26 stycznia 2018

Wake me up

Wolf mother, where you been? 
You look so worn, so thin 
You're a taker, devil's maker 
Let me hear you sing

W alabastrowej skórze odbijało się srebrzyste światło księżyca. Spojrzałam na jaśniejącą tarczę, która nagle została przyćmiona przez chmurną gromadę skrzeczących ptasich piór. Podniebny firmament przecięły szkliste żyłki, jakby kopuła nieba zaczynała pękać. Z kosmicznej otchłani runęła gwiazda. Kometa pędziła coraz szybciej w stronę ziemi, jej cień przysłaniał połać lasu. Zdawała się rosnąć cały czas z zawrotną szybkością, a wokół niej rozwinęły się jaskrawe języki ognia, które w moich szarych tęczówkach odbiły się niczym tańczące w zawziętej walce węże. Gdy zdawało się, że przesłoniła już cały świat, rozpadła się nagle na tysiąc atramentowych piór. Kruki zawirowały, pikując w dół. Zapłonęły rubinowym ogniem, zniknęły, a z nieba spadły drobiny obsydianowego szkła. Na moje ciało spłynął deszcz śmierci.
***
Stałam po kostki w lodowatej wodzie. Atramentowa czerń toni wodnej była nie do przebicia. Spojrzałam w dół, kładąc dłonie na powiększonym brzuchu. Przeniosłam wzrok na taflę jeziora, w którym jawiło się moje odbicie. Z moich pleców rozkwitły krucze skrzydła, obsydianowe pióra rozsypały się dookoła, a z głębi ciała wyłoniły się świecące jasną akwamaryną, wijące się nicie, które jak naelektryzowane uniosły się w przestrzeni, rozciągając się wokół niczym pajęcza sieć. W chwiejnym odbiciu, moje oczy zajaśniały amarantową barwą, zmieniając się jednak zaraz na krwisty zew piekielnych płomieni. Wraz z nimi pojawiły się żółtawe kły i dalsza sylwetka smolistej maszkary. Wyskoczyła spod powierzchni wody, rzucając się w moją stronę. Sztylety kłów zatopiły się w moim ciele. Trysnęła krew. Odrzuciło mnie do tyłu. Leciałam. Upadłam na plecy, lądując w mroźnych objęciach jeziora. Zjawa zniknęła, zostawiając mnie w samotnej agonii. Uniosłam drżące dłonie do brzucha, z lękiem spoglądając w dół. Rozszarpane, zmasakrowane. Karmazynowe smugi płynęły swobodnie, rozpływając się dokoła bladego ciała, malując, na mrocznej powierzchni migotliwej wody, rozkwitające pąki róż.
***
Wątłe ciało samicy rozbudziło się gwałtownie, roztrzepując wokół siebie śnieżne drobiny. Dyszała ciężko, unosząc się na chudych łapach. Złote tęczówki powędrowały ku całunowi nieba, jednak zza mglistych chmur wyłaniała się jedynie kremowa połówka księżyca. Nic poza tym. Spojrzała za siebie. Nie było już nikogo na polanie. Zwierzęta rozeszły się do własnych kryjówek, a ognisko wygasło. Podniosła się na wciąż drżących kończynach i udała w kierunku jaskiń. Mimo chudego cielska, jej boki był wyraźnie powiększone. Od apokalipsy, Kamienia, od czasu gdy słyszała przeklęty głos kobiety, minął już ponad miesiąc. A w jej głowie wciąż pojawiały się myśli. Nie tylko jej. Cichy głosik, szept, jakby dziecięcy szczebiot. Zadrżała, skryła się w przyjemnym mroku jaskini, by udać się na dalszy odpoczynek. Nie mogła jednak już zasnąć.

Holy light, oh, burn the night
Oh keep the spirits strong 
Watch it grow, child of wolf 
Keep holdin' on


Od autorki
Nie ma to jak poranna "wena". Nie wiem co to jest. Pewnie są błędy, bo nie sprawdzałam. I pewnie pojawi się więcej nic nie wnoszących opowiadań, bo tak.

22 stycznia 2018

Pożegnanie

Mroźny, styczniowy wieczór, członkowie stada zebrani przy palenisku, jest ich tam niewielu, ale przybywają coraz częściej, poza pewną dwójką... Wysokie basiory nie pojawiały się na terenach stada od dłuższego czasu, ich zapach powoli znikał, a trop urywał się w miejscu, które prowadziło donikąd. Ślady w śniegu przysypywała kolejna warstwa śniegu, a Baru i Membu po prostu przepadli...

~*~

Tak jak już niektórzy wiedzą, żegnam się z HOTN, teraz już oficjalnie. Głównym powodem mojego odejścia jest standardowo - brak czasu. Zaraz kończę studia i zacznie się prawdziwa dorosłość. Dochodzi do tego ogromny brak weny, od dłuższego czasu nie mam pomysłu na moje wilki, a gra nimi polegała przede wszystkim na wątkach rodzinnych, które w głównej mierze były urozmaicane przez Tristana czy Kwiotka. Jakby tego było mało to podczas "zastoju życiowego", jaki miał miejsce na HOTN, wraz z grupą znajomych, stworzyłam własnego bloga i szczerze mówiąc to on pochłania teraz mój czas i to z nim wiążę, pewnego rodzaju, przyszłość. Chciałabym zaznaczyć, że moja decyzja nie ma nic wspólnego z "nowymi-starymi", prawdę mówiąc powrót tych osób uświadomił mi, że HOTN jest wiecznie żywe i ułatwił podjęcie decyzji o opuszczeniu bloga. Nie przedłużając, bardzo wszystkim dziękuję za wszelkie rozegrane wątki, zarówno te pozytywne, jak i negatywne, ubarwiły mi one rozgrywkę i nie żałuję żadnego z nich. ^^ Przepraszam za wszelkie moje wybuchy złości, czy niestosowne zachowania, ale jak to mówi pewna piosenka "Some days I'm nice, some days I can be a bitch", z czego czasem jestem dumna (tylko czasem). Sytuacja, która miała miejsce na czacie nie jest tego przykładem, więc jeszcze raz przepraszam. 
Pozostaje mi jedynie życzyć Wam wszystkim owocnych wątków i powodzenia w rozwoju bloga!

Dziękuję! ^^

17 stycznia 2018

Winter sound

As the sun comes up, as the moon goes down
These heavy notions creep around
It makes me think, long ago
I was brought into this life a little lamb

Wybudziła się o poranku. Jasne światło promieni słonecznych wpadało ukosem przez wejście jaskini. Otrząsnęła się z sennych pomroków, po czym rozejrzała się, szybko dostrzegając, że była sama. Po długiej, nocnej rozmowie z córką, zasnęły wtulone w swoje futra, jednakże Fene musiała opuścić grotę wcześniej, udając się ku własnym sprawom. Aldieb nie przejęła się tym zanadto, rozumiała wędrowną naturę swej latorośli. Była szczęśliwa, że mogła ją ujrzeć, całą i zdrową, porozmawiać i spędzić z nią czas, a w sercu wciąż czuła rozchodzące się  przyjemne ciepło na wspomnienie tego spotkania. Uniosła się na skostniałych członkach, ostrożnie rozprostowując zdrętwiałe kończyny. Gdy wyszła poza granice jaskini, poczuła na ciele kąsające igły mrozu. Poduszki łap stąpały niepewnie po twardej, przemarzniętej ziemi. Uniosła pysk ku popielatemu niebu, zastanawiając się kiedy zima poza mrozem przyniesie śnieg. Otrząsnęła się po raz kolejny, strosząc przy tym brązowe futro i ruszyła przed siebie, zanurzając się między wysokie pnie drzew. Minęła polanę spotkań i niespiesznym truchtem ruszyła wzdłuż jeziora. Złote tęczówki śledziły uważnie otoczenie. Akwen wodny pokrywała krucha warstwa lodu - żadne zwierzęta już raczej nie skorzystają z wodopoju. Skuliła uszy i z nosem przy ziemi podążyła dalej wydeptaną ścieżką. Zdwoiła czujność, mając nikłą nadzieję, że napotka na trop leśnej zwierzyny, jednakże jedynymi towarzyszami były fruwające nad jej głową ptaki. Przeskoczyła zwalony pień, zapadnięty i wydeptany przez wilcze łapy i podążyła dalej, kierując się w głąb Lasu Śmierci. Pochłaniała widoki ślepiami, wciąż nie mogąc się nimi nasycić. W ciągu ostatnich dni wracały do niej coraz wyraźniej wspomnienia sprzed śmierci. Polowanie, w którym to ona była łowną zwierzyną. Demony, na każdym kroku czyhające na jej życie. Zacieśniające krąg cienie. I ciągły strach, przejmujący do szpiku kości, zagnieżdżający się głęboko w sercu i umyśle. Przyspieszyła, a jej łapy odbijały się głucho od skamieniałej z zimna gleby. Pamiętała jak trucizna rozchodziła się zachłannymi mackami po jej ciele, jak choroba objęła wszystkie jej członki, aż w końcu sięgła obydwu oczu, aż po złotych tęczówkach nie zostało nic poza wspomnieniem. I pozostał jej tylko mrok. Teraz, biegnąc przez znajomy las, radowała się jego widokiem. Jednak nie mogła zaznać spokoju,w myślach wciąż wracając do pytań. Czemu zwrócono jej życie? Jakim cudem mogła znów widzieć? Jaką cenę przyjdzie jej za to zapłacić? Litania pytań, w kółko, bez odpowiedzi.
***
W sercu lasu znajdowała się, zwinięta w kłębek mała kula brązowego futra. Nos i oczy przykryte były długim i puszystym ogonem. Sierść przykryta już była cienką warstwą, padającego z nocnego nieba puchu. Nagle mleczne drobiny opadły na ziemię, gdy wilcze ucho drgnęło. Zaraz potem ruszyła się głowa, unosząc się zza futrzastej osłony. Powieki uchyliły się, ukazując dwoje złotych ślepi, które niepewnie rozejrzały się po otoczeniu, zastanawiając  się co je rozbudziło w samym środku nocy. Mogła być to miękka cisza, która zapadła w lesie, pod wpływem kolejnych warstw perłowego śniegu. Samka podniosła się, w powietrzu uniósł się mały obłoczek pary, wydobywającego się z jej pyska ciepłego oddechu. Spojrzała w górę, jednak firmament milczał dzisiaj ciemnym całunem. Potrząsnęła łbem i nabierając tchu, ruszyła dalej, przed siebie, krocząc między pustymi pniami drzew. Wędrowała już tak, zdawałoby się od wielu dni, szukając schronienia i jadła. Wszelka zwierzyna jednak jakby się ulotniła, szukając lepszych miejsc żerowisk lub przezornie zapadła w bezpieczny sen zimowy. Samica natomiast była słaba, zbyt słaba, by w pojedynkę zapolować na większą ofiarę. Nie jadła już od tylu dni... Ze zmarzniętej gleby nie dało się nic wygrzebać. Nie było nic. Nie było nikogo. Jakby na zawsze skazana była na tułaczkę wśród srogich i milczących pni drzew. Jakby w całym lesie była sama. Nie miała już sił. Jednak jej łapy wciąż parły naprzód, coś kazało jej się nie poddawać. Zachwiała się. Otarła się pyskiem o chropowatą korę, oparła się bokiem o nieruchomy i stabilny pień drzewa, opadając nań całym ciężarem ciała. Żebra unosiły się w głębokich oddechach. Mroźny wiatr targał jej futrem, rzucając w oczy wciąż sypiące się z nieba drobiny śniegu. Wzięła kolejny dech, choć powietrze raniło dotkliwie lodowatymi igłami. Podniosła się na łapach i wznowiła wędrówkę.  Musiała wykarmić nie tylko siebie, ale także istotę, która żyła i rozwijała się w jej łonie.
***
Chuderlawa sylwetka wyłoniła się zza pni. Spod brązowego futra ciągnące się przez całe ciało, cienkie linie blizn, były niemal niewidoczne. Samica oblizała pysk z rozmazanych plam krwi. Trudno rzec, czy był to łut szczęścia, czy sprawiła to jej wytrwałość, a może Las zlitował się nad swą mieszkanką? Udało jej się jednak trafić na powalone truchło byka. Choć najsmakowitsze kąski były zjedzone, wciąż pozostało wiele mięsa, by drobna samka mogła najeść się do syta, może jednak dane było przetrwać jej tę zimę? Nie w guście byłoby odchodzić, tak prędko po własnym powrocie z Krainy Umarłych.


Walk unafraid
I'll be clumsy instead
Hold me, love me or leave me high



Od autorki
Tym razem opowiadanie pisane nieco na szybko, bardziej przystępnym językiem, bo jak ktoś to określił, było "ładne, ale niezrozumiałe dla zwykłych śmiertelników".