Przekraczasz mistyczną bramę, okalaną bluszczem, korony liściaste osłaniają drogę, czyniąc ją ciemną i magiczną. Drzewa powykręcane, jak zatrzymane w tańcu, mgła jak oddech Boga, ciepło drzewca z ognia na środku polany, ukrytego w międzylesiu. W głębi grota, jaskinia skalna; półki i rozpadliny skalne są dla większości domem.


Stado:
♀: 10 | ♂: 4

Ogłoszenia:
- Mamy mały zastój, jednak blog nadal jest aktywny.
- Proszę zgłaszać się po zadania do hierarchii pod odpowiednią zakładką

Zapraszamy w Nasze szeregi!

Nieobecni:
- Tin
- Dalia

18 stycznia 2014

Rozwinięcie

     Siedziałem na ogromnej polanie przysypanej puszystym śniegiem. Nabrałem świeżego powietrza w płuca i ze spokojem je wypuściłem. Z wilczego nosa wyleciały kępy pary wodnej. Uśmiechnąłem się do znikających obłoczków. Coś załaskotało mnie w łapę, podniosłem ją, uwalniając przy tym małe źdźbło zboża. Zmrużyłem ślepia wpatrzony jak drży na zimnym wietrze. Zamyśliłem się, nie wiem dokładnie co przyszło mi do głowy, ale była to dosyć nieprzyjemna myśl.
      Naglę dostałem konkretną śnieżką w pysk, ocknąłem się od razu.
- Dużo ostatnio myślisz. - ojciec zaśmiał się, Jego ciało parowało, musiał dopiero co zmienić postać na humanoidalną. Uśmiechnąłem się pod nosem.
- Czasem. - odparłem z lekkim uśmiechem. Podszedł do mnie i poklepał po łbie.
- No zuchu, wstawaj, ruszamy dalej. - dodał nie zatrzymując się, brodził w śniegu swoimi ludzkimi nogami, szybko go dogoniłem.
- Czemu męczysz się w tej postaci? - spojrzałem na jego wysoką postać.
- Tobie też radzę się pomęczyć, zaraz będziemy w okolicy miasta, tamtejsi mieszkańcy raczej nie przywykli do przerośniętych, czerwonookich owczarków. - posłał mi zadziorny uśmiech. Westchnąłem cicho i posłusznie przybrałem humanoidalną postać.
- Skoro już tak idziemy i idziemy, to może zdradzisz mi co nieco na temat tej całej zabawy? - zapytałem człapiąc się za Nim. Zatrzymał się i spojrzał na mnie srogo.
- Przede wszystkim musisz wiedzieć, że obok zabawy to nigdy nie leżało. Nie będzie łatwo. - obrócił się w moją stronę, a ja się zatrzymałem. Chyba czas na kolejną pogadankę, podczas podróży przez nasz tereny zaliczyłem już chyba ze cztery.
- No dobrze, a więc co mnie czeka? - zapytałem wzdychając. Pokręcił głową i uśmiechnął się pod nosem, zaraz jednak spoważniał.
- Musisz się grubo zastanowić czy tego chcesz. - z Jego oczu ciężko było cokolwiek wyczytać, w końcu jest niewidomy.
- Pewnie, że chce, w końcu taki sobie wybrałem cel w tym życiu. - zmrużyłem ślepia, miałem wrażenie, że ojciec chce się wycofać.
- A znasz skutki? - zapytał i ruszył dalej. Nie lubiłem tego, zawsze zadawał jakieś pytanie, które zbijało mnie z tropu i odchodził. Stałem zamyślony, dopiero po chwili otrząsłem się i ruszyłem biegiem za Nim, zdążył się dość mocno oddalić.
- Jakie są skutki? - zapytałem zasapany.
- Dokładnie nie wiem, ale chyba pamiętasz jak zapłaciłeś za ostatnią wiedzę co? - obejrzał się za mną.
- Dlatego spłonął las? - spojrzałem na niego, nadal zasapany. Kiwnął znacząco głową.
- Coś za coś, najwyraźniej On ceni sobie tajemniczość. - dodał i znowu ruszył dalej, pięknie. Ruszyłem za Nim.
- Czyli ukarał mnie za to, że się czegoś dowiedziałem? - chciałem być pewny.
- Można tak powiedzieć. Zapewne ma w tym jakiś cel. - znowu się zatrzymał - Jednak mam jakieś dziwne przeczucie, że za tą wiedzę jaką mam ci pomóc osiągnąć, zapłacisz o wiele więcej. To nie przelewki Baru. - spojrzał na mnie. - Jesteś pewny tego o co prosisz? - Spojrzałem w ziemię, prawdę mówiąc, nie, nie byłem pewny.
- Jak wielką cenę mogę zapłacić? - zapytałem niepewnie.
- Każdą Baru, jak zdążyłeś zauważyć On się nie ociąga, ma wiele złego na swoim kącie. - przełknąłem głośno ślinę.
- Dasz mi jeszcze trochę czasu? Muszę o tym pomyśleć. - spojrzałem na ojca, mój wzrok był zarazem zagubiony jak i proszący. Nie miałem pojęcia czy to wyczuje.
- Rozumiem. - położył dłoń na moim ramieniu. - Idź. - posłał mi uśmiech, chyba właśnie tego potrzebowałem. Chciałem odejść ale coś mnie zatrzymało. Spojrzałem jeszcze raz na Niego, również położyłem dłoń na Jego ramieniu.
- Dzięki Tato. - cofnąłem ją dosyć szybko, poczułem się dość niezręcznie przez te słowa. Zrobił jakby trochę zszokowaną minę. W takim stanie Go zostawiłem. Wyszedłem z zaśnieżonego pola na odśnieżoną dróżkę, włożyłem ręce w kieszenie i ruszyłem przed siebie. Rozmyślałem o ewentualnych karach jakie mnie sięgną za kolejną dawkę wiedzy. Jeszcze bardziej zaciekawił mnie cel tych kar. Do czego ten Pasożyt dąży? Od tych rozmyśleń oderwał mnie głośny jazgot, podniosłem wzrok i naglę zauważyłem, że jestem w jakimś mieście. Kamienne uliczki, stabilne, drewniane domy, donice z kwiatami na ulicach, roześmiani ludzie. Tak tłoczno, było tu dużo ludzi ale i dużo miejsca. Moja obecność nie uszła mieszkańcom na uwadze. Patrzyli się na mnie, oglądali się za mną. Na początku stwierdziłem, że zapewne wszyscy się tu znają, więc nowa twarz budzi nie małą ekscytację. Jednak...
- Oszalałeś! Mam ci przetrącić zadek?! - znowu zostałem wyrwany z zamyślenia, tym razem przez tajemniczego mężczyznę w tajemniczym, jak dla mnie, pojeździe. Wtedy zrozumiałem, że po prostu idę środkiem ulicy, dlatego wzbudzam takie zainteresowanie.
- Ops... wybacz, ja nie tutejszy. - odskoczyłem na bok i podrapałem się po głowie z zakłopotanym uśmiechem.
- Widać gołym okiem! - burknął do mnie i ruszył dalej. Co za nieprzyjemny gnojek. Zrobiłem kilka kroków w tył i znalazłem się na chodniku. Zawsze jakieś dziwne przygody w mieście. Obróciłem się  w wybrany przez siebie kierunek i... poczułem, że ktoś mnie obserwuje. Odwróciłem głowę, napotkałem na spojrzenie drobnej blondynki stojącej przy jednej z mniejszych uliczek, od razu schowała się w jej ciemny kąt, gdy zobaczyła, że patrzę w jej stronę. Wzruszyłem ramionami i poszedłem dalej. Po pewnym czasie poczułem zapach niedawno mi poznanego produktu. Alkoholu. Zainteresowany cóż nim tu tak obficie pachnie dotarłem do tutejszego "Smaczku Nad Sosenką". Intrygująca nazwa sprawiła, że zacząłem szukać jakiejkolwiek sosny w zasięgu wzroku. Z przykrością jednak stwierdziłem, że rosną tu tylko drobne brzozy. Logika ludzka była dla mnie dość nie jasna. Bądź co bądź, wszedłem do środka owego "Smaczku" i nos mi zaczęło rozsadzać. Tyle alkoholu i różnorodnych smakołyków w jednym miejscu w życiu nie czułem. Do tego strasznie rażące lampy i odór tytoniu. Chyba tylko ciekawość sprawiła, że zostałem tam na dłużej.
- Chodź do baru! - usłyszałem nagle. Do mnie? Kto chce iść do mnie? Kto mnie tu zna?
- Chcesz coś z baru? - znowu coś o mnie.
- Niezła dziś kolejka do baru. - zgłupiałem. Do mnie kolejka? Rozejrzałem się dookoła, przecież nikt obok nie stoi. Oj, co ja bym dał za obecność kogokolwiek bardziej oblatanego w tych całych ludzkich sprawach. Zdezorientowany chwyciłem pierwsze lepsze krzesło i usiadłem. Rozejrzałem się raz jeszcze, moim oczom ukazał się wielki napis "BAR". Spojrzałem na niego mrużąc oczy. Wtedy mnie olśniło i odetchnąłem z ulgą. Czyli to jednak nie o mnie chodziło. Zaciekawiony działalnością baru, wstałem i ruszyłem w jego stronę. Naglę po całym pomieszczeniu rozniósł się głośny pomruk, po chwili przeraźliwie miałczenie, a na bar wskoczył przerażony, wpatrzony we mnie, szary kocur. Poprzetrącał kilka szklanek i zwiał. W "Smaczku" nastała cisza, a wszystkie oczy wlepiały się w moją postać. Ktoś zaczął szeptać sobie na uszy, inni się szturchali.
- No, chyba trzeba postawić Panu kolejkę, zuchwały kocur trochę się poruszał dzięki Panu. - rzucił naglę barman. Starszy człowiek z grubym wąsem. Posłałem mu uśmiech pełen wdzięczności i ruszyłem w Jego stronę.
- Dziękuję bardzo, ale kieliszek wódki wystarczy. - usiadłem nadal zdezorientowany przy barze.
- Już się robi. - kiedy zaczął sięgać po alkohol, towarzystwo w środku znowu zaczęło prowadzić rozmowy i cisza błyskawicznie zniknęła.
- Proszę. - barman podał mi kieliszek, polał i sobie. - To za co? - zapytał. Podrapałem się po głowie. Ach, pyta o toast.
- Za... za te niewyjaśnione sprawy, aby były wyjaśnione. - podnieśliśmy kieliszki i chlup. Spojrzał na mnie.
- Matko... - złapał się za klatkę piersiową, aż wstałem z krzesła.
- A Panu co? - zapytałem.
- Mi? Ze mną wszystko dobrze, to Pan masz fioletowe oczy. Denaturatu za dużo czy jak? - Patrzył na mnie wystraszony. Miałem wrażenie, że zaraz mnie pogoni miotłą.
- Yyyy... - nie miałem pomysłu. Jak wytłumaczyć człowiekowi, że mam fioletowe oczy?
- Co ta młodzież ma dzisiaj za pomysły, jeszcze trochę i sobie rogi zaczną dorabiać. - pokręcił głową. Wzruszyłem ramionami.
- No, co zrobić. - na nic lepszego nie wpadłem.
- Mnie się podobają. - usłyszałem nagle obok siebie. Obróciłem głowę, to była ta blondynka, z rogu ulicy.
- To dobrze. - uśmiechnąłem się lekko. Odwzajemniła uśmiech. Miałem jakieś dziwne przeczucie, że coś z nią nie tak.
- Jesteś nietutejszy prawda? - zapytała. Kiwnąłem tylko głową. Jednak to chyba Jej nie zadowoliło.
- Tak. - odpowiedziałem więc krótko. Tym razem to Ona kiwnęła głową.
- To tak jak ja. - ponownie się uśmiechnęła. Przyglądałem się Jej, nadal czułem jakąś niepewność.
- Fajnie... - dodałem dość oschle i wstałem z krzesła.
- Może pomogę? - zapytała takim głosem, jakby koniecznie chciała kontynuować rozmowę.
- Niby w czym?
- Masz jakiś problem, prawda? - bardziej stwierdziła niż zapytała.
- Czemu miałbym opowiadać Ci o nim?
- Podobno obcym łatwiej się zwierzać. - wzruszyła ramionami.
- Możliwe, tyle, że ja mam wrażenie, że my się znamy. - zmrużyłem oczy. Dziewczyna panicznie się zaśmiała.
- My? Nie, nie, to niemożliwe, zapamiętałabym. - założyła włosy za ucho i spojrzała na mnie.
- Ta, jasne. - powiedziałem bez przekonania i ruszyłem do wyjścia.
- Czekaj. - usłyszałem kiedy byłem już na zewnątrz. Podbiegła do mnie.
- Tak? - ponagliłem ją.
- Myślę, że nie warto myśleć o najgorszym, pomyśl ile dobrego może się wydarzyć. - dodała wpatrzona we mnie jak w obrazek.
- O czym Ty mówisz? - zapytałem niepewnie, przecież nie zwierzałem Jej się z niczego.
- Ogólnie. - dodała pospiesznie. - Pomyśl o tym, może będzie pasować do Twojego problemu. - uśmiechnęła się, jednak uśmiech znikł kiedy spojrzała za mnie.
     Obejrzałem się, aby zobaczyć na co patrzy, niczego dziwnego nie zauważyłem, kiedy wróciłem do niej wzrokiem zastałem pusty chodnik.
- Tu jesteś. - usłyszałem głos ojca. - Zastanowiłeś się? - klepnął mnie w ramie.
- Tak - podrapałem się po głowie - Chyba tak. - posłałem mu uśmiech, odwzajemnił gest i ruszyliśmy w jedną z bocznych uliczek, ramię w ramię. Zaczął coś mówić, pierwsze kilka zdań uszło mojej uwadze.
"Nie warto myśleć o najgorszym, pomyśl ile dobrego może się wydarzyć" ... Trafiła z radą, nad wyraz dziwnie trafiła. Obejrzałem się za siebie, miałem wrażenie, że tam stoi. Nie stała.

CDN.

3 komentarze:

  1. (Baru podoba mi się twoje opowiadanie podobnie jak poprzednie :3 Czekam dalej na ciąg dalszy :3)

    OdpowiedzUsuń
  2. [Te Twoje notki są tak pokręcone, że już nawet niepoprawny zapis dialogów wydaje się przy tym mało ważny. Jakimż to cudem, się pytam? No ja nie wiem, ale mam nadzieję, że w końcu zacznie coś wyjaśniać, bo ja dalej nie ogarnęłam poprzedniej serii i tej też jeszcze nie ogarniam xD A podobno logiczny ze mnie umysł... A może właśnie tutaj brak tej logiki? Sama nie wiem, zobaczymy, jak to rozwiniesz - naprawdę chciałabym się w końcu dowiedzieć, o co chodzi dokładniej ;p]

    OdpowiedzUsuń
  3. [ Spokojnie, w odpowiednim czasie wszystko zrozumiecie, ale nie planuję was uświadamiać szybciej, niż uświadomię Baru. Nie bez powodu określono go mianem "najbardziej tajemniczy". Co do dialogów, zaczęły mnie już gilać jego poprawne zapisy. ]

    OdpowiedzUsuń