Przekraczasz mistyczną bramę, okalaną bluszczem, korony liściaste osłaniają drogę, czyniąc ją ciemną i magiczną. Drzewa powykręcane, jak zatrzymane w tańcu, mgła jak oddech Boga, ciepło drzewca z ognia na środku polany, ukrytego w międzylesiu. W głębi grota, jaskinia skalna; półki i rozpadliny skalne są dla większości domem.


Stado:
♀: 10 | ♂: 4

Ogłoszenia:
- Mamy mały zastój, jednak blog nadal jest aktywny.
- Proszę zgłaszać się po zadania do hierarchii pod odpowiednią zakładką

Zapraszamy w Nasze szeregi!

Nieobecni:
- Tin
- Dalia

30 listopada 2014

"Wiem jak straszny potrafił być dla innych. Nie dla mnie. Dla mnie nigdy nie był" III

     Muzyka

     Chłopak stał przed jednym z większych kamieni. Patrzył na niego i zaciskał zęby. Białe włosy powiewały na chłodnym wietrze. Pięści miał mocno zaciśnięte.
- No i gdzie jesteś? - wysyczał. - Jak mam z tobą rozmawiać? - wyszeptał. - JAK!? - krzyknął do kamienia. Odpowiedziała mu głucha cisza. Zakrył oczy dłonią i upadł na kolana. Podciągnął nosem. Zaraz jednak szybko się uspokoił i otarł polik. Pojedyncza łza przecież nie była w jego stylu. Wstał na równe nogi i spojrzał w stronę rodzinnego stada. - Wybije was, co do jednego, nie tak jak dziś... - odruchowo warknął w tamtą stronę. Przybrał wilczą postać i ruszył przed siebie.

     Chłopak wiele lat przesiedział w zamknięciu. Teraz stał na środku swojej klatki i śmiał się. Śmiał się sam do siebie. Nie był to wesoły śmiech, raczej mroczny, psychiczny, nieprzyjemny. Powodował ciarki na skórze. Platynowy zaczął naglę targać swoje włosy, a śmiech zamienił w krzyk. Spojrzał do góry i krzyczał. Odbiło mu. Zerwał się do krat i zaczął je szarpać. 
- Dajcie mi go! - krzyknął. - Rozerwę na strzępy! - zaśmiał się i puścił kraty. Obrócił się do nich plecami i bezwładnie zjechał ciałem do ziemi. Wszyscy się bali. Przestał już rzucać w nich czymkolwiek, teraz na nich poluje. Wszyscy się bali, wielu już zginęło. Podeszli za blisko, dosięgnął ich swoimi zwinnymi dłońmi. Wszyscy się bali, bali spojrzeć w jego oczy. Wchodził wtedy do ich umysłu i nikt nie wychodził z tego normalny. Z początku brał się tylko za mężczyzn, ostatnimi czasy ani płeć, ani wiek nie gra roli. Łapie kogo popadnie. - Dajcie mi go! - znowu krzyknął i przechylił głowę w specyficzny sposób. Powoli odwrócił się w stronę członków stada twarzą, znowu krzyknął. Przerażeni przyspieszali tępa i starali się nawet na niego nie patrzeć. Zaśmiał się. - Gdzie wasze obelgi? Gdzie się pytam? - znowu śmiech. Rozłożył ręce na boki i śmiał się coraz głośniej. Nagle przerwał i spojrzał po wszystkich rozszerzając do maksimum oczy. Odbiło mu. Uwiesił się na kratach i zaczął krzyczeć. Wydzierał się i rzucał po klatce. Kobiety płakały, dzieci też. Mężczyźni chodzili przerażeni. - Dajciee go! - wykrzyczał i wylądował na ziemi patrząc na wszystkich zimnym wzrokiem.

Chłopak wiele lat przesiedział w zamknięciu. Teraz siedział na środku klatki i gryzł swoje dłonie do krwi. Bawiło go to. Spojrzał na krew spływającą powoli i uśmiechnął się pod nosem. Już nie krzyczał, nie śmiał się głośno. Milczał i wszystkich obserwował. To jeszcze bardziej przerażało stado. Co chwilę przechylał głowę z jednego boku na drugi i patrzył na nich tym obojętnym wzrokiem. Przestał łapać ludzi, przestał mieszać im w głowie. Siedział tak dniami, bez zmiany pozycji, nawet gdy padało. Przekładał tylko głowę z jednego boku na drugi. Odbiło mu... Kiedy ktoś spojrzał wkładał sobie place do buzi, gryzł je do krwi, regularnie przekładał głowę. Kompletnie nic nie mogło go wyrwać z tego stanu. Do czasu.

Chłopak wiele lat przesiedział w zamknięciu. Teraz znowu siedział na środku klatki. Nie gryzł dłoni, nie wkładał paców do buzi, nie przekrzywiał głowy. Patrzył na wszystkich zimnym wzrokiem, obojętnym. Milczał. Naglę do jego uszu doszły podniesione głosy członków stada. Krzyczeli do kogoś. Przewrócił oczyma i spojrzał gdzieś w bok. Znowu jakaś kłótnia. W pewnym momencie zmrużył oczy i ponownie spojrzał przed siebie. Niemożliwe... Zacisnął pięści i powoli wstał. Krok za krokiem zbliżał się do krat i kiedy doszedł do nich, zastygł. To ON. Tłum zebrany wokół jednej osoby rozproszył się na boki i nastała cisza. Wzrok syna i ojca skrzyżowały się. W oczach chłopaka zaczęły tańczyć jakby ogniste płomienie. Jego białe włosy unosiły się delikatnie niczym naelektryzowane. Zacisnął zęby i patrzył na oddaloną twarz tego, który niestety jest jego ojcem. Gdyby nie oczy, po chłopaku nie było by widać żadnych emocji. Mężczyzna z cwanym uśmiechem na twarzy ruszył ścieżką obstawioną ludźmi z jego stada. Szedł powoli w stronę więzionego syna. Nadal trwała cisza. Ludzie wyglądali, jakby bali się oddychać. Ciszę tą przerwał nagły krzyk chłopaka i ogromna eksplozja...

Chłopak wiele lat przesiedział w zamknięciu. Teraz omijał ciała płonące czarnym ogniem, niektóre nadal jeszcze wiły się w bólach. Ojciec stał na kamiennym wzniesieniu i obserwował jak były więzień odchodzi. Stracił wielu ludzi, jednak większość udało się uratować. Nie uśmiechał się już. W jego oczach można było zauważyć strach, jednak dopiero po głębokim wpatrzeniu się w nie.

Białowłosy znowu stał przed kamieniem, scena z początku snu została powtórzona, kropka w kropkę, te same krzyki, te same zachowania. Wydłużono ją jednak o scenę dotarcia wilka na tereny pewnego stada. Baru zauważył kilka znajomych pysków, zdecydowanie więcej tych było obcych. Zauważył Tin i to z jaką obojętnością trzy-kolorowy mieszaniec przeszedł przed jej pyskiem.

Chłopak stał przed kamieniem, wyglądał jednak nieco inaczej. 
- Wiesz oni są jacyś dziwni. Mówią do mnie... Ja, ja siedzę sam... Zagadują... Pytają... - Baru słyszał tylko urywki tej rozmowy. - Muszą przestać... Przecież kiedyś obejdą... Odejdą tak jak Ty... - na twarz białowłosego wróciła ponura mina. Zrobił trzy kroki w tył i przybierając wilczą postać powoli wrócił na tereny stada.

Chłopak stał przed kamieniem, wyglądał na zakłopotanego. 
- Jestem coraz bliżej, niedługo otworzę trzecią bramę i będę mógł cię pomścić, wrócę i powybijam wszystkich... - zaciął się. Zmarszczył oczy i spojrzał jakby na kogoś, jednak nikogo nie było widać. - Wiem... ale muszę znikać... oni są rodziną, a ja rodziny nie mam... wiesz, że mnie tolerują? Nawet jak tak siedzę w milczeniu... - wilk odszedł od kamienia nadal z zakłopotaną miną.

Chłopak stał przed kamieniem i zaciskał zęby. 
- Mamo, ona jest... jest inna - w jego oczach zbierały się łzy. - To jak na mnie patrzy... Dobrze wiesz, że nie mogę jej tego dać... NIE!... Ja ją tylko zranię... Kocham i to jest najgorsze... Kocham i dlatego muszę być zły, muszę ją odepchnąć... - Membu otarł łzę z polika, a jego twarz znowu przybrała ten chłodny wyraz. Wrócił do stada dopiero po kilku dniach.

Chłopak stał przed kamieniem, cieszył się, ale próbował to powstrzymać. 
- Co ja odwalam, mamo! ... Będę tatom... Nie mogę się cieszyć! Nie rozumiesz... Ja ojcem?... To chore... Co ja dam temu dziecku?... Wiem, będę przy niej... Ona cały czas jest przy mnie... Nigdy mnie nie opuści... Ale ja nie umiem nie być zimny... - wrócił, sam nie wie po jak długiej nieobecności.

Chłopak zataczał się, trzymał w ręku szklaną butelkę, zanim doszedł do kamienia podparł się o wiele drzew. - No i co kur*a? Gdzie jesteś!? Gdzie jesteś?! Gdzie jak ciebie potrzebuję!... Pieprzy*a się! Z nim!... Zabije ją... Następnym razem dam radę!... Zabije!... Nie pierd*l!... Zabije i zabiorę syna... - psychiczny śmiech rozniósł się po okolicy, chłopak padł na kolana i zaczął płakać. Jego okaleczone ciało było brudne, od krwi, od ziemi, lepkie od alkoholu. - Gdzie jesteś kur*a! Pytam się! - wrzasnął i rozbił butelkę o kamień.

     Baru obudził się ledwo łapiąc oddech. Miał wrażenie, że to on obrywa butelką. Serce waliło jak szalone, oddech był niespokojny. Kolejna nieprzespana noc. Nagle zerwał się na cztery łapy i wybiegł z kryjówki, przybrał ludzką formę i cisnął kilkoma kamieniami w las.
- Czego Ty chcesz?! Czego do cholery chcesz!? - wrzasnął i złapał się za głowę. - Miałeś źle wiem! Wiem! WIEM! - kopnął jedno z drzew i przywalił w nie pięścią, rozwalając przy tym skórę na kostkach. Syknął z bólu i padł na kolana. Schował twarz w dłoniach. - Miałeś źle, wiem - wyszeptał. 
- Wiem... - spojrzał w stronę domu Dalii i Lijama. Bał się tam spać, bał się tych scen, nie chciał by go takiego widzieli. Przekrwione oczy od zmęczenia dawały się we znaki. Odwrócił głowę w stronę swojej kryjówki i westchnął. Zamknął oczy i oparł plecy o drzewo. - Czego Ty chcesz? - wyszeptał jeszcze i spojrzał w niebo. Przecież i tak nie zaśnie.

[Ostatnia część]

2 komentarze:

  1. [Mam ochotę dodać komentarz i to zrobię]
    Obudziła się, słysząc krzyki. - Baru? - Zdziwiła się. Zerknęła na pogrążonego w głębokim śnie synka. Ucałowała go i wyszła na zewnątrz, opatulając się ciaśniej płaszczem. Zbliżyła się do ciemnej, zrezygnowanej postaci. Objęła go od tyłu całując w skroń. Przymknęła oczy, wdychając jego zapach. - Chodź do nas. - Poprosiła cicho, łapiąc go za rękę i zmuszając by poszedł za nią.

    Dalia

    OdpowiedzUsuń
  2. [A ja nie mam nic przeciwko]

    Trochę się wystraszył kiedy ktoś przytulił go od tyłu. - Dalia? - spojrzał na Nią - zmarzniesz szalona... - pokręcił głową i wstał, przytulił ją i cmoknął w czoło. Kiedy chwyciła go za rękę poczuł się o wiele lepiej, bez problemu poszedł za dziewczyną patrząc na Nią maślanym wzrokiem. - Dziękuję - powiedział nie za głośno po zamknięciu drzwi i uśmiechnął się delikatnie.

    OdpowiedzUsuń