27 listopada 2013

Północ cz. II

    Poranek powitał mnie złocistą łuną. Promienie słoneczne zatrzymywały się na delikatnej mgle, która unosiła się nad zimną po nocy ziemią. Budynki i wszelka inna infrastruktura zdawały się być skąpane w złotym dymie. Miasto ożywało: na ulicach pojawiali się pierwsi ludzie - kupcy, którzy najwcześniej otwierali swoje przedsiębiorstwa, by móc przygotować się na przyjęcie porannych klientów. Udało mi się dostrzec także młodego mężczyznę w dziwnej szacie, niby sutannie. Był zapewne praktykantem; przyszłym kapłanem kultu Jedynego Słusznego Pana. Podczas pobytu w mieścinie odnalazłam świątynię im. św. Dawida. W lot więc pojęłam do jakiej sekty należy budynek.
   Wyszłam z zaułka, w którym spędziłam noc, rozprostowując łapy, przeciągając się. Czułam i słyszałam, jak moje stawy cicho narzekały na chłód i wilgoć. Powędrowałam w kierunku rzeźni z nadzieją, że załapię się na jakiś smaczny kąsek. Rzeźnik, dość pogodny mężczyzna o dość krągłych kształtach i pucułowatej twarzy, zmarszczył brwi, gdy tylko mnie ujrzał. Rzucił mi jakieś ochłapy, a gdy tylko je pochłonęłam, kazał mi uciekać.
   Udałam się do świątyni - lśniącej w porannych promieniach. Była to sporych rozmiarów budowla, przywodząca na myśl romańskie katedry w Niemczech - zwarte, osiadłe kompleksy o rozbudowanych masywach zachodnich; niekiedy z założeniem dwu-chórowym. Obiekty te wzbudzały podziw, ale jak od gotyckich, wertykalnych kościołów. Podczas gdy francuska Notre Dame, lekka i ozdobna, przypominała ażurową serwetę, klejnot w królewskiej koronie, romańska Spira emanowała siłą i potęgą godną bitnych władców. Właśnie taka była świątynia Davida Walkera - stanowiła syntezę miejsca kultu i zarazem warowni na wypadek niebezpieczeństwa. Dwie wieże dumnie zamykały w swych potężnych ramionach skromną w dekoracje fasadę. Nawa główna, zwieńczona dwuspadowym dachem, była tylko niewiele wyższa od naw bocznych - przykrytych pulpitami; nie miała też okien - typowe cechy pseudobazyliki. Korpus przecinała stosunkowo płytka nawa poprzeczna; a na skrzyżowaniu z nawą główną wyrastała kolejna, nieco większa od fasadowych, wieża. Podłużną bryłę zamykała półokrągła apsyda z czterema dobudowanymi kaplicami.
   Zbliżyłam się do bocznego wejścia, znajdującego się w południowej ściance transeptu. Drzwi były lekko uchylone. Prześlizgnęłam się przez otwór i czmychnęłam do środka. O ile słońce poczęło ogrzewać zziębniętą ziemię, to wewnątrz katedry było panował przejmujący chłód  - grube mury stanowiły świetną izolację od świata. Panował przyjemny półmrok; gdzieniegdzie tylko płonęły pochodnie. Ołtarz, zapewne marmurowy, zapełniony był świecami. Wnętrze, podobnie jak zewnętrzne dekoracje, było proste, niemalże surowe. Kolumnady oddzielające przestrzenie poszczególnych naw delikatnie rysowały się w półmroku, podtrzymując dość wysoki fryz, na którym opierało się krągłe sklepienie kolebkowe. Jedynym elementem, który zdawał się być całkiem innej epoki, były kaplice, widoczne już z zewnątrz. Tuż za ołtarzem wyraźnie odcinały się cztery wgłębienia, wypełnione masą złotych ornamentów. W każdej kapliczce widniał obraz. Gdy podeszłam bliżej i zadarłam łeb do góry, mogłam dokładniej określić, co na nich widniało.
   Pierwszy od południa na pierwszy rzut oka zdawał się być cały czarny - słabe światło, dodatkowo rozpraszane przez metaliczne ozdoby, zatarło wszelkie niuanse dzieła. Dopiero po chwili dostrzegłam granatowe smugi i jaśniejsze pasma. Pióra, jakby spadające z ciemnego, burzowego nieba. Na lekko zaznaczonym piaszczystym podłożu leżała gruba księga z jakąś inskrypcją na okładce, a za nią stała świeca o wątłym płomieniu.
   Kolejny obraz, bliżej symetrycznej całej katedry, przypominał portret reprezentacyjny. Przedstawiał on dość majętnie ubranego młodzieńca na tle czerwonej draperii, zza której nieśmiało wyglądała antyczna kolumna z kanelurami. Mężczyzna trzymał w dłoni otwartą księgę, drugą dłonią wskazywał na pożółkłe, zapisane stronice. Przypominał on szlachcica-poetę, który propaguje swą twórczość, zachęca do pisania, obiecując jednocześnie pewny zysk. Barokowa kampania reklamowa.
   Trzecia rama obejmowała scenę niczym z Nowego Testamentu - Ukrzyżowanie. Lecz bez krzyża. Na kruczym tle widniała stojąca sylwetka nagiego mężczyzny, okrytego jedynie białym, ekspresyjnie odwzorowanym perizonium. Jego ręce swobodnie zwisały wzdłuż ciała. I nie byłoby w tym nic dziwnego... gdyby postać miała głowę. Całość wzbudzała niepokój: idealizujące ukazanie człowieka... inwalidy. Martwego. Wybrakowanego. Można by to nazwać profanacją ciała.
   Na ostatnią ilustrację jedynie zerknęłam -  czara ognia, także na ciemnym tle. Puchar dzierżący ogień podtrzymywany był przez parę rąk wyłaniających się z mroku.
   Kątem oka dostrzegłam ruch. Jednak nikogo tam nie było. Stałam sama w prezbiterium. Lecz znów zdawało mi się, że coś się poruszyło. Jakby... drgnął cień? Zastrzygłam uszyma, wytężyłam wzrok. Zadałam chyba najgłupsze pytanie, jakie mogłam:
   - Ktoś tu jest?
   Odpowiedziała mi cisza. Poczułam się nieswojo. Zdębiałam, gdy usłyszałam chichot. Śmiech poniósł się echem po ogromnej przestrzeni katedry, odbijając się od ścian i arkad między nawami. Potem rozległ się cichy, lekko zachrypnięty głos.
   - Co Dziecię Nocy robi tak daleko od domu?
   Nie wiedziałam, co robić. Co odpowiedzieć?
   - Nie będę rozmawiała z kimś, kogo nie widzę. - wyrecytowałam, niby z tomiku poezji. - Pokaż się, kimkolwiek jesteś.
    Nastała cisza. Głos nie pojawił się już, nie usłyszałam też żadnego szurania, czy czegokolwiek, co wskazywałoby na przemieszczanie się nieznajomej istoty. Sądziłam, że intruz zniknął, albo to halucynacje z niedożywienia. Potrząsnęłam lekko łbem. Wydawało mi się, że moje ciało nie jest na tyle wyczerpane, by tak oddziaływać na stan umysłu. Przecież nikt z tych okolic nie mógł wiedzieć skąd przybywam i kim jestem.
   Oddaliłam się od kaplic, rzucając ostatnie spojrzenie ku bezgłowemu bóstwu. Przeszłam z prezbiterium do transeptu, a potem nawy głównej. Idąc między rzędami ciężkich, drewnianych ław, zarejestrowałam dziwny dźwięk, który obijał mi się o uszy. Słyszałam ogrom tego miejsca. Przestrzeń. Ciężar stuleci, od których ta katedra obserwuje miasto i polemizuje z wiecznie żywymi płomieniami pochodni i świec.
   Zatrzymałam się u otwartych na oścież drzwi, prowadzących do narteksu. Rozejrzałam się jeszcze raz po wnętrzu monstrum, które wyszło spod dziesiątek, a może i setek ludzkich rąk. Usłyszałam jakiś szmer. Znowu. Tym razem nie rozległ się blisko mnie, lecz na drugim końcu świątyni. Zauważyłam światło - ktoś otworzył drzwi, którymi przed paroma minutami weszłam ja. Dostrzegłam ludzką sylwetkę. Podobną do praktykanta, którego miałam okazję obserwować niedługo po przebudzeniu.
   Stwierdziłam, że widok zwierzęcia w miejscu sacrum nie będzie przychylnie rozpatrzone, więc czym prędzej udałam się do przedsionka i do wyjścia głównego. Po drodze potknęłam się. Szybko jednak złapałam równowagę. Bandaż na mojej prawej łapie rozwiązał się w dużej mierze i zamiatał podłoże. Do niczego się nie nadawał. W sumie, i tak bandaże te były zbędne - stanowiły jedynie kamuflaż. Chwyciłam brudne krańce zębami i zerwałam płótno; rzuciłam je na ziemię. 
   Gdy rozprawiałam się z drugim opatrunkiem, znów usłyszałam głos. Tuż obok mnie.
   - Przeszłość fundamentem tego, co jest teraz, czyż nie? Trudno utrzymać cztery ściany z dachem, bez podłoża.
   Momentalnie podniosłam łeb ku górze i na prawo - gdzie powinna stać postać. Snop światła, wdzierający się do narteksu przez uchylone wrota, padał idealnie na czarną kotkę. Była drobna, wręcz filigranowa. Okazałe niegdyś uszy były ponadgryzane w paru miejscach, wybrakowane. Chudziutki ogonem, niczym kawałek sznurka oplatał równie wątłe łapki. Mimo niepozornego wyglądu, od kotki biła pewność siebie, a złociste ślepia tętniły życiem. Nim zdążyłam zastanowić się nad znaczeniem jej słów, przemówiła ponownie:
   - Jesteś Naomi, prawda? Słyszałam o tobie co nieco. Czemu zaszłaś tak daleko od domu? Wątpię, żebyś się zgubiła. Szukasz czegoś?
   Natłok pytań i informacje, jakie miała o mnie ta kocica, zbiły mnie z tropu całkowicie. Zdawało mi się, że katedra zaczęła oddychać - czułam lekki powiew powietrza od wnętrza; sierść na moim grzbiecie odruchowo nieco zjeżyła się. Pozbyłam się bandaży do końca.
   - Kim jesteś? I skąd mnie znasz? - zapytałam, bez większego namysłu.
   Ku mojemu zaskoczeniu, rozmówczyni zaśmiała się. Białe kiełki błysnęły w świetle.
   - Nie czas na to i miejsce, Naomi. Pozwól mi rozdawać karty, nie zawiedziesz się. - mówiąc, prześlizgnęła się przez szparę w drzwiach i zniknęła mi z oczu. Nie chcąc jej zgubić, również wyszłam. Czekała na mnie. Złote ślepia wpatrywały się we mnie, jak gdyby chciały przewiercić mnie na wylot.
   - Wiem po co tu przybyłaś, zagubiona duszyczko. - czarna zmrużyła ślepia. Cały czas miałam wrażenie, że na jej pyszczku błądzi uśmieszek. - Szukasz Stowarzyszenia Nocy, prawda? Też go szukam. Masz już jakiś trop?
   Kolejny natłok pytań, i to tak trafnych, wzbudził mój niepokój. Ta mała szkarada była zbyt pewna siebie. Zastrzygłam uszyma.
   - Skąd te pytania?
   - Bo są uzasadnione.
   - Bez sensu...
  - Owszem, ma to sens. A jaki sens ma zakrywanie tych blizn? Skoro zdecydowałaś się na ich zachowanie podczas kreowania nowego ciała, to chcesz o nich pamiętać, albo masz do nich sentyment - zazwyczaj przecież dążymy do doskonalenia siebie, prawda? A takie paskudztwo jest skazą.
   Poczułam jak serce we mnie zamarło. Wiedziała zbyt wiele o mnie, podczas gdy ja nie wiedziałam praktycznie nic. Po jej komentarzu poczułam dyskomfort, chciałam znów zakryć pozostałości po ranach - zdawały się piec i swędzieć. Miałam wrażenie, że wszyscy je widzą, czytają z nich moja historię, niczym z otwartej księgi.
   - Kim jesteś i skąd masz te informacje? - zapytałam wprost.
   Kocica przecięła ogonem powietrze, a jej oczy zdawały się pałać jeszcze większym zainteresowaniem moją osobą.
   - Jestem Filaret. Niegdyś odwiedziłam tereny twojego stada, przywiedziona energią, która tam zamieszkiwała. Wraz z momentem, gdy impuls osłabł, wróciłam tutaj. A teraz, nie przedłużając, chodź za mną. Pokażę ci jak znaleźć to, czego szukasz.
______________________________________________________________
Tak historyczno-sztucznie - macie takie piękne opisy. Zrozumienie opisu katedry dla bardziej ambitnych i zaintrygowanych dziwnymi nazwami.
W następnej części będzie więcej akcji, aniżeli opisów - coby Was nie zanudzić.

25 listopada 2013

Andrzejki

Impreza Andrzejkowa

Godzina: 19:00
Miejsce: polana (flash-chat)
Data: 30 listopada (sobota)  
(Chyba, że bardziej Wam pasuje piątek, dla mnie bez różnicy.)

W planach przewidujemy ognisko, dobrą atmosferę, trochę muzyki, no i przede wszystkim wszelakie wróżby andrzejkowe.

Lanie wosku. Chyba najbardziej popularna andrzejkowa wróżba. Roztopiony wosk przelewa się przez dziurkę od starego klucza do miski z wodą. Następnie, gdy już wosk zastygnie, bierze się powstałą masę i rzuca cień na ścianę. Z kształtu który tam zobaczymy możemy wyczytać swoją przyszłość. Wróżba dla dziewczyn i chłopaków.

Andrzejkowe buty. Jedna z najstarszych wróżb w które w noc andrzejkową bawiły się już nasze babcie. Panny zgromadzone w pokoju ściągają buty i od ściany ustawiają je jeden za drugim. Gdy buty się skończą, ten który był na końcu, wędruje na początek. Taki "wężyk" butów zmierza w kierunku progu. Właścicielka buta, który jako pierwszy przekroczy próg, zgodnie z tradycją - pierwsza wyjdzie za mąż. Wróżba dla dziewczyn.

Andrzejkowe serce. Z kolorowego papieru należy wyciąć serce. Na drugiej stronie napisać imiona dziewczyn lub chłopców, odwrócić serce i przekuć je igłą. Imię w które trafimy będzie należało do naszego przyszłego ukochanego lub ukochanej. 


Wróżenie z obierki. Każda dziewczyna dostaje nóż i jabłko. Należy obrać jabłko tak, aby powstała jedna długa obierka. Następnie dziewczęta rzucają je za siebie. Z kształtu obierki można odczytać pierwszą literę imienia przyszłego męża (partnera).

23 listopada 2013

Przepowiednia

Historia ta jest znana tylko jednej istocie z tego stada. Stwierdzam jednak, że podzielę się nią z wami wszystkimi, aby rozświetlić kilka ostatnich wydarzeń.

***  

Basior wyskoczył na brzeg i otrzepał się z szerokim uśmiechem, przyglądał się Jej wyraźnie zadowolony
- Fajnie wyglądasz - położył się obok nadal uśmiechnięty, przymknął powieki i wciągnął głośniej powietrze - uwielbiam to miejsce - wyszeptał i spojrzał na zamknięte oczy wilczycy.
- Mrrr... - mruknęła iście zadowolona. Otworzyła oczy i ze zdumieniem napotkała krwiste ślepia Basiora. Spuściła szybko wzrok i przewróciła na brzuch składając skrzydła - opowiesz mi coś ? - zapytała.Wilk odwrócił łeb w przeciwną stronę kiedy Dalia zmieniała pozycję, spojrzał na nią dopiero, gdy usłyszał pytanie, uśmiechnął się ponownie.
- Opowiedzieć? Hm... Nie wiem czy jestem dobry w opowieściach. Wolisz wesołe czy smutne historie? - zerka na nią zaciekawiony. Zastanowiła się chwilę.
- Życiowe... - szepnęła, nieśmiało na niego zerkając - z elementami i smutnymi i wesołymi - dodała po chwili. Westchnęła i spojrzała na spadającą wodę wodospadu. Zamyślił się spoglądając w niebo.
- W takim razie mogę Ci opowiedzieć historię o dwóch wilkach - spojrzał na nią z lekkim uśmiechem
- o tym, jak przeciwieństwa się przyciągają. Zainteresowana? - patrzy jej w oczy. Chytry uśmieszek przyozdobił jej pyszczek. Podczołgała się bliżej niego i oparła łeb na łapach.
- Opowiadaj - poprosiła patrząc w jego szkarłatne oczy. Chrząknął.

- Pewnego dnia urodziły się dwa wilki, ten sam czas, miejsca iście podobne, a jednak tak odległe, że owe wilki nie miały prawa wiedzieć o sobie. Legenda głosi, że taki rodzaj ,,bliźniaków,, jest niezwykle rzadki i wyjątkowy. Dlaczego bliźniaków pewnie spytasz - spogląda na nią z tajemniczym uśmiechem - nazwano tak ich nie ze względu na identyczny wygląd. Ze względu na to, że jak to bliźniaki, jeden był dokładnym przeciwieństwem drugiego.

Patrzy na jej pysk, aby zorientować się czy choć odrobinę jest zainteresowana. Słuchała z zainteresowaniem jakie można było dostrzec tylko u uczniów, którzy w swej ambicji chcą prześcignąć mistrza. Nic nie było w stanie jej oderwać od wsłuchiwania się w jego głos
- Dalej... - szepnęła ciszej niż mogło się wydawać to możliwe. Uśmiechnął się lekko pod nosem.

- Jeden z nich, mieszaniec dobermana z wilkiem, o sierści niczym likaon i oczach okrytych tajemnicą, nazwany został Malum, drugi, wilk czystej krwi, czarny jak noc o oczach niezwykle urodziwych - Bonum. Przeze mnie nazwani Zły i Dobry. Który przydomek pasuje do którego? To już sama ocenisz, przy końcu opowieści. Życie obu miało swoje zloty i upadki, jednak dla wielkich mędrców wiadome było, że ich przeznaczeniem jest... - spojrzał na nią znowu z tym tajemniczym uśmiechem - jest stać się jednością. 

Kąciki jej smolistych warg uniosły się ku górze. Nadstawiła uszu nie chcąc uronić ani słówka. Nagle poczuła gorąco i kropelki potu na skórze. Zerknęła niepewnie na samca i przybrała ludzką formę. Uśmiechnęła się przepraszająco i położyła na ziemi.
- Mów dalej... - poprosiła cicho, uciekając wzrokiem, zmieszana. Odruchowo i on przybrał postać humanoidalną, siedział w siadzie skrzyżnym, dłonie ułożone miał za plecami, podpierał się. Omiótł dziewczynę wzrokiem fiołkowych ślepi, zatrzymał wzrok na jej tęczówkach i puścił z uśmiechem oczko.

- By wszystko stało się dla Ciebie jaśniejsze, dodać muszę, że oba wilki wychowywały się w nieco staroświeckich stadach. Malum żył w gromadzie wierzącej w przepowiednie, jedną z tradycji było, że wilczyca spodziewająca się potomstwa wyruszała do stadnego proroka, aby dowiedzieć się czegoś o szczenięciu. Na jego nieszczęście prorok przepowiedział u nienarodzonego wybicie całego ich stada, przez co malec, jeszcze nie narodzony, obdarzony był nienawiścią od wszystkich członków, nawet własnego ojca. Tylko matka nie wierzyła w słowa przepowiedni. W rodzinie Bonum'a było inaczej, szczenie po porodzie nie posiadało imienia, wierzono, że imię jest częścią charakteru danego osobnika, dlatego nazywano maluchy dopiero wtedy, gdy pokazywały swoją prawdziwą naturę. Temu zdecydowanie bardziej się poszczęściło, jako przeciwieństwo "bliźniaka" był uwielbiany w stadzie, za swoją pogodę ducha - zamilkł na chwilę, nie odrywał od niej wzroku - mimo wszystko jedna cecha łączyła te wilki... Oba stały się utrapieniem swoich własnych rodzin.

Znów ten tajemniczy uśmiech. Ciemny rumieniec wystąpił na jej lico. Spuściła zawstydzona wzrok. Słuchała go uważnie wystawiając twarz na łagodne podmuchy wiatru. Kątem oka lustrowała jego sylwetkę. Gdy przerwał zerknęła na jego twarz. Wydawała się być zmieszana. Ułożył się obok niej, na boku, podpierał głowę na ręce, aby nie stracić dziewczyny z oka. Na chwilę spuścił z niej wzrok i wplątał palce w długie źdźbła trawy, jednak zaraz potem znowu uchwycił jej spojrzenie z tradycyjnym uśmiechem.

- Malum zmuszony był szybko dorosnąć, kiedy trochę podrósł, schwytano go i zamknięto w odosobnieniu. Tam odwiedził go ojciec, Alpha stada, i poinformował o śmierci matki. Malum dostał szału, wtedy pierwszy raz odkrył moc swoich oczu, przypadkiem wtargnął do umysłu ojca i zobaczył, że to on jest mordercą jego rodzicielki. Serce wilka przepełniło się mrokiem - chwila przerwy - w tym samym czasie Bonum przeżywał najlepsze chwile młodości, z wesołego samotnika stał się obiektem westchnień wielu wilczyc, jednak on trzymał się tylko jednej. Starszyzna stada nie bardzo za nim przepadała. Dlaczego? Uwierz mi na słowo - zaśmiał się - straszny z niego był dowcipniś. Nikt nie spodziewałby się, że już za tak krótki czas, role "bliźniaków" zmienią się, szczęśliwy będzie cierpiący, cierpiący zażyje szczęścia. 

Patrzył na dziewczynę trochę nieobecnym wzrokiem, nadal się uśmiechał. Urwał źdźbło trawy i przejechał nim po jej ręce.
- Podoba się coraz bardziej czy coraz mniej? - zapytał. Spuściła wzrok na swoją dłoń, jednak jej nie cofnęła. Przez cały ten czas rosło jej zaciekawienie. Odwróciła wzrok i spojrzała w górę. Jej myśli krążyły, gdzieś przy postaciach o których mówiła Baru. Wyrwana z tego zamyślenia w pierwszej chwili zastanawiała się jaki było pytanie po czym się zarumieniła.
- Coraz ciekawsze. - Przyznała wreszcie. Zastanawiała się chwilę. Podniosła się z ziemi i nieśmiało spojrzała mu w oczy. Włosy opadły jej na ramiona rdzawą falą, jednak słońce dało im efekt jakby płonęły żywym ogniem - Baru..? Czy.. - zawahała się. Nabrała w płuca powietrza i podjęła wątek na nowo - Czy tęsknisz za rodzicami i... - szukała odpowiedniego słowa. - ...i innymi ze swojej watahy ? - wyszeptała. Uśmiechnął się nikle i założył jej włosy za ucho, patrzył w oczy.
- Czy tęsknie? - pokręcił głową - prawdę mówiąc nie doznałem jeszcze tego uczucia, trudno mi więc odpowiedzieć - zamyślił się na chwilę i położył na plecach. Spojrzał w niebo, po chwili jednak wrócił wzrokiem do dziewczyny - nie czuje z nimi rodzinnej więzi, może to trochę brutalne, ale na tą chwile są dla mnie zwykłymi informatorami - uśmiecha się do niej - a inni to kompletnie mnie nie interesują, teraz jestem tu. Jeżeli chodzi o przeszłość chce ją poznać, ale do niej nie wracać.
[...]
Ułożyła pysk na łapach.
- Baru ? Opowiesz mi co było dalej ? - zapytała patrząc na niego.
- Jak się wysilisz na uśmiech i zdradzisz mi na czym skończyłem to owszem, dokończę - uśmiechnął się szerzej. Uśmiechnęła się.
- Hm... To chyba było coś o tym, że ,,bliźniaki'' zamienią się miejscami czy jakoś tak - spojrzała na Baru lekko zakłopotana.
- Ach, no tak, już pamiętam - chrypnął głośniej.

- Bonum był niezwykły w swojej pogodzie ducha, tolerancji czy bezinteresowności. Pomagał, bo uważał, że należy pomagać, nic więcej nie było mu do tego potrzebne. Rzecz jasna, mimo wszystko, jak prawie każdy z nas, miał wrogów. Starali się oni uprzykrzyć mu życie, a on wydawał się nie do złamania. Jednak zawsze musi być ten pierwszy raz. Bonum miał wszystko, obojga rodziców, stado, ukochaną wilczycę, wszystko co było ważne dla wilka w jego wieku. Jak to jest? - spojrzał na wilczycę tajemniczym wzrokiem -  nie dość, że ktoś zada Ci cios w plecy, to jest to istota, której ufasz nad życie. Jak to jest? - chwila milczenia - Bonum się dowiedział. Jego ukochana wilczyca złamała mu serce, roztrzaskała na małe kawałki. Właśnie wtedy przeżywał najgorsze momenty swojego życia, na długi czas zamknął się w sobie, nie przywykł do porażek - pokręcił głową - w tym samym czasie Malum przeżywał rozkwit, można to tak ująć. Żył nienawiścią, która dawała mu niezwykle dużo siły. Stado obawiało się go, obawiało się spełnienia przepowiedni, więc nadal trzymano go w zamknięciu. Jednak ten zdołał uciec. Uciekł i przysiągł zemstę. Poznał wiele nowych istot, które pomogły mu w rozwijaniu swojej mrocznej strony, rozwijaniu zdolności. Wyrobiono w nim niezwykle wielką samoocenę, bano się go, co najbardziej sprawiało radość młodemu wilkowi. Stał się na tyle egoistyczny i apatyczny, że w przypadku sprzeciwu potrafił zabić nawet swoich sprzymierzeńców. Właśnie ten okres uważał za odpłacenie wszystkich złych chwil. To był dla niego raj, dopóki nie wybił wszystkich będących przy nim, dopóki nie został sam. Nie dla tego, że poczuł się samotnie, nie... - spojrzał na wilczycę lekko nieobecnym wzrokiem - po prostu nie miał już kim pomiatać, nie było już kogo zabić... 

Zamyślił się i utkwił wzrok w nieznanym mu punkcie. Słuchała go z rosnącym zainteresowaniem. Z każdym słowem czuła narastające w niej napięcie. Gdy przerwał przyglądała mu się.
- I co się z nimi stało? - zapytała cicho, nieśmiało. Uśmiechnął się lekko.
- Pytasz co się z nim stało? - spojrzał na wilczycę.

- Zupełnym przypadkiem trafił do sporego stada. Nie wiedząc czemu dołączył do niego, był oziębły, oschły, apatyczny, niezbyt lubiany. Jednak zwrócił uwagę pewnej wilczycy, zakochała się w nim - jego oczy zrobiły się bardziej puste -  rozumiesz? W nim. Ranił ją, ale ona go nie opuściła. Nawet nie zdawał sobie sprawy z tego jak bardzo ją pokochał - pokręcił łbem - tak na prawdę, to właśnie ten okres był najszczęśliwszym z całego życia wilka, tyle, że on nie zdawał sobie z tego sprawy. Zmienił się, chociaż nadal żył zemstą - zamilkł na chwilę, jego wzrok wrócił do normy, uśmiechnął się ciepło do wilczycy - Bonum nadal żył w swoim odosobnieniu, nie chciał z nikim gadać, nikogo widzieć, nawet na ten czas opuścił stado. Kręcił się tylko w jego pobliżu, schudł, nawet bardzo, zmarniał, nie uśmiechał się. Znalazł sobie miejsce, urwisko... Siedział nad nim godzinami, dniami i nocami, siedział i rozmyślał. Nad czym? Myślał co by tu w swoim życiu zmienić.

Uśmiechnął się szeroko. Utkwiła wzrok przed siebie. Rozmyślała co ona by zrobiła na miejscu Maluma.
- Dowiedział się co chce zmienić? - zapytała. Sama już znała odpowiedź na to pytanie. Spojrzał z uśmiechem na wilczycę,
- Tak, dowiedział.

- Bonum w końcu wrócił do stada, wrócił taki jaki był wcześniej, wesoły, uśmiechnięty. Jednak nie pobył tam długo, znowu stał się samotnikiem, pozytywnie nastawionym ale samotnikiem. Z niewiadomych mu przyczyn chciano z niego zrobić popychadło, myśleli, że pozwoli na to. Stało się jednak inaczej, odegrał się na wszystkich, którzy traktowali go z góry. Jak już wcześniej wspominałem, nie należał do agresywnych, złość okazywał zaczepkami, żartami. Tak też właśnie zakończył pobyt w swoim stadzie. Zepsuł najważniejszą uroczystość stada, ośmieszył parę Alpha i znokautował ich syna. Zanim został wygnany, pożegnał się ze swoimi i ruszył w świat - zaśmiał się lekko i puścił jej oko - Malum... - przerwał na chwilę i westchnął ciężko - Bonum się pozbierał, a więc Malum musiał upaść. Dokonał swojej zemsty. Stare stado tak bardzo chciało chronić się przed nim, że zasiało w jego sercu żądzę zemsty. Przepowiednia się dokonała. Zamordował wszystkich, ojca także. Wrócił do nowego stada, wrócił do ukochanej, został ojcem - pokręcił łbem - jednak nie na długo, znowu był zimny i apatyczny, oszalał... Nie miał celu w życiu, musiał zabijać, a nie miał kogo. Nie potrafił kochać, znikał. Kiedy urodził się jego syn mało kiedy miał go nawet na rękach. Potem... Dowiedział się, że ta która była przy nim oddała się innemu. Ta którą obdarzył uczuciem, nie dbał o to uczucie ale kochał. Chciał ją zabić i zabrać syna. Spróbował - spojrzał smutno na wilczycę - jednak nie dał rady i po prostu zniknął ze stada - zamilkł i spojrzał w głąb lasu - dotknął dna. Bonum sięgał zenitu - spojrzał na nią z lekkim uśmiechem, jednak nie do końca był on radosny - wtedy nadszedł dzień ich spotkania...

Wsłuchana w jego słowa nie spostrzegła ciszy jaka między nimi zapanowała po ostatnich słowach. W końcu potrząsnęła łbem i spojrzała na Samca.
- Co było dalej? - zapytała z powagą w oczach i lekkim uśmiechem na pysku. Spojrzał jej w oczy.
- Dalej? Sam nie jestem pewien, wiem tyle, że są jednością, że ciągle walczą. Wiem, że mają jedno ciało i dwa umysły. Wiem też, że za cholerę nie dam Mu nad sobą zawładnąć - uśmiecha się do niej pod nosem - wiem, że ich historia nadal się toczy - szturchnął lekko jej pysk - I wiem, że uwielbiam Twój dotyk i zapach - ułożył łeb na jej łapach, przymykając ślepia. Liznęła go po pysku. Uśmiechnęła się.
- To bardzo podobna historia do Twojej - położyła łeb na jego łbie i przyglądała się gwiazdą. Mlasnął cicho wyraźnie zadowolony.
- Śniła mi się ta historia, mam wrażenie, że jest moja - wyszeptał nadal przymykając ślepia - nigdy wcześniej nie miałem takiego snu. Nie dość, że zapamiętałem wszystkie słowa, to śnił mi się w częściach, trzy noce z rzędu - wtulił się w jej białą sierść - jeden jedyny sen, który trochę rozświetlił mój umysł, reszta raczej stara się mnie doprowadzić do jakiejś depresji - uśmiechnął się pod nosem - ale ja się nie dam - dodał z kolejnym mlaśnięciem i zaczął przysypiać z szerokim uśmiechem na pysku.

***
 [ Opowiadanie stworzone z komentarzy, czyli można powiedzieć, oparte na faktach heh. ]