Przekraczasz mistyczną bramę, okalaną bluszczem, korony liściaste osłaniają drogę, czyniąc ją ciemną i magiczną. Drzewa powykręcane, jak zatrzymane w tańcu, mgła jak oddech Boga, ciepło drzewca z ognia na środku polany, ukrytego w międzylesiu. W głębi grota, jaskinia skalna; półki i rozpadliny skalne są dla większości domem.


Stado:
♀: 10 | ♂: 4

Ogłoszenia:
- Blog aktualnie nieaktywny. Zapraszamy na Discord.

Zapraszamy w Nasze szeregi!

30 listopada 2014

"Wiem jak straszny potrafił być dla innych. Nie dla mnie. Dla mnie nigdy nie był" III

     Muzyka

     Chłopak stał przed jednym z większych kamieni. Patrzył na niego i zaciskał zęby. Białe włosy powiewały na chłodnym wietrze. Pięści miał mocno zaciśnięte.
- No i gdzie jesteś? - wysyczał. - Jak mam z tobą rozmawiać? - wyszeptał. - JAK!? - krzyknął do kamienia. Odpowiedziała mu głucha cisza. Zakrył oczy dłonią i upadł na kolana. Podciągnął nosem. Zaraz jednak szybko się uspokoił i otarł polik. Pojedyncza łza przecież nie była w jego stylu. Wstał na równe nogi i spojrzał w stronę rodzinnego stada. - Wybije was, co do jednego, nie tak jak dziś... - odruchowo warknął w tamtą stronę. Przybrał wilczą postać i ruszył przed siebie.

     Chłopak wiele lat przesiedział w zamknięciu. Teraz stał na środku swojej klatki i śmiał się. Śmiał się sam do siebie. Nie był to wesoły śmiech, raczej mroczny, psychiczny, nieprzyjemny. Powodował ciarki na skórze. Platynowy zaczął naglę targać swoje włosy, a śmiech zamienił w krzyk. Spojrzał do góry i krzyczał. Odbiło mu. Zerwał się do krat i zaczął je szarpać. 
- Dajcie mi go! - krzyknął. - Rozerwę na strzępy! - zaśmiał się i puścił kraty. Obrócił się do nich plecami i bezwładnie zjechał ciałem do ziemi. Wszyscy się bali. Przestał już rzucać w nich czymkolwiek, teraz na nich poluje. Wszyscy się bali, wielu już zginęło. Podeszli za blisko, dosięgnął ich swoimi zwinnymi dłońmi. Wszyscy się bali, bali spojrzeć w jego oczy. Wchodził wtedy do ich umysłu i nikt nie wychodził z tego normalny. Z początku brał się tylko za mężczyzn, ostatnimi czasy ani płeć, ani wiek nie gra roli. Łapie kogo popadnie. - Dajcie mi go! - znowu krzyknął i przechylił głowę w specyficzny sposób. Powoli odwrócił się w stronę członków stada twarzą, znowu krzyknął. Przerażeni przyspieszali tępa i starali się nawet na niego nie patrzeć. Zaśmiał się. - Gdzie wasze obelgi? Gdzie się pytam? - znowu śmiech. Rozłożył ręce na boki i śmiał się coraz głośniej. Nagle przerwał i spojrzał po wszystkich rozszerzając do maksimum oczy. Odbiło mu. Uwiesił się na kratach i zaczął krzyczeć. Wydzierał się i rzucał po klatce. Kobiety płakały, dzieci też. Mężczyźni chodzili przerażeni. - Dajciee go! - wykrzyczał i wylądował na ziemi patrząc na wszystkich zimnym wzrokiem.

Chłopak wiele lat przesiedział w zamknięciu. Teraz siedział na środku klatki i gryzł swoje dłonie do krwi. Bawiło go to. Spojrzał na krew spływającą powoli i uśmiechnął się pod nosem. Już nie krzyczał, nie śmiał się głośno. Milczał i wszystkich obserwował. To jeszcze bardziej przerażało stado. Co chwilę przechylał głowę z jednego boku na drugi i patrzył na nich tym obojętnym wzrokiem. Przestał łapać ludzi, przestał mieszać im w głowie. Siedział tak dniami, bez zmiany pozycji, nawet gdy padało. Przekładał tylko głowę z jednego boku na drugi. Odbiło mu... Kiedy ktoś spojrzał wkładał sobie place do buzi, gryzł je do krwi, regularnie przekładał głowę. Kompletnie nic nie mogło go wyrwać z tego stanu. Do czasu.

Chłopak wiele lat przesiedział w zamknięciu. Teraz znowu siedział na środku klatki. Nie gryzł dłoni, nie wkładał paców do buzi, nie przekrzywiał głowy. Patrzył na wszystkich zimnym wzrokiem, obojętnym. Milczał. Naglę do jego uszu doszły podniesione głosy członków stada. Krzyczeli do kogoś. Przewrócił oczyma i spojrzał gdzieś w bok. Znowu jakaś kłótnia. W pewnym momencie zmrużył oczy i ponownie spojrzał przed siebie. Niemożliwe... Zacisnął pięści i powoli wstał. Krok za krokiem zbliżał się do krat i kiedy doszedł do nich, zastygł. To ON. Tłum zebrany wokół jednej osoby rozproszył się na boki i nastała cisza. Wzrok syna i ojca skrzyżowały się. W oczach chłopaka zaczęły tańczyć jakby ogniste płomienie. Jego białe włosy unosiły się delikatnie niczym naelektryzowane. Zacisnął zęby i patrzył na oddaloną twarz tego, który niestety jest jego ojcem. Gdyby nie oczy, po chłopaku nie było by widać żadnych emocji. Mężczyzna z cwanym uśmiechem na twarzy ruszył ścieżką obstawioną ludźmi z jego stada. Szedł powoli w stronę więzionego syna. Nadal trwała cisza. Ludzie wyglądali, jakby bali się oddychać. Ciszę tą przerwał nagły krzyk chłopaka i ogromna eksplozja...

Chłopak wiele lat przesiedział w zamknięciu. Teraz omijał ciała płonące czarnym ogniem, niektóre nadal jeszcze wiły się w bólach. Ojciec stał na kamiennym wzniesieniu i obserwował jak były więzień odchodzi. Stracił wielu ludzi, jednak większość udało się uratować. Nie uśmiechał się już. W jego oczach można było zauważyć strach, jednak dopiero po głębokim wpatrzeniu się w nie.

Białowłosy znowu stał przed kamieniem, scena z początku snu została powtórzona, kropka w kropkę, te same krzyki, te same zachowania. Wydłużono ją jednak o scenę dotarcia wilka na tereny pewnego stada. Baru zauważył kilka znajomych pysków, zdecydowanie więcej tych było obcych. Zauważył Tin i to z jaką obojętnością trzy-kolorowy mieszaniec przeszedł przed jej pyskiem.

Chłopak stał przed kamieniem, wyglądał jednak nieco inaczej. 
- Wiesz oni są jacyś dziwni. Mówią do mnie... Ja, ja siedzę sam... Zagadują... Pytają... - Baru słyszał tylko urywki tej rozmowy. - Muszą przestać... Przecież kiedyś obejdą... Odejdą tak jak Ty... - na twarz białowłosego wróciła ponura mina. Zrobił trzy kroki w tył i przybierając wilczą postać powoli wrócił na tereny stada.

Chłopak stał przed kamieniem, wyglądał na zakłopotanego. 
- Jestem coraz bliżej, niedługo otworzę trzecią bramę i będę mógł cię pomścić, wrócę i powybijam wszystkich... - zaciął się. Zmarszczył oczy i spojrzał jakby na kogoś, jednak nikogo nie było widać. - Wiem... ale muszę znikać... oni są rodziną, a ja rodziny nie mam... wiesz, że mnie tolerują? Nawet jak tak siedzę w milczeniu... - wilk odszedł od kamienia nadal z zakłopotaną miną.

Chłopak stał przed kamieniem i zaciskał zęby. 
- Mamo, ona jest... jest inna - w jego oczach zbierały się łzy. - To jak na mnie patrzy... Dobrze wiesz, że nie mogę jej tego dać... NIE!... Ja ją tylko zranię... Kocham i to jest najgorsze... Kocham i dlatego muszę być zły, muszę ją odepchnąć... - Membu otarł łzę z polika, a jego twarz znowu przybrała ten chłodny wyraz. Wrócił do stada dopiero po kilku dniach.

Chłopak stał przed kamieniem, cieszył się, ale próbował to powstrzymać. 
- Co ja odwalam, mamo! ... Będę tatom... Nie mogę się cieszyć! Nie rozumiesz... Ja ojcem?... To chore... Co ja dam temu dziecku?... Wiem, będę przy niej... Ona cały czas jest przy mnie... Nigdy mnie nie opuści... Ale ja nie umiem nie być zimny... - wrócił, sam nie wie po jak długiej nieobecności.

Chłopak zataczał się, trzymał w ręku szklaną butelkę, zanim doszedł do kamienia podparł się o wiele drzew. - No i co kur*a? Gdzie jesteś!? Gdzie jesteś?! Gdzie jak ciebie potrzebuję!... Pieprzy*a się! Z nim!... Zabije ją... Następnym razem dam radę!... Zabije!... Nie pierd*l!... Zabije i zabiorę syna... - psychiczny śmiech rozniósł się po okolicy, chłopak padł na kolana i zaczął płakać. Jego okaleczone ciało było brudne, od krwi, od ziemi, lepkie od alkoholu. - Gdzie jesteś kur*a! Pytam się! - wrzasnął i rozbił butelkę o kamień.

     Baru obudził się ledwo łapiąc oddech. Miał wrażenie, że to on obrywa butelką. Serce waliło jak szalone, oddech był niespokojny. Kolejna nieprzespana noc. Nagle zerwał się na cztery łapy i wybiegł z kryjówki, przybrał ludzką formę i cisnął kilkoma kamieniami w las.
- Czego Ty chcesz?! Czego do cholery chcesz!? - wrzasnął i złapał się za głowę. - Miałeś źle wiem! Wiem! WIEM! - kopnął jedno z drzew i przywalił w nie pięścią, rozwalając przy tym skórę na kostkach. Syknął z bólu i padł na kolana. Schował twarz w dłoniach. - Miałeś źle, wiem - wyszeptał. 
- Wiem... - spojrzał w stronę domu Dalii i Lijama. Bał się tam spać, bał się tych scen, nie chciał by go takiego widzieli. Przekrwione oczy od zmęczenia dawały się we znaki. Odwrócił głowę w stronę swojej kryjówki i westchnął. Zamknął oczy i oparł plecy o drzewo. - Czego Ty chcesz? - wyszeptał jeszcze i spojrzał w niebo. Przecież i tak nie zaśnie.

[Ostatnia część]

21 listopada 2014

FLASH PADŁ

18 listopada 2014

"Wiem jak straszny potrafił być dla innych. Nie dla mnie. Dla mnie nigdy nie był" II

     Muzyka
     
     Młody chłopak siedział skulony w kacie zimnej celi. Celi? Nie... to była klatka. Patrzył cały czas w jedno miejsce. Białe włosy przysłaniały twarz. W pewnym momencie wiatr delikatnie musnął blady polik więźnia. On podciągnął nosem i spojrzał na wilki i ludzi mijających go. Mówili coś, nabijali się chyba. On jednak nie słyszał. Zacisnął zęby, a po poliku spłynęły łzy. Znowu schował twarz. I gdzie Ona jest? Przecież mówiła, że zawsze będzie czekać. Poczuł kolejny powiew wiatru, zupełnie jakby ktoś gładził go po poliku. Podniósł głowę i rozejrzał się po swoim małym więzieniu. Oberwał czymś w twarz. Nie pachniało najlepiej i dość mocno się kleiło. Grupa złożona z członków jego stada stała przy klatce i nadal się nabijali. Spojrzał na nich smutno i obrócił się plecami. Nie chciał ich widzieć, nigdy nie chciał, a teraz tym bardziej.

     Młody chłopak siedział skulony w kącie zimnej klatki. Grzał ręce. Zamknięty był na otwartej przestrzeni, nigdy nie narzekał na zimno, jednak wieczny wiatr targał nieco jego nerwami. W jego stronę od czasu do czasu leciały jakieś obelgi. Zerkał na co którąś osobę wypluwającą swoje myśli przed kratami. Wzdychał i posyłał znudzone spojrzenie. Zaciskał zęby. Nie chciał ich widzieć, nigdy nie chciał, tym bardziej teraz.

Młody chłopak stał w kącie zimnej klatki. Spojrzał na swoje dłonie i pokręcił głową. Tym razem na dworze było dosyć ciepło. Jeden ze strażników rzucił na podłogę ochłapy mięsa i już czekał, aż więzień rzuci się na nie jak dzikie zwierze. Zawsze tak robił, wtedy zbierały się tłumy dookoła i komentowali, mając ubaw w najlepsze. "To coś miałoby być zagrożeniem dla stada?!", "Patrzcie jak dzikus, dobrze, że tam siedzi", "Ale staarszny, na raz bym go rozłożył". Te i inne zdania leciały w jego stronę. Zwykle tak było, ale nie dziś. Ochłapy wylądowały na ziemi, a wielki basior krzyknął - Karmienie! - zaśmiał się, tłum się zebrał, a chłopak stał. Stał w kącie z dłońmi w kieszeni i obserwował zebranych. Nastało milczenie. Chłopak przesuwał po każdym spojrzeniem, nie było już w nim smutku, raczej obojętność. - No żryj! - krzyknął ktoś nagle i skoczył w stronę klatki. Chłopak uśmiechnął się pod nosem i usiadł do nich plecami. Zamknął oczy. Kawał mięsa poleciał w jego stronę. Dostał w głowę. Otworzył oczy i zagryzł zęby. Uspokoił oddech i ponownie przymknął powieki. Dookoła powstał niezły bałagan. "Bezczelny!", "Ciesz się, że w ogóle dostałeś!". Tego dnia słyszał to, zamiast obelg. Nie otwierał oczu, puki wszyscy nie odeszli. Nie chciał ich widzieć, nigdy nie chciał, a teraz tym bardziej.

Młody chłopak stał w kącie swojej klatki. Prawie cały czas spędzał na medytowaniu i rozwijaniu swoich zdolności. Nie praktykował ich. Ćwiczył kontrolę. - Patrzcie dzieci - usłyszał nagle. Otworzył oczy. - Tutaj siedzi nasza czarna owca, musicie być grzeczni, bo inaczej będziecie tacy jak on - dodał głos. Chłopak miał już zamknąć oczy - Dobrze, że wasza matka nie jest taką szlaufą, jak była jego... - usłyszał dopowiedz, a jego źrenice zwężyły się w sekundę. Jakiś kamień został ciśnięty w jego stronę. Chłopak nagle wstał i złapał go w locie. Zanim usłyszał ciche "wow" znajdował się przy kratach, wyciągnął przez szparę dłoń i pochwycił ojca dzieci za szyję. Na nieszczęście cała rodzina była w formach ludzkich. Dzieciaki krzyknęły, mężczyzna rozszerzył oczy wyraźnie przestraszony. Reszta stada widząca tą scenę zastygła w bezruchu. - Coś ty powiedział? - wysyczał chłopak i przekrzywił specyficznie głowę na bok. Spojrzał na kamień trzymany w drugiej ręce i uśmiechnął się pod nosem. - Chyba pora komuś umyć język... - syknął w stronę przestraszonego i z całych sił wpakował mu kamlot w buzię. Krew trysnęła na wszystkie strony. Szczęka została złamana, a do tego jeszcze zaciśnięta. Wszyscy patrzyli na niego przestraszeni, milczeli, jedyne co dało się słyszeć to jęki mężczyzny, który zaraz po obluzowaniu uścisku padł na kolana i złapał się za szczękę. Chłopak spojrzał na wszystkich zimnym wzrokiem. Spodobało mu się to, ta cisza. Nikt go nie obrażał, nikt się nie nabijał. A do tego wszystkiego zapach krwi. Zrozumiał... Wiedział już kim się musi stać, aby mieć swój spokój. Widać to było w jego zimnych oczach i specyficznym uśmiechu. Nigdy nie chciał ich widzieć, a teraz chciał, chciał widzieć ten strach w ich oczach, chciał pokazać jak bardzo ich nienawidzi.

Młody chłopak już nigdy nie siedział w kącie, chodził śmiało po obrzeżach klatki. Młody chłopak już nie słuchał obelg, teraz ostrzegano wszystkich by nie podchodzili za blisko. Młody chłopak już nigdy niczym nie został rzucony, teraz to on rzucał. Młody chłopak nie jadł już z podłogi, teraz podawano mu jedzenie z niezwykłą ostrożnością. Młody chłopak nie medytował, teraz miał plan, krwisty plan, by się zemścić. Młody chłopak już nie tęsknił, teraz w głowie zbierały się pomysły na ucieczkę. Młody chłopak już nie kochał, teraz tylko nienawidził. Młody chłopak już nie czuł... a przecież to dopiero początek...

     Baru zerwał się obudzony widokiem wielu rozszarpanych ciał. Sen był jak opowieść, miał nawet swojego cichego narratora. Obrazki skakały jak w starym filmie. Przełknął głośno ślinę, był przerażony. Nie snem, nie. Przerażał go fakt, że jego podświadomość sama stara się usprawiedliwić psychopatę, który siedzi w jego ciele. Nie zaśnie, znowu nie zaśnie... Teraz będzie leżał i zastanawiał się co takiego Pasożyt planuje.

Memento Mori

Jestem sama, Novo. Całkowicie sama. - Mrukneła bawiąc się branzoletkami

Etta Flora Fray

| 4 lata | Szpieg , Medyk | Magia żywiołowa |
| Magiczne runy | Branzolety | Łapacz snów |
| Zielone, Szmaragdowe oczy | Wadera |

Jak sobie pościelisz tak się wyspisz.

Jeśli teraz czegos nie zrobisz możesz tego żałowac w przyszłości. Tak zrobiła moja matka kiedy odmówiła mojej nauki żywiołów. Jako jedyna potrafiłam wszystkie 4 żywioły.

Tęsknię za tobą mamo. Boli ta samotność.

Etta Flora Fray często mówiono na nią wiedźma. Biała wilczyca średni wzrost szmaragdowe oczy. Niebieskie runy branzolety na łapie. Zywiołem wrodzonym była woda. Potrafiła ją od najmłodszego. Później była Ziemia, Natura i na koniec Ogień. Nie potrafiła go opanować i spaliła rodzinny las wraz z watahą i rodziną.

Świat jest mały ale wiedza jest wiele razy większa Etto

| Nieśmiała | Otwarta na nowe znajomości | Nie potrafi kłamać |
| Ufna | Nie lubi mówić o swojej przeszłości |
| Kocha Gwiazdy | Zimno | Spokój | Szum morza, deszczu |


Jesli chciałbyś spotkać Ettę kieruj zawszę się nad Urwisko lub nad jeziorem.

Etta lubi bardzo kwiaty o delikatnym kolorze i nie intensywnych zapachach.

Flora - tak ma na drugie imie - Posiada 2 przemiany.

| Uczeń na Maga Ognia | Lubi czytać książki |
| Fanaza | Koń z porożem | Maska | Człowiek|
| Blondynka | Szmaragdy |


Etta Jak już wspomniałam ma 2 przemiany - Koń i człowiek.
Koń to klacz. Biała jak śnieg. Oczy ma ciemne, pysk czerwony. Od oczu biegną 2 kreski. Jedna Czerwona druga czarna. Klacz ma Kremową grzywę krótki kremowy ogon i poroże jelenia w kolorze białym. Wzrostem dosięga do prawie 2 metrów w kłębie. 

Nie wracaj do przeszłości Floro. Ona najbradziej rani ...

Średnio wysoka kobieta - 1,60m. Szmaragdowe oczy, włosy koloru blond. Czerwone usta blada cera. Nosi czasem maski. Lubi czytać książki jak i rysować. Z charakteru jest lekko tajemnicza ale otwarta na wszystko.

Take me home.



I'm falling to pieces
But I need this
Yeah, I need this
You're my fault
My weakness

When did you turn so cold



---
Witam
Chętna na wszelkie wątki i powiązania
Kontakt pod kp na chacie lub gg : 49908380

Zastrzegam sobie praw do kp.

13 listopada 2014

SHADOW SUN.

In your soul time
When you're closing down
Shadow sun
On the white sleep
Of death
I am standing still
In the blackest rain
Denying you
Breaking day


          Misternie utkana siec cieni. Ciche wycie przeplatane lkaniem. Cisza. Czarna, ciezka cisza. A potem zimny swist wdychanego powietrza. Czyjs oddech. Urywany, przyspieszony, niepewny. Lepka platanina nici, utkana przez pajaka czasu. Otaczajace cie dokola. Pulapka.
       
          Czyjes ciche kroki. Cien potaci przemykajacych na pograniczu widnokregu. Niewyrazne sylwetki i mrozny podmuch wiatru. Biel golej kosci. Tak naprawde brudnozoltej, jednak wsrod zbutwialych lisci zdaje sie jasno swiecic. Plamy rdzawej krwi. Slodkawy zapach rozkladu. Larwy wypelzajace z oczodolu. Rozerwana skora i miesnie, wiszace na pojedynczych wloknach.

         Absurdalna rzeczywistosc. Masz ochote plakac. A potem sie smiac. I juz nie wiesz czy to swiat oszalal, czy to tylko ty. Sen? Smierc? A moze nie istniejesz?

          Pustka. Cisza. A potem smiech.


In the name of nothing
When we break apart
I will raise the dead
The chain of lies


         Widze jak sie oddalasz. Krzycze Twoje imie. Lecz ty nie slyszysz. Nie slyszysz.  I znow mysle ze oszaleje. Nie wiedzac czy plakac, smiac sie czy krzyczec. A potem wracasz i mowisz "Snilas mi sie.". I znow lzy cha plynac po policzkach. I rownie glosno wolam bys mnie zostawila i rownie glosno bys nigdy nie opuszczala. Platam sie, platam i dusze. Wsrod uczuc rozrywajacych, rozdzierajacych mnie na strzepy.

         A pamietasz ten mur ciszy ktory nas rozdzielil? Pamietasz to uczucie jakby palono cie zywcem? Nie, nie. Bo to bylam ja, a mur byl Twoj. Ale to nie wazne. Bo to juz minelo. Minelo, prawda? Tak mysle.

         I rozumiem dlaczego. Ale nie chce rozumiec. Bo krwawie. A krew plynie przez szczeliny. I rozpadam sie. Nie mogac puscic Twojej reki, pozwalam Ci ciagnac Cie w dol. Lecz nic nie powiem. Bo wtedy sama bys mnie uwolnila. A ja nie wiem czy hym to przezyla. Wiec spadam dalej.


I am freezing over
Crystal mountain clay
Cloud of darkness
Defeating pain


          Niepewny krok. W tyl, w przod. Z otchlani ciemnosci, krainy cieni. Pojawia sie. Unosi wzrok. Metne, ponure spojrzenie. Slepia ciemne. Nie, jasne. Zlote? Byc moze. Choc raczej chlodne. Sylwetka drobna. Cialo chude, wycienczone. Drzy przy podmuchu mroznego wiatru. Spoglada w dal, w dol. W glebiny niespokojnego jeziora.

          Mysli i serce zdaja sie byc czarne jak smola. Jakby krucze skrzydla oplotly je dokola. Nie chcialy puscic. Mysli ponure. Przez moment. Pustka. Cisza. Tak gesta, ze az bolesna.

           Kly blyskaja w usmiechu. Cierpkim, ironicznym. Horyzont spowija sie w czerni. Nie ma juz na co patrzec. Lecz znow mozna pomyslec. Czy jest sie chorym, czy to tylko swiat?


And then you fell
Becoming darkness
Shadow sun


          Zza kurtyny czarnych wlosow wyziera zlote slepie. Krwawi atramentem.



LIFE IS MEANINGLESS.






Lyrics: Shadow sun - Moonspell

6 listopada 2014

Sen III

Białe ściany, biały sufit, biała podłoga.. Nawet białe meble! Wszędzie, gdzie nie spojrzałam wszystko białe. Podeszłam do stołu, gdzie było dla mnie ustawione śniadanie. Nie wiedziałam kiedy, ale przynosili mi całe to jedzenie, a najgorsze w tym wszystkim było to, że choć było ono wyborne niczym u króla na uczcie, to byłam więźniem i dla mnie równie dobrze mógłby być to papier.
Usiadłam pod ścianą na podłodze. Każdego dnia (a nazbierało się ich już 87) wyczekiwałam tylko jednego. Chłopaka o włosach czarnych jak heban i oczach niczym wrzos kwitnący na łące.
Nie wiem jakim cudem on to wyczuwał, ale za każdym razem, gdy już traciłam wszelką nadzieję, on magicznie się zjawiał. Przychodził, robił mi zastrzyk, pobierał krew lub inne tego typu czynności, dawał to jakiemuś mężczyźnie w białym kitlu i zostawał by mnie nakarmić.
Dawało to dwa spotkania na miesiąc.
Opatuliłam rękoma kolana i oparłam na nich głowę. Kropelki słonej wody spokojnym strumieniem spływały mi po policzkach. Nagle usłyszałam czyjś głos dochodzący z głośników.
- 'Czemu nie jesz?' - Zapytał. Uniosłam powoli głowę.
To był ON. Ten na którego tyle czekałam i zamiast do mnie przyjść, stosuje taki wybieg?! Wściekłam się. Spojrzałam morderczym wzrokiem w obiektyw kamery.
- Bo inna niż głodowa śmierć mnie z tego nie wyzwoli.- Powiedziałam niemal szeptem. I po tych słowach niemal widział jak kręci głową z rozdrażnieniem, ale jednocześnie jest rozbawiony. To jeszcze bardziej mnie wkurzyło. - Czego ode mnie chcesz?! - Wrzasnęłam i zaniosłam się szlochem. Rzuciłam się na łóżko i zaczęłam walić pięściami w poduszkę.
Nie usłyszałam kiedy otworzyły się drzwi, lecz gdy tak wyładowywałam swoje emocje, czyjś mocny uścisk postawił mnie do pionu. Wyciągnęłam rękę, myśląc, że chcą kolejną dawkę mojej krwi, lecz nie poczuł nic. Żadnej igły, żadnego ukłucia. Uniosłam głowę i spojrzałam zza kaskady kruczych włosów na stojącą przede mną postać. Gdy mój wzrok padł na wrzosowe oczy, nagle poczułam bezwład we wszystkich kończynach. Oczy zaszły mi mgłą, po czym wszystko stało się czarne.
Moją ostatnią myślą było to, że w końcu mi się udało, a ostatnim słowem usłyszanym, było wykrzyczane z jego ust moje imię "Aliare".

***
Tam tam tam xD Trzecia część jest. Uh.. Dawno nic nie pisałam takiego "twórczego", więc się nie czapiać plis.. 
Choć komętarze - pozytywne i negatywne - będą mile widziane. 
Gratki dla wytrwałych, tak wgl. 

4 listopada 2014

Do Pana mojej bezradności na wietrznej łące.


W lekkiej od szaleństw, w ciężkiej od win łodzi

Płynę nie wiedząc już sam, czego pragnę.

~ F. Petrarka



Wilku, przy Tobie nawet słowa, które przecież nic nie ważą, obciążają głowę, plączą się pomiędzy zębami i chowają tuż przy podniebieniu, nie mogąc się wydostać. Przeciskają się z sercem walcząc o miejsce. „Co u Ciebie?”, „Jak żyjesz?”, a raczej czym oddychasz, od kiedy nas nie ma. Bo ja utraciłam powietrze.



Wilku, zawsze niewidzialny, tak bardzo nieobecny, czy odezwiesz się do mnie jeszcze kiedyś? Czy Twoje słowa też Ci ciążą? A może wcale nie istnieją? Zuchwałym byłoby stwierdzenie, że ja zawsze potrafiłam je odnaleźć niezależnie od Twych czynów. Dlatego poproszę tylko o odnalezienie takowych. Prośba irracjonalna, przecież wiem.



Spełniam powoli warunki spowiedzi, rachunek sumienia już za mną, a o żal za grzechy nie musisz się martwić, gdyż niczego goręcej i częściej nie żałuję niż tego, czego się dopuściłam. Czekam tylko na mojego spowiednika, by przyznać się do wszystkiego i by błędy zostały wybaczone. Nie będę kłamać, na to właśnie liczę. Pokutę na pewno odmówię.



Wilku, nie mogę spać! Próbowałam nawet pisać wiersze, bezskutecznie niestety. Zobacz do jakiego szału mnie doprowadzasz, wilku, niedługo okrzykną mnie nowym Werterem. Bynajmniej sobie tego nie życzę. Boże, czy wrócisz by mnie uratować? Ja wróciłam i muszę Ci się przyznać, że jestem szczęśliwa patrząc na Stado. Ono żyje. Ale Ty to przecież wiesz, niezłe gniazdko sobie uwiłeś. Co chcesz im zrobić? Przestań. Własnych spraw nie załatwia się kosztem innych. Ale nie znikaj. Nienienie, nie znikaj. To, że jesteś, chociaż nie zupełnie, daje mi jakąkolwiek nadzieję. A bardzo boję się jej utraty. Nie powinnam się do tego przyznawać, ale mam okropne przeczucie, że oni sprawią Twoje odejście. Może dlatego, że to dobre osoby. Nie wiem, nie chcę wiedzieć. Głupie kłamstwo.



Wilku, a pamiętasz? Pamiętasz, jak opowiadałeś o wyprawach? Pamiętasz, jak się martwiliśmy? Pamiętasz nasze rozstania? Wilku, czy pamiętasz, czy pamiętasz, czy pamiętasz...?



Wiesz, jak bardzo pragnę Twojego wybaczenia? Bardzo. A może i jeszcze bardziej. Ale nie zdziwię się, jeżeli go odmówisz. Nie zdziwię się, jeśli w ogóle się nie pojawisz. W końcu rzucam te słowa na wiatr ani trochę sobą nie będąc. Zrozumiesz? Zrozum, proszę. I bywaj, na razie. Nadziei nie tracę.



Na pewno.

Chyba.

Nie wiem.
 
Tin
[Pozwoliłam sobie na opublikowanie z konta postaci, którą grałam tu jakiś czas temu, ponieważ nie jestem jeszcze pewna co do powrotu Tin.]

"Wiem jak straszny potrafił być dla innych. Nie dla mnie. Dla mnie nigdy nie był."

[Tak, ten czas szybko leci, wyobraźcie sobie, że wczoraj były kolejne urodziny Baru. Mija drugi rok mojej obecności tutaj i mam gdzieś, że jesteście strasznie zamulonym "społeczeństwem". Tak czy siak dodam opowiadanie z tejże okazji. Taki plan miałam już od wczoraj, ale warto wspomnieć, że natchnęła mnie Tin, znaczy jej autorka i gra z nią. Tytuł opowiadania to właśnie jej słowa (Tin). Tak, tak z góry dziękuję wszystkim za życzenia. Pierwszy raz dodaję muzykę, będzie za długa, ale mówię otwarcie: można płakać.]


- No dalej, otwórz ślepka - przyjemny głos dotarł do wilczego uszka. - Mama na ciebie czeka - szept był tak kojący, że maleństwo zapomniało zupełnie o zimnie, poruszył się lekko i mlasnął. Z jego pyszczka wydobył się cichy pisk i otworzył oczy. - Jesteś śliczny - wyszeptała wilcza mama i otuliła syna, aby nie marzł. Na jego łepek spadła pojedyncza łza.

- No dalej, chodź do mnie - na pysku wilczycy malował się uśmiech, wyglądała jakby miała zaraz się popłakać. Wzruszenie? Nie wiadomo. - Mama na ciebie czeka - na jej pysku namalował się szerszy uśmiech. Szczeniak podniósł się na chudych łapkach i w zabawny sposób pokuśtykał do mamy. W końcu się udało, przeszedł całą trasę bez upadku, jedynie potknął się kilka razy. Wtulił się w sierść wilczycy, która otuliła go zaraz. - Dzielny chłopak - miała mokre oczy, szczenie spojrzało na nią wzrokiem pełnym miłości i zamerdało ogonem.

- No dalej, uda ci się, ten motyl będzie twój - spojrzała dumnie na syna, wyraźnie urósł, jednak nadal był dość pokraczną kulką. - Zad w górę i skradaj się cichutko, mama tu poczeka - obserwowała dokładnie jego ruchy. Szczenie skradało się jak prawdziwy łowca, szybko się uczył. Trzy kolorowa sierść ułatwiała zadanie, zlewał się z tutejszym otoczeniem idealnie. Cel był coraz bliżej, szczenie napięło mięśnie i... hop! Tak!
- Udało się! - krzyknął uradowany i z dość nietypową zdobyczą ruszył zadowolony do matki.
- Pewnie, że się udało, przecież jesteś tu najlepszym łowcą - uśmiechnęła się szeroko, jednak w jej oczach panował smutek.
- Skąd to wiesz? - zapytał maluch wyraźnie podkreślając "ą" w słowie - Przecież nikt się ze mną nie bawi, więc nie wiadomo jak im idzie polowanie - stwierdził, nadal mówiąc w ten specyficzny sposób. Wilczyca spojrzała na niego czule i przyciągnęła do siebie łapą.
- Mamy po prostu wiedzą takie rzeczy - odpowiedziała i spojrzała daleko, w stronę ich stada. Samiec Alfa przyglądał się im z pogardliwym spojrzeniem. Fuknął i wrócił do swojej grupy.

- No dalej, jeszcze raz, to nie takie trudne - kobieta przykucała przy szczeniaku, znowu urósł, jednak nadal wlepiał w nią swoje oczy, jedno różniło się od drugiego, ale i tak pełne były miłości. Ślepka zamknęły się i zaraz, w miejscu szczeniaka pojawił się chłopiec. Miał potargane białe włosy i sięgał mamie już do pasa. Zaśmiał się.
- Jeju, ale to dziwne - spojrzał na swoje dłonie i zrobił krok do przodu. Znowu się zaśmiał i pobiegł przed siebie. Kobieta spojrzała za nim z szerokim uśmiechem, pokręciła głową i zaczęła gonić syna.
- Złapię cię! - krzyknęła, chłopiec uciekał roześmiany. W końcu matka jednak nie miała już siły ścigać małego urwisa i ciężko oddychając usiadł pod drzewem. - Dobra, wygrałeś, a teraz chodź tu do mnie - zawołała malucha, który posłusznie ruszył w jej stronę. Na buzi chłopca malował się zadziorny uśmiech. Niezwykle był dumny ze swojego zwycięstwa. Kobieta chwyciła go w tali i posadziła na swoich kolanach.
- Mamoo, jestem już duży, umiem siedzieć sam - skomentował to maluch i spojrzał na matkę proszącym wzrokiem.
- Wiem, ale chcę, żebyś coś wiedział... - pogładziła jego policzek i poczochrała mu włosy - Membu, pamiętaj, że mama zawsze czeka i że zawsze jest przy tobie - uśmiechnęła się do niego czule.
- Dobrze, dobrze - odparł chłopiec, nie do końca rozumiejąc co mama ma na myśli.

- No dalej! Zabierzcie go ode mnie! - wrzasnął samiec Alfa, potężny doberman, ojciec. Młody samiec teraz wyglądał na zdecydowanie starszego.
- Coś ty powiedział!?! - wykrzyczał trój barwny i warknął rzucając się w stronę dobermana.
- Twoja matka nie żyje! Ogłuchłeś?! - warknął ten bardzo oschle. - Zamknąć go! - dodał jeszcze. Dwa wilki ruszyły na młodzika, jednak ten wyminął ich zgrabnie, emocje buzowały, skoczył na Alfe i przygniótł go do ziemi. Szczerząc kły spojrzał prosto w oczy. Chciał, aby cofnął te kłamstwa, bardzo chciał. Jednak wtedy zobaczył obraz.
- Szkolisz go, jest zagrożeniem - usłyszał słowa wypowiedziane przez Alfę do jego matki, zaraz potem wszystko było jasne. Zobaczył to, zobaczył jak leżący pod jego łapami potwór zabija mu matkę. Baru też to zobaczył, ten obraz pełen krwi i nie okazanie ani odrobiny litości. Zobaczył też szał, szał na pysku Pasożyta i to jak zaciągają go w czterech do wielkiej klatki...

Obudził się z krzykiem. Cały był spocony. Leżał w swojej jamie, a jego serce waliło jak oszalałe.
- Matko boska... - wyszeptał i zaczął układać myśli w głowie. Po poliku spłynęła łza, samotna łza, otarł ją szybko i spojrzał na gwiaździste niebo.
- Co oni tobie zrobili? - zapytał, niby sam siebie, jednak wiedział do kogo kieruje pytanie. Pierwszy raz w życiu poczuł, że to On - Baru jest za ostry dla swojego Pasożyta.

[Będę kontynuować to opowiadanie, uznajcie je za wprowadzenie do kolejnej historii.]