowych gór. Obniżyłam paszczę łypiąc płomiennymi ślepiami prosto w czarne odmęty demonicznego spojrzenia. Nie wiele różniłam się teraz od niej, sama będąc istnieniem utkanym z Wiatru i Cieni.
- Nic nie wiesz. - Syknęłam, filtrując zmrużonymi oczyma Samicę, nie zważając na rozwarty w karykaturalnym uśmiechu pysk, pełen czarnych, ociekających lepką śliną kłów. - Myślisz, że o to dbam? - Zaśmiałam się zimno, wyginając paszczękę w pogardliwym grymasie. - Mów dalej, Potworo, na nic Ci się to zda. Jesteś niczym więcej niż kulą u nogi, milcz więc jak Ci przykazano.
Wygięła się, wymknęła, w jednej sekundzie zniknęła spod mych łap, tylko smuga się ostała, gdy piekielna zmora w Międzyświat uciekła. Nie byłam dłużna, skoczyłam za nią, czerń za bielą, goniąc niby za śmiercią. Nie było nikogo kto by nadążył za nami oczami, poza świat realny, w inne wymiary, gdy błądząc między znanym i nieznanym gryzły nasze szczęki, pazury rozszarpywały. Nie pierwsza, nie ostatnia była to rozgrywka. Nienawiść i oddanie w naszym związku się przeplatały, wpierw zabić, potem pomóc i tak przemiennie, nigdy nie dając wytchnienia. Tak nasze życie przebiegało, a może raczej klątwa, kara, anatema?

✦✦✦

Nie czekałam, nie patrzyłam jak zwierzyną zapełni się polana. Wiedziałam, że ogień płonie wysoko, nowi goście się pojawiają, wiedziałam że Puszcza ożywa, wraz z wiosną w kolejny etap wkraczając. Daleko mi jednak do nich. Czym byłam? Koszmarą, zjawą, zaledwie duchem, wspomnieniem. Po dawnym życiu nic nie zostało, nic więcej niż cichy zew nostalgii. Kroczyłam bezwiednie, jak niegdyś Szara - projekcja astralna,  bez ciała, przemierzała puste tereny z zamkniętymi ślepiami, przez kanion szeroki dzielący niczyje i Nasze, a teraz Wasze. Sunąc leniwie, cienistymi smugami oplatana, zniżałam się dalej, między pionowe ściany. Ku skalnej wyrwie, tunelu tajemnym, zapomnianym i nieodwiedzanym wyjściu podziemnym. Niezauważona, jakby mnie nie było. Nic się nie zmieniło. Nie wiedzą - nie ma. Wniosek? Brak istnienia.
✦✦✦
__________________________________________________________________
Zamieszczam; jestem, czuwam, choć mnie nie ma.
Rozważam. Myślę. Wrócić? Nie?
Głupie pytanie.
Cokolwiek dobrego z tego wyniknie? Pewnie nie.
Chwila słabości. Nostalgia, wspomnienia.

5 stycznia 2015

5 stycznia

     Dziewczyna siedziała na kłodzie, grzejąc się przy rozpalonym ognisku. Płomyki ognia, tańczyły żwawo, posyłając w ciemniejące niebo iskry. Rzucając migotliwe cienie na jasną skórę i hebanowe włosy.
     W drzewie coś zaszumiało, zaburczało, zaskrzypiało, spadło kilka liści i po chwili na polanie pojawiła się Tinka. - Spadłam. - Oznajmiła, widząc Al i pozdrawiając ją uśmiechem otrzepała futro z ziemi. Podeszła do dziewczyny i usiadła obok. - Nieczęsto widuję Cię w ludzkiej postaci.
     Czarnowłosa podniosła rękę i zamachała wilczycy na powitanie. - Witaj, Tinka. - Uśmiechnęła się kącikiem ust. - Tak, to prawda, jakoś tak wyszło. Po za tym po przemianie gorzej by się goiły. - Odparła nieco niejasno, mając na myśli ranę, którą niedawno odniosła.
     Samica przechyliła łeb na bok, marszcząc swoje wilcze brwi. - Co by się goiło? W jakie krzaki wpadłaś? - Spytała zmartwiona.
     - W zabójcze. - Odparła Al, krzywiąc się nieznacznie. - Z dużymi, ostrymi kolcami. - Podniosła warstwy ubrań, żeby pokazać wilczycy opatrunki na brzuchu, na których widniały blade plamy zaschniętej krwi. Po skórze powiał chłodniejszy wiatr, więc szybko się zakryła. - Coś mnie zaatakowało. Ale nie wiem dokładnie co to było. - Zmarszczyła brwi. Zastanawiała się nad tym już od kilku dni i nadal nie potrafiła nic konkretnego wymyślić. - Nie wiem, coś pomiędzy duchem, a demonem. Tylko, że jedno i drugie zazwyczaj potrafię wyczuć, a od tego stworzenia nic nie wyczułam. I właściwie nawet nie wiem czego chciało i czemu jeszcze żyję. - Przyłożyła dłoń do czoła, czując nagły ból głowy. Syknęła cicho. - Straciłam pamięć, nie mam pojęcia co się działo, po tym jak ta istota mnie raniła i nie wiem jakim cudem trafiłam do swojej jaskini.
     - O, Al. - Mruknęła, trącając ramię dziewczyny nosem. - Dowiesz się tego. Jeśli będzie trzeba, pomożemy Ci. - Usiadła w taki sposób, by osłaniać Aldieb przed wiatrem.

***
     Skrzydlata wilczyca szła w kierunku polany po śnieżnym puchu, który skrzypiał pod jej łapami. Mrucząc coś pod nosem doszła do kresu swej wędrówki. Weszła na polanę i rozglądając się nikogo nie zauważyła. Udała się dalej i dostrzegła blask ognia, a jego blade światło padała na... człowieka? Tak, na te istoty, których tak nie znosiła. Na jej pysku pojawił się grymas obrzydzenia. Po chwili przypomniało jej się, że sporo członków posiada przemianę. Zaczęła węszyć. - Al. - Westchnęła i mimo wszystko pojawił się na jej pysku uśmiech. Cóż, ona mogła nie znosić ludzi, ale jeżeli to była przemiana kogoś z członków nie miała nic do gadania, bowiem to nie była jej sprawa i również owa przemiana nie była zakazana. - Ohayo Al. - Usiadła koło niej.
     - Salve, Ar. - Dziewczyna przywitała się, podnosząc głowę, wyrwana z zamyślenia. Uniosła kącik ust w delikatnym uśmiechu. Wyciągnęła ręce przed siebie, opierając podstawy dłoni o kolana, żeby ogrzać zmarznięte palce.
     - Ludzie. - Spojrzała w głąb ognia. -Jacy oni są słabi. - Owinęła jej dłonie w ogony by było jej cieplej. Miała nadzieję, że samica się na nią nie obrazi. Raczej każdy wiedział, że nieznosi tych istot. Jednak przemiany jej przyjaciół jej nie przeszkadzały, a opinie na temat innych członków trzymała do siebie. Ujawnienie ich było by złośliwe, a to nie wypadało. - Mam nadzieje, że nie masz mi za złe to co powiedziałam. - Spojrzała na przyciaciółke w ludzkiej postaci.
     - Nie, wręcz przeciwnie, zgadzam się z Tobą całkowicie. - Uśmiechnęła się lekko, wyjąła jednak dłonie i zamiast tego położyła je na miękkim, gładkim futrze. Nie było jej bardzo zimno, po prostu lubiła czuć przyjemne ciepło ognia na skórze.

***

     Tym razem nie przyszedł jako człowiek. Dlaczego? Bo po prostu nie. Miał wyjątkowo ochotę na rude futerko. I nie ma kurde gadania, że jak rudy, to przyjaciół nie ma. Machając leniwie puszystą kitą, wyszedł spomiędzy drzew i rozejrzał się. Uśmiechnął się, widząc Alutkę i zaraz do niej podszedł, ocierając się lekko o jej bok. -No cześć. - powiedział, siadając niedaleko niej, by móc się grzać i przy okazji w miarę wygodnie rozmawiać, bez potrzeby unoszenia niewygodnie łba.
     - Hej, Serek. - Uśmiechnęła się i pogłaskała lisa po łbie, zanurzając opuszki palców w gęste, miękkie futro. - Ale Wy się wymieniacie. Najpierw Tin, potem Ar, a teraz Ty. - Odchyliła się nieco, opierając się na rękach. - Nie dałoby się tak wszyscy naraz? Mam ochotę, żeby zagrać w HOTN. - Poskarżyła się, ubolewając nad swoim ciężkim losem.
     - Ale moje futerko jest bardziej aksamitne. - Zaśmiała się Ar, nagle wychodząc z cienia i patrząc na Serka. - Ohayo Serek. - Spojrzała na Al. - A wiesz? Też bym se zagrała, wieki w to nie grałam.
     - O, tak, tak. Byłoby świetnie. - Oczy dziewczyny wyraźnie się ożywiły. - Tylko trzeba wykombinować jakiś patyk albo butelkę.
     -Cześć, Ar. - przywitał się lis, przeciągając zaraz. -No bo my tak lubimy się wymieniać, sama rozumiesz... - nieważne, że to nie miało żadnego sensu. Słysząc Arjunę, zaśmiał się. -Ej, ej. Chciała byś moje futerko prawie nie śmigane. - pokazał jej koniec języka.
     Też wytknęła mu język. - Ale ja jestem samicą, my mamy lepsze futerko. - Zaśmiała się wesoło. - Patrz Alu. - Wskazała na dorodną gałązkę koło ogniska, która była idealna do HOTN. - Ta byłaby idealna.
     Przypatrzyła się gałązce. Z jednej strony koniec był grubszy, z drugiej cieńszy i rozgałęziony. - Rzeczywiście. - Uśmiechnęła się do wilczycy. Wyciągnęła rękę, by ją podnieść, pochyliła się przy tym lekko, jednak nagle się zatrzymała, czując silne ukłucie bólu. Syknęła i skrzywiła się nieco. - Za daleeeko. - Wyjęczała jakby była rozkapryszonym dzieciakiem.
     -W sumie nie przepadam za tą grą, bo jestem leniem. - mruknął Serek, znając życie i tak będzie grał, bo dziewczyny i w ogóle. Spojrzał na Al trochę zdziwiony, gdy się tak skrzywiła. - Ej... Coś nie tak? Coś Ci się stało? - spytał zaraz.
      Arjuna przybliżyła kijek w ich stronę ogonem. - Alu co się stało? - Przyjrzała się Al i bez jej zgody dotkneła jej pleców. - O cholera, jakie napięte. - zmarszczyła na chwile brwi. - Co ostatnio robiłaś w ludzkiej postaci?
     - Ja? Nic. Trochę umierałam. Potem spałam. Potem było lepiej, mogłam zacząć się ruszać. Yyy, no więc nie biegałam, starałam się tylko ostrożnie chodzić i siedzieć bądź leżeć. - Odparła trochę bezsensownie na pytanie, choć z jej punktu widzenia wszystko było logiczne.
     - Co...? - spytał Ser, nie bardzo rozumiejąc, co ona w ogóle chce im przekazać. -Czyli co konkretnie Ci się stało, bo jakoś nie zrozumiałem.
     Ar też nic nie zrozumiała z tej paplaniny. - Nie wiem o co ci chodzi, na ludziach się nie znam, oni mają swoich medyków. - Spojrzała na Al. - Jednak o jednej słyszałam zwała się grypa, o ile się nie mylę. - Zrobiła zamyśloną minę.
     Czarnowłosa ostrożnie sięgnęła po patyk i zaczęła obracać go między dłońmi. Skrzywiła się nieznacznie, nie lubiła się powtarzać, a dzisiejszego dnia zdążyła już opowiedzieć tę historię Tince. - Coś mnie zaatakowało. - Zaczęła po chwili ciszy - Nie wiem dokładnie co to było. I nie wiem też dlaczego jeszcze żyję, bo straciłam pamięć. Od momentu kiedy mnie zraniło. - Podniosła na moment ubrania, żeby pokazać partacko zrobione opatrunki na brzuchu. Rany były głębokie i w ciągu kilka dni nie miały prawa zdążyć się zagoić. Al powinna leżeć i się nie ruszać, mimo to nie potrafiła usiedzieć na miejscu. Dlatego bandaże, mimo że niedawno zmieniane, znów zabarwiły się rdzawymi plamami.
     Lis skrzywił się, czując krew. Nie lubił tego zapachu, jakoś tak samo... -Poczekaj tu... Te bandaże trzeba zmienić, Mała. - powiedział i zaraz się podniósł, biegnąc w stronę jaskini. Tam powinien mieć jakieś bandaże, może jakaś apteczka też się znajdzie. Skoro czasem sam był łamagą, to miał z miasta.
     Al nie zdążyła nic powiedzieć, a ruda kita już zniknęła pomiędzy zaroślami. Zagryzła wargę. Sama znała podstawy pierwszej pomocy, uczyła się też kiedyś podstaw zielarstwa, no i była szamanką, także potrafiła zająć się drobnymi ranami, czy też przygotować wywar z ziół, który przyspieszyłby gojenie. Jednak rzadko kiedy miała do czynienia z poważnymi ranami, po za tym co innego było leczyć innych, a co innego siebie, szczególnie jeżeli było się pół przytomnym i miało się gorączkę.
     Arjuna wysłuchała uważnie jej opowieści. - Trzeba tym czymś się potem zająć. - Skrzywiła się, patrząc na jej rany. - Mogę się tym zająć i mam jakieś bandaże, ale skoro Serek już po nie pobiegł to trudno, poczekamy na jego bandaże. I owszem powinnaś leżeć, może nie znam się na ludziach, ale na pewno jak i wilk z takimi ranami powinnaś biegać, każdy głupi to wie. - Podeszła do niej bliżej.
     - Ar, co chesz zrobić...? - Spytała, niepewnie spoglądając na wilczycę. Wiedziała, że samica znała się na leczeniu, wiedziała też, że jej metody różnią się od tradycyjnych. Nie potrafiłą rozpoznać istoty, która ją zaatakowała, także miała pewne obawy, czy rana w zetknięciu z magią leczniczą Arjuny odpowiednio zareaguje.
     Serek wrócił po kilku minutach, już pod postacią ludzką. I tyle chociaż dobrego, że znalazł tę apteczkę. Przyklęknął przy Aldieb, rozkładając się ze sprzętem. W sumie kilka gaz, bandaży, rękawiczki... Kilka plastrów i woda utleniona. Takie serio najpotrzebniejsze rzeczy tylko miał, ale zawsze. -Ar, mam nadzieję, że się na tym znasz, bo ja to tak niezbyt... Nie mówiąc już o tym, że jak pod tą postacią siedzę i czuję jej krew, to robię się głodny. - zaśmiał się pod nosem, może trochę zażenowany.
     Spojrzała to na Serka, to na Ar, nieco zbita z tropu zamieszaniem, które stworzyło się wokół jej osoby. W gruncie rzeczy nie była przyzwyczajona, do skupiania na sobie całej uwagi, dlatego poczuła się dosyć nieswojo, chociaż jednocześnie cieszyła się, że przyjaciele się o nią martwią. Miała tylko nadzieję, że nie robi im kłopotu.
     Ar po chwili odpowiedziała na zadane jej pytanie. - Moje metody leczenia nie działają na ludzi tak jak powinny. Musze zużyć znacznie więcej siły, jakbym smoka próbowała leczyć. Więc albo codziennie po trochu, albo od razu z kiepskim skutkiem dla mnie. - Zaśmiała się. - To ostanie powiedziała dla żartu. - A teraz na poważnie. Szczerze? Tylko trochę. Ale wiem do czego służą bandaże i to coś białe miękkie. Jednak to coś w butelce nie, wole swoje medykamenty do odkażania. - Skrzywiła się patrząc na buteleczkę, gdzie było napisane "woda utleniona" w nieznanym jej języku.
     -Obudziłam się w formie ludzkiej i od tamtej pory się nie zmieniałam. Mam wrażenie, że mogłoby to źle wpłynąć na gojenie się. - Wyjaśniła dziewczyna, choć w sumie nikt o to nie pytał, jednak poczuła jakąś potrzebę usprawiedliwienia się przed Ar. - A to, to, nie gryzie. - Uśmiechnęła się lekko, widząc minę wilczycy. - No i wolałabym, żebyś się nie przemęczała. Wystarczy, żebyś spojrzała na ranę i powiedziała co o tym myślisz, no i pomogła mi w jej oczyszczeniu i założeniu opatrunku.
     Ar bez słowa podeszła od tyłu do Al i zdjęła z niej przebite jej krwią bandaże. Użyła swojej magii by lekko podleczyć jej rany, niestety jej sił starczyło tylko na tyle by przestały tak mocno krwawić. Więcej na dziś nie da rady - zdecydowała po tym jak poczuła się osłabiona. Następnie wyciągnęła z worka, którego dostała na gwiazdkę, pewien liść. Przejechała nim po ranach, w celu odkażenia ich i założyła opatrunek jakby zakładała go wilkowi. O dziwo udało się.Wyglądało na to, że i ludziom i wilkowi zakłada się tak samo opatrunek. - Gotowe. - Zamknęła na chwile oczy i wzięła głęboki wdech i wydech.
      - Wygojenie tych ran Al groziło by mi serio śmiercią. - Spojrzała na nią. - Nie wiem co z nimi jest nie tak, ale tyle ze mnie wysysają energii jak pijawy. - Skrzywiła się
     - Dziękuję. Od razu mi lepiej. - Powiedziała szarooka, choć chwilę temu, krzywiła się, zagryzając zęby, kiedy po jej ciele rozbiegło się nieprzyjemne mrowienie, a rana zaczęła piec. Teraz jednak poczuła łagodzący chłód leczniczych ziół, które użyła Arjuna. - Też tak mi się wydawało, że to nie są zwykłe rany. Naprawdę, nie wiem o co w tym wszystkim chodzi. - Przeczesała włosy ręką w nerwowym geście.
     -Noo.. Alutka, na jutro przyniosę Ci zapas bandaży. - Odezwał się Serek - Może uda się znaleźć coś na gojenie ran, co by Ar się też tak nie męczyła... O jakieś zioła czy coś też powinienem pytać? - zwrócił się na koniec do Arjuny, zmieniając się znów w lisa, bo zapach krwi serio trochę drażnił i nęcił. Ciężkie życie krwiopijcy, choć jego pragnienie zazwyczaj nie było za wielkie, nie dało się go całkowicie ugasić, niestety.
     - Dzięki, Serek. - Al posłała mu lekki uśmiech. - To jak? Gramy w końcu w tą butelkę, czy nie?
     Ar ponownie wzięła duży wdech i wydech. - Jeżeli codziennie po trochę będziemy cię leczyć, to nie ma się co bać. - Podrapała się za uchem. - Wszystkie ludzkie rany tak na mnie działają, a ludzkich chorób nie potrafię wyleczyć, cóż wyraźnie moja magia na ludzi nie działa. - Westchnęła, poczuła się dziwnie nie mogąc jej pomóc.
     - To jak ci już lepiej, to możemy zagrać. - Dodała, uśmiechając się.
     - Tak, zdecydowanie lepiej, dzięki Tobie. Jeszcze raz dziękuję, Ar. W takim razie kto zaczyna?
     -Hę... Mogę nie ja zaczynać? Nie lubię... Nigdy nie mam pomysłu. - uśmiechnął się Serek, podkładając do ogniska, co by im nie wygasło.
     - No niech będzie. To je zacznę. - Al trąciła patyk dłonią, żeby zawirował. Charakterystyczna końcówka zatrzymała się na wilczycy. - Ar, HOTN? - Spytała z lekkim uśmiechem.
     Gdy Arjuna usłyszała swe imię spojrzała na Al. - Hmmm będzie zabawnie, bo nigdy tego nie wybierałam niech będzie H. - Zaśmiała się głośno, miała dziś bardzo dobry humor.
     - Hm. - Tego się nie spodziewała. Zmarszczyła brwi, w zamyśleniu. - No dobrze, w takim razie pocałuj się w ucho. - W jej oku błysnęła złośliwa iskierka.
     - Nie dam rady, ale spróbuję. - Śmiejąc się próbowała pocałować się w ucho, co wyglądało nadmiar komicznie.
     Aldieb zaśmiała się, widząc wysiłki Arjuny. Lekkie kłucie przypomniało jej, że nie powinna się nadwyrężać, więc postarała się nieco stłumić śmiech, choć nie do końca jej to wyszło.
     - Może być? - Wilczyca sama się śmiała.
     - Myślę, że może być. No i to chyba na tyle jeśli chodzi o granie. - Stwierdziła, widząc, że Serek się zbiera.
     - Menda sobie poszła. - Spoglądała tam, gdzie Serek zniknął.
     - Ano. Bał się, że też mu każemy kogoś całować. - Zaśmiała się lekko.
     - Oj tam nie mam wścieklizny. - Udała, że się ślini.

***
     Tym razem już nie spadła, lecz zeskoczyła z drzewa. Chyba coś ją niesamowicie nurtowało w tych gałęziach. W każdym razie zabawnie wyglądała, dość niezgrabnie lądując w śniegu pomieszanym z błotem. Otrzepała się i podeszła do obecnych na polanie. - Przepraszam, że zniknęłam. Al, można Ci jakoś pomóc?
      Nic się nie stało, Tin. - Uśmiechnęła się, widząc wilczycę. Wyciągnęła łapki, by zanurzyć palce w jej gęstym, grubym futrze. - Już nie trzeba. Arjuna i Serek mi pomogli. Jak im powiedziałam o ranie, to zanim zdążyłam policzyć do trzech, Serek natychmiast pobiegł po bandaże i inne środki do odkażania, a Ar od razu zabrała się do leczenia. - Uśmiechnęła się na to wspomnienie, przyjaciele niesamowicie poprawili jej humor.
     - To dobrze. Dobre wilki. - Uśmiechnęła się i położyła się z łbem na kolanach Al. Westchnęła głęboko, z przesadą, teatralnie. - Nie mogę ich znaleźć, ahh. Ehh. - Powiedziała tajemniczo, czekając, aż zostanie spytana o co chodzi. Taka z niej bestia.
(...)


Autorzy: Aldieb, Tin, Arjuna, Syriusz

Pozwoliłam sobie opublikować część dzisiejszych wydarzeń z Polany. Bo tak. Bo się miło grało. I było przyjemnie. Nic niesamowitego, ale jest.
Resztę opublikuję jutro, jako wstęp do nadchodzącego Eventu.

30 grudnia 2014

Porcelanowa lalka.

`Come little children, I'll take thee away
Into a land of enchantment
Come little children
The time's come to play
Here in my garden of shadows



Drobne łapy stąpały po zmrożonym śniegu z cichym skrzypieniem. Kryształowe drobiny skrzyły się w jasnym słońcu, przyozdabiały drzewa i krzewy, pokrywając je białym płaszczem. W lesie panował spokój. Jedynie jakiś ptak przelatywał od czasu do czasu z jednej gałęzi na drugą. Gdzieś z oddali dobiegło krakanie wron, które przyleciały wraz z nadejściem zimy.

Samica wędrowała niespiesznie leśną ścieżką, choć teraz przykrytą przez mleczny dywan. Rozglądała się dokoła, chłonąc wszystkie najdrobniejsze szczegóły. Jej czułe uszy łowiły z otoczenia wszelkie szmery i szelesty. Wciągnęła przez nozdrza rześkie powietrze, wyławiając kolejne kombinacje zapachów. Znajome wonie członków przeplatały się z tropami innych zwierząt, ale także z zapachem drzew i ziemi.

Przystanęła na moment, unosząc złote ślepia na czerwone owoce, pokryte szklistymi drobinami. Wyglądały jak rubiny, otoczone srebrzystymi diamentami. Przyglądała im się przez dłuższą chwilę z fascynacją. Natura zawsze zachwycała ją w swym pięknie.

Zamachała ogonem w powietrzu. Jej lewe ucho drgnęło, wychwytując jakiś szelest. Nagle wyczuła czyjąś nikłą obecność. Odwróciła się w tamtym kierunku, jednakże nic nie dostrzegła. Zachowując ostrożność, bezszelestnym krokiem skierowała się w stronę, skąd usłyszała szmery.

Po chwili spomiędzy drzew ukazała się drobna postać dziewczynki. Ciemnobrązowa zatrzymała się gwałtownie, spoglądając na ludzkie dziecko ze zdziwieniem. Skąd się tutaj wzięło? Zmrużyła ślepia, zdając sobie sprawę z tego, że nie wyczuwa jej zapachu. Sierść na jej grzbiecie mimowolnie się zjeżyła. Ignorując nagłe uczucie niepokoju, zbliżyła się jeszcze parę kroków, bacznie obserwując postać, która obserwowała ją parą jasnych ślipków.

Zmarszczyła nos, dostrzegając ciemne pnie drzew, poprzez ciało dziewczynki. Duch. No tak. Więc stąd brało się mrowienie w całym jej ciele. Zatrzymała się parę metrów od zjawy, nadal jej się przyglądając. Dziewczynka była naprawdę drobnej budowy. Ubrana była w jasnoróżową sukienkę z falbankami. Jasne, blond loki okalały okrągłą twarzyczkę, usianą delikatnymi piegami, tylko podkreślającymi mlecznobiałą cerę. Wyglądała jak porcelanowa lalka.

Złotooka przechyliła głowę, nie wiedząc co dalej począć. Wciąż nieufnie spoglądała na półprzezroczystą istotkę, która niezmiennie wpatrywała się w nią zaciekawioną parą dużych, błękitnych ocząt. Na twarzyczce dziewczynki malował się radosny uśmiech. Zdawała się być zadowolona z faktu, że spotkała kogoś, kto był w stanie ją dostrzec.

Mimo to samica wciąż nie mogła się przełamać. Duchy budziły w niej irracjonalny lęk, jeszcze zanim mogła je postrzegać. I choć minęły już prawie dwa lata, nadal nie potrafiła przyzwyczaić się do ich ciągłej obecności. Zazwyczaj starała się je ignorować, jednak nie zawsze było to takie łatwe. Po za tym, nie wszystkie wyglądały tak pięknie i niewinnie jak lustrująca się przed nią zjawa.

Potrząsnęła lekko głową. Wyzbywając się resztki wątpliwości postąpiła krok na przód. Źrenice dziewczynki rozszerzyły się gwałtownie, zalewając błękitne niebo tęczówek smolistą czernią. Jej usta rozwarły się w szerokim, dzikim uśmiechu. Po brodzie skapnęły strużki śliny. Malinowe wargi zaczęły pękać.

Zszokowana samica mrugnęła, ale nic się nie zmieniło.Jej umysł nie nadążał z przetwarzaniem rozgrywających się przed nią zdarzeń. Wszystko działo się zbyt szybko, w ciągu zaledwie ułamków sekund. Poczuła jak słabną jej nogi, a bicie serca mimowolnie przyspiesza, pompując krew do tętnic.

Usłyszała trzask rozrywanej skóry. Z opuszków dziecięcych palców wyrosły ostre jak brzytwa szpony. Po porcelanowej skórze lalki spłynęły rdzawe strużki krwi. Do uszy samicy dotarł cichy śmiech, wydobywający się spomiędzy popękanych warg i zaostrzonych, pokrytych smolistą cieczą kłów.

Jedyne co zdążyła to zaczerpnąć łyk powietrza. W następnej sekundzie twarde jak ołów szpikulce wbiły się w ciało, bez trudu rozrywając warstwy futra, skóry i mięśni. Polała się krew. Karmazynowa ciecz obryzgała ziemię, tworząc na białym śniegu barwną mozaikę. Świat zawirował, a samicy zdawało się, że leci. Zaczęła odpływać. Ból dławiący jej ciało, był niczym w porównaniu ze świdrującym jej czaszkę dzwonieniem. Wszystko spowiła biel.


***

Obudziła się z niemym okrzykiem na ustach, natychmiast podrywając się do pionu. Oderwała skostniałe z zimna dłonie od skalnego podłoża jaskini. Serce łomotało jej w piersi jak szalone, oddech był szybki i urywany.

Do zamglonego mgłą umysłu z opóźnieniem dotarły naglące impulsy, sygnalizujące ostry ból. Zacisnęła zęby, z trudem powstrzymując się od jęku. Zgięła się w pół, łapiąc się za brzuch. Szare oczy powędrował w dół. Oderwała na moment dłonie, by spojrzeć na rozkwitające plamy karmazynowej czerwieni. Na ułamek sekundy straciła ostrość widzenia. Zrobiło jej się słabo.

Napięła mięśnie, próbując wstać. Musiała opatrzyć rany. Albo dotrzeć do medyka. Dać komuś znać. Jednak przy próbie wysiłku zakręciło jej się w głowie. Bicie serca ponownie zadudniło jej w głowie, jakby ktoś walił w dzwon. Przed oczami zamajaczyły jej mroczki, które wkrótce przerodziły się w ciemną otchłań. Straciła przytomność.





--------------------------------
Al ma wiele powodów, by bać się duchów. Chociaż ona zazwyczaj bywają niegroźne. Gorzej jak okazują się być czymś innym.

Więcej dramy. Taktak. Pomysł na opowiadanie zrodził się jakieś dwa, może trzy tygodnie temu. Nie wiem jak się znalazła w jaskini. Nie chce mi się myśleć. @_@

26 grudnia 2014

"And turn the white snow red"

`I was following the pack,
All swallowed in their coats
With scarves of red tied 'round their throats
To keep their little heads
From fallin' in the snow
And I turned 'round and there you go.
And, Michael, you would fall,
And turn the white snow
Red as strawberries in the summertime.


Muzyka.

Bose stopy na zmarzniętej ziemi. Igliwie i szyszki wbijały się w podeszwy. Jednak nie miało to znaczenia. Gałęzie zahaczyły o koszulkę, skórę, pozostawiając drobne szramy. Nie szkodzi.

Zatrzymała się na skraju polany. Wzięła głębi oddech, potem wydech. Powietrze uformowało się w kłęby pary. Zamrugała powiekami, spoglądając na zimne palenisko. Zawiał lekki wiatr. Ozdoby zawirowały pod wpływem podmuchu. Dzwonki zaśmiały się perliście. Ornamenty rozbłysły diamentami, rozświetlając polanę plejadą barw. Zawiał wiatr.

Poczuła chłód na bladym policzku. Podniosła smukłą dłoń. Dotknęła opuszkami palców skóry, uniosła palce do oczu. Ze zdziwieniem spojrzała na śnieżynkę. Była piękna. Błyszczała przez moment na jasnym tle, by za moment się rozpłynąć, przepaść. 

Dziewczyna podniosła twarz ku nocnemu niebu. Frunęły ku niej siostrzane płatki. Jednak każda inna, niepowtarzalna. Każda wyjątkowa. Takie piękne. Wirowały w powietrzu, tak lekko, delikatnie. Niczym aniele pióra płynące ku ziemi z odległych chmur.

Uśmiechnęła się. Postąpiła parę kroków. Zawirowała na palcach, tańcząc razem ze srebrzystymi płatkami. Wokół niej świat pokrywał się białym puchem. Małe drobiny lśniły w blasku barwnych świetlików. Było pięknie. Magicznie.

Here I go again
Slipping further away
Letting go again
Of what keeps me in place


Zatrzymała się. Ze zdumieniem odkryła łzę zawieszoną na jej rzęsach. Objęła się rękoma, jakby dopiero teraz zdając sobie sprawę z zimna. Kucnęła i skuliła się, mocno przyciągając do siebie kolana. Zawiesiła wzrok na przestrzeni przed sobą. Jej spojrzenie zastygło.

I  like it here
But it scares me to death
There is nothing here


Minęła minuta. Druga. Potem następna i kolejne. Dziewczyna się nie ruszała, najwyraźniej pogrążona w myślach. Jej palce zdrętwiały z zimna, całe czerwone. Jej rysy były spokojne, nieporuszone. Jednak pod maską coś drgnęło, przez twarz przebiegł cień.

I can see myself
I look peaceful and pale
But underneath
I can barely inhale


Zerwała się na równo nogi. Odwróciła, zerwała do biegu. Po kilku krokach zatrzymała. Jakby z rezygnacją. Gdzie miała biec? Zmrużyła oczy, spoglądając przez moment na rozciągający się przed nią mrok lasu. Westchnęła. Cicho, ledwo słyszalnie. 

And I have searched 
for the reason to go on
I've tried and I've tried 

but it's taking me so long

Opadła na plecy, kładąc się na śnieżnym dywanie. Filigranowe płatki płynęły na nią z góry, opadając miękko na twarz. Wokół panowała uspakajająca cisza. W głowie płynęła nikła melodia. Nawet nie wiedziała kiedy, a po jej policzku spłynęła pojedyncza łza. Poczuła jak do oczu napływają następne. Podniosła dłonie do twarzy, by je zatrzymać. Otarła powieki. Spojrzała na drobne palce ze zdziwieniem przypatrując się karmazynowym kroplom. Jedna z nich spłynęła po papierowej skórze, pozostawiając rdzawą smugę.


I might be better off closing my eyes
And God will come looking for me in time

Opuściła skostniałe dłonie. Je oddech był płytki, równomierny. Ból w sercu zdawał się zanikać, kiedy jej szare oczy śledziły powolną wędrówkę śnieżynek. Czas zwolnił swój bieg, przestał płynąć. Opuściła powieki, zamknęła oczy.

Śnieg przestał padać.






-------------------------
Chciałam napisać opowiadanie w świątecznym klimacie. Nie wyszło.

24 grudnia 2014

"Time is over." I

Deep in the ocean, dead and cast away
Where innocence is burned in flames
A million mile from home, I'm walking ahead
I'm frozen to the bones, I am

Deszcz. Małe krople wody nieustannie od dwóch dni płynęły z zachmurzonego nieboskłonu. Zimne drobiny w niezmiennym tempie rozbijały się o przemokniętą glebę. Strużki cieczy spływały po wilgotnej korze, skapywały z ogołoconych z liści gałęzi. Ciemnoszare chmury zlały się w jednolitą masę, zza której do świata nie docierały dobrotliwe promienie słońca. Z trudem można była odróżnić dzień od nocy.
Smukłe łapy poruszały się w szybkim truchcie, kiedy samica wędrowała przez las, lawirując pomiędzy wiekowymi drzewami. Poduszki zanurzały się w poszyciu leśnym z lepkim mlaskaniem. Z każdym ruchem pokrywając się kolejną warstwą błota i mułu. Ślizgały się na przegniłych liściach, mokrej trawie i rozmiękczonej glebie. Łapy, brzuch i ogon samicy pokrywały plamy błota, zlepiając jej ciemnobrązowe futro.
Ciężkie krople spływały po jej grzbiecie, kolejne zaraz miały do nich dołączyć. Zniżyła łeb, wciągając przez nozdrza intensywny zapach mokrej gleby. Wśród tysiąca krzyżujących się ze sobą woni, samicę zainteresował jeden. Bez zbędnych myśli podążyła za tropem zwierzyny.
Przyspieszyła nieco, chcąc dogonić ofiarę. Przed oczami stanęła jej kłoda. Odruchowo wskoczyła na przewalony pień, za późno zdając sobie sprawę ze swojego błędu. Wyślizgane drewno. Plączące się łapy. Dwa uderzenia serca. I skarpa przed jej oczami.
Nie miała czasu by zareagować. Pazury nie zdołały utrzymać się na zdradliwej powierzchni. Próbowała jeszcze łapać się trawy i kamieni na zboczu, jednak na próżno. Towarzyszyło jej już tylko ołowiane niebo, cieniste chmury zdawały się szydzić z jej losu. Siostrzane krople mknęły w jej kierunku, ścigając się ze sobą, próbując ją przegonić, by jako pierwsze rozbić się na twardych skałach.
Runęła w dół.
Ciemne tonie rzeki przyjęły ją w swe objęcia. Woda wlała się gardła, nosa, uszu. Niewidzialne dłonie pociągnęły w dół. W mgnieniu oka zabrakło jej tchu. Z trudem młóciła łapami niewyobrażalnie gęstą ciecz. Czuła jak jej serce oblepia panika. Z determinacją jednak dążyła ku powierzchni.
Miała wrażenie, jakby musiała przebić się przez skorupę lodu. Wynurzyła głowę ponad wzburzoną taflę, czerpiąc potężny haust powietrza. Jej płuca paliły żywym ogniem. Mrugając powiekami, by pozbyć się wszechobecnej wody, płynęła ku brzegowi. Ten jednak wzniósł się nad nią niczym pionowa ściana. Z jej pyska wyrwał się pisk rozpaczy.
Wyciągnęła łapy do przodu, rozbryzgując na wszystkie strony strugi wody. Stromy brzeg był jednak nieubłagany. Nie miała żadnej możliwości by wyślizgnąć się na ląd. A z każdą sekunda traciła siły. Prąd rzeki wzmagał się. Wiatr zawył pomiędzy drzewami. Wzburzył ciemną toń.
Znów brakło jej tchu. Rozwarte palce kurczowo trzymały się wystających z gleby korzeni. Mimo jej wysiłków nie mogła długo tak wytrzymać. Osiągnęła swój limit, puściła.
Uniosła się nad nią fala. W jej przerażonym umyśle wyglądała jak olbrzym morski, kraken pożerający statki. Spieniona woda przykryła łeb, posyłając drobne ciało w odmęty. Szargana bezlitosnym żywiołem słabła z każda chwilą. Kończyny stawały się coraz cięższe, brak powietrza rozrywał jej płuca. Walczyła z całych sił, jednak przegrywała. Woda przemocą wdarła jej się do pyska. Spadała w dół, ciągle w dół, ciągnięta przez lepkie palce demonów ku bezdennej czeluści. Jej oczy zasnuła mgła. Zaczęła ogarniać ją ciemność. W oddali usłyszała czyjś szyderczy, szeleszczący chichot. W następnej chwili wszystko pochłonęła czerń.
***
Mocne szpony zacisnęły się na jej skórze. Poczuła opór odmętów rzeki, jakby jej spragnione, chciwe ręce nie chciały jej puścić. Wzleciała powietrze, ostry wiatr smagał jej przemęczone ciało. Krople deszczu zdawały się być jak rozżarzone iskry.
Usłyszała głośny łopot skrzydeł, a nad nią zamajaczył cień. W następnej chwili runęła na ziemie, jej ciało boleśnie zderzyło się z twardą glebą. Miała wrażenie jakby pękły jej wszystkie żebra. Wciąż półprzytomna zaniosła się kaszlem, wyrzucając z płonących płuc zdradliwą truciznę.
Zamrugała powiekami, z trudem przywracając ostrość widzenia. W czaszce jej łupało, kości trzeszczały. Przez moment zapatrzyła się na ziemie pod sobą, na mozaikę karmazynowych kropel. Ze zdziwieniem odkryła, że należały do niej.
Z trudem wdychając powietrze, właściwie rzężąc, odwróciła się, słysząc za sobą szelest składanych skrzydeł i czyjeś kroki. Zagłuszane jedynie przez szum deszczu. Szum i rozbijające się krople. Jakby ktoś walił młotem. Łup. Łup. Łup.
Z wysiłkiem zebrała myśli, wpatrując się dziwnym wzrokiem w postać, która ją uratowała. Wysoki, umięśniony osobnik, tylne łapy wilcze, przednie zaopatrzone w orle szpony. Pysk ptasi, ostry dziób przystosowany do rozrywania mięsa. Pstrokate, brązowo szare ubarwienie. Potężne skrzydła.
Co tu robił?
Powtórzyła swoje pytanie na głos, choć dźwięk, który się z niej wydobył przypominał starczy charkot.
Demon przechylił łeb. Jego różnobarwne źrenice skupiły się na samicy. Jedna czarna, druga płonąca krwistą czerwienią. Obydwie na tle mroźnych lodowców.
Minął moment zanim odpowiedział, wypuszczając na świat zgrzytliwe skrzekot.
- Sanetille mnie przysłała.
Złote ślepia samicy rozwarły się w zdumieniu. Warknęła z niechęcią patrząc na Threiyana. Stała już pewniej na nogach, jednak wciąż była osłabiona. Mimo to, nie zlękła się demona.
- Czemu tu jesteś? - powtórzyła. - Czego chcesz? Dlaczego miałaby Cię przysyłać? - wyrzuciła z siebie pytania, mrużąc ze złością oczy.
Odpowiedziało jej nieczułe, lodowate spojrzenie. Gryf zdawał się być zirytowany. Najwyraźniej  jemu też nie podobało się to, że stał się czyimś narzędziem.
- Kazała Ci stawić się jutro za granicami Stada. Pragnie Ci coś pokazać. - odparł, wciąż mierząc brązową mroźnym spojrzeniem. Nie czekając na odpowiedź, rozpostarł majestatyczne skrzydła i wzbił się w powietrze, pozostawiając ją w samotności.
***
Musiała zmuszać się by kontynuować dalszy marsz. Każdy kolejny krok wydawał się być ostatnim. Łapy ciążyły w dół, potykając się co chwila o wystające korzenie, ślizgając się na zgniłych liściach i mokrym mchu. Szła jednak dalej. Nie było to daleko, nie więcej niż kilometr. Jednak miała wrażenie, jakby była to wyprawa na koniec świata.
W końcu dotarła. Popchnęła nosem drewnianą powierzchnię. Drzwi zajęczały w zawiasach. Pazury zastukały na podłodze. Poszła w głąb sieni. Znalazła odpowiedni kąt i położyła się, zwijając ciało w kłębek. Nie patrzyła już na błoto czy wodę. Była zbyt wycieńczona.
W mgnieniu oka zasnęła.
---------------------------------------------------
Taka drama.