Przekraczasz mistyczną bramę, okalaną bluszczem, korony liściaste osłaniają drogę, czyniąc ją ciemną i magiczną. Drzewa powykręcane, jak zatrzymane w tańcu, mgła jak oddech Boga, ciepło drzewca z ognia na środku polany, ukrytego w międzylesiu. W głębi grota, jaskinia skalna; półki i rozpadliny skalne są dla większości domem.


Stado:
♀: 10 | ♂: 4

Ogłoszenia:
- Mamy mały zastój, jednak blog nadal jest aktywny.
- Proszę zgłaszać się po zadania do hierarchii pod odpowiednią zakładką

Zapraszamy w Nasze szeregi!

Nieobecni:
- Tin
- Dalia

28 maja 2014

?

Co tym razem? Jest po maturach, zbliżają się wakacje... Czyżby pościg za lepszymi ocenami na koniec roku był powodem tych tłumów u nas?

9 maja 2014

Wygnaniec

Idę wzdłuż szerokiej, spokojnej rzeki. Na jej środku płynie drewniana tratwa, na którą zerkam co jakiś czas. Tratwa ozdobiona błękitnymi materiałami i białymi kwiatami, a na nich ciało białej wilczycy. Jasne obłoczki otaczają Ją coraz wolniej i wolniej. Odwracam łeb, białe ślepia czarnego basiora odprowadzają mnie wzrokiem. Zaciska kły. Spoglądam znów na tratwę i idę dalej. Ta rozmowa, szybko o niej nie zapomnę...

- Otworzyłeś mu furtkę, teraz może cie kontrolować - chciałem przejść granicę ich terenów, chciałem porozmawiać o zaszłej sytuacji, chciałem pomocy, ojciec stanął mi na drodze.
- Umiem z tym walczyć... - wyszeptałem zdziwiony Jego ruchem.
- Gdybyś umiał Angel wciąż by żyła - pysk wilka był obojętny. - Odejdź stąd i nigdy więcej nie wracaj - dodał oschle po chwili milczenia. Spojrzałem na Niego wyraźnie zszokowany.
- Tato? - tylko to udało mi się wymówić.
- Ja już nie mam syna, zabrał go jakiś demon - powiedział to bez jakichkolwiek emocji.
- O czym ty mówisz? Oszalałeś?! - uniosłem lekko głos.
- Baru Saya, ogłaszam cie tutejszym wygnańcem. Każde pojawienie się na tych terenach to dla ciebie zagrożenie życia.
- To ja! Hilarem! Zapomniałeś?! - tego się nie spodziewałem.
- Hilarem nie żyje - dodał surowo i posłał złowrogie spojrzenie. - Nie wypowiadaj nigdy więcej tego imienia - rzucił jak na pożegnanie. Stałem nie dowierzając, oczy miałem szeroko otwarte.
- Powiedziałeś, że mi pomożesz! - szok zaczął przeradzać się w gniew.
- Mój syn poprosił o pomoc, jednak zawiodłem - powiedział zatrzymując się, nie odwrócił łba w moją stronę.
- Ja jestem twoim synem! - warknąłem.
- Ty jesteś Baru Saya - tym razem spojrzał na mnie i warknął. Zacisnąłem kły i zmarszczyłem nos. Zrozumiałem... W tym momencie obok nas pojawiła się tratwa z ciałem Angel, a z oddali dało się słyszeć wycie stada. Opłakiwali ją.
- Chce się zobaczyć z matką - wypaliłem odrywając wzrok od tratwy. Ojciec pokręcił łbem.
- Każde wejście na ten teren oznacza dla ciebie zagrożenie życia.
- Nie możesz mi zabronić! - skoczyłem w Jego stronę, jednak nic więcej nie zaszło. Obrócił się tylko.
- Powiedziałem jej, że nie żyjesz. Nie waż się pokazywać - powiedział zaciskając kły. Wiedziałem, że nie żartuje. Cofnąłem się kilka kroków i pokręciłem łbem.
- Myślałem, że rodzina jest coś warta... - wyszeptałem.
- Baru Saya nie ma rodziny, urodził się dzięki Membu i tylko z nim może tworzyć więzi rodzinne - mówiąc to patrzył mi prosto w oczy. Wygrał, odpuściłem. Nie mogłem uwierzyć w Jego słowa, po prostu odwróciłem się i pobiegłem za tratwą.

Odprowadzałem Angel, nie wiem gdzie, ale cały czas powoli szedłem przy Jej ciele. Akurat teraz, gdy tak wiele się wyjaśniło, kiedy wiem co muszę robić, a czego nie mogę... Właśnie teraz zostałem sam. Teraz kiedy myślałem, że będzie lepiej. Czyżby zapomniał, że celowała w Niego? Wywalenie ze stada nic dla mnie nie znaczy, przecież i tak oficjalnie nie było już moje. Co innego z wyrzeczeniem się mnie...
- Synem jest się zawsze! Nie można przestać nim być! - krzyknąłem do tratwy.
Ale można się go wyrzec...
Usłyszałem znajomy głos.
Tatuś już cie nie kocha? Ojej... 
Zaśmiał się.
Jesteś zły?
- Oj zamknij się! Tego właśnie chciałeś?! - znowu wydarłem się sam do siebie w środku lasu.
Tak...
Wyszeptał, a mnie zatkało. Właśnie w tym momencie zostałem oświecony. Zrozumiałem o co chodzi. Ta wredna kanalia chce, abym przeżył swoje życie tak jak On.
- Nigdy nie będę taki jak Ty! - znowu wykrzyczałem. Jednak nic nie odpowiedział. Zacząłem drzeć. Wiedziałem co to znaczy. Za dużo emocji. Wszystko w środku mnie kłóciło się, moje uczucia z Jego, moje myśli z Jego. Spojrzałem za tratwą, odpływała coraz dalej. Podbiegłem do niej, miałem dziwne uczucie, coś kazało mi odprowadzić Angel. Poczucie winy? Możliwe. Szedłem więc obok i rozmyślałem. Pasożyt nie zdradził mi swojego celu, ale dał dziś podpowiedź. Może uda mi się coś zrozumieć?

Mój spacer był dosyć długi, nie wiem ile tak towarzyszyłem Angel, ale dopiero przy wodospadzie, który porwał Jej ciało gdzieś daleko, dopiero tam ocknąłem się i zauważyłem, że nie wiem gdzie jestem. Nie przejmowałem się tym jednak za bardzo, aby wrócić wystarczało iść brzegiem rzeki. Usiadłem przy głośnym wodospadzie i spojrzałem w dół. Zamknąłem oczy i zacząłem powoli układać moją życiową zagadkę. Wiedziałem już co znaczy Baru Saya, znałem powody zlepienia się z Pasożytem. Dziś poznałem cel... Chce abym przeżył swoje życie tak jak On. Tylko po co?
Taki kaprys...
Znowu się zaśmiał. Warknąłem.
"Otworzyłeś mu furtkę"... Przypomniały mi się słowa ojca. Czyżby każda mentalna ingerencja i kontakt z Pasożytem powodował naruszenie granicy między mną, a Nim?
Brawo!
Wykrzyczał nagle. Podskoczyłem aż z wrażenia.
- Teraz mi pomagasz?! Dopiero teraz jesteś skłonny coś powiedzieć?! - znowu krzyknąłem.
Skoro i tak wszystko idzie po mojemu to co mi szkodzi?
Pięknie... Pocieszające słowa otuchy...
- No skoro jesteś taki wygadany to może powiesz mi jeszcze na czym polega ta... - zatkało mnie - ...kara - zatkało, a zarazem znowu olśniło. - Karą jest zacieranie się granicy tak? Jeżeli jeszcze parę razy nawiąże z Tobą kontakt dla wyjaśnienia sytuacji to całkowicie przejmiesz kontrolę nad ciałem prawda? - zapytałem. Z boku musiało to dziwnie wyglądać. Poczułem się trochę jak psychol i dla pewności rozejrzałem, czy nikt mnie nie obserwuje. Pasożyt milczał.
- No tak, masz wczucie, jak zawsze... - warknąłem.
Raz...
Wyszeptał.
- Co raz?! - wkurzały mnie te jego pojedyncze słówka. Zaśmiał się.
Przyjdź do mnie to ci powiem
Znowu się zaśmiał.
- Raz? - moje ślepia znowu się rozszerzyły - wystarczy jeszcze tylko raz?! - nie mogłem uwierzyć, że tak niewiele brakuje do mojego całkowitego zatracenia.
Baru...
Zaczął powtarzac moje imię w kółko, potem cały czas się śmiał. Zerwałem się gwałtownie.
- Czego?! - warknąłem
Już czas...
Wyszeptał. A ja pierwszy raz w życiu od razu wiedziałem o co mu chodzi. Łapy drżały mi coraz bardziej. Spojrzałem w stronę miasta... Złość narastała.
- Kiedyś cie zabije Membu, obiecuje - wyszeptałem przez zaciśnięte zęby i z głośnym warkotem ruszyłem w stronę ludzi.