24 listopada 2019

Ejże, gdzie cię niosą łapy? [I]

GRUDZIEŃ 2017

Venka ostatnimi czasy nie zaglądała zbyt często na polanę. Zbliżała się czasami bliżej, sprawdzając, czy ktoś się tam znajduje, jednak pozostawała poza otwartym obszarem, wędrując po leśnych okolicach. Przytłaczała ją ta rodzinna atmosfera oraz nierozwiązane dramaty. A Venka nie należała do miłośniczek rodzinnych spotkań. Może dlatego, że jej własna nie należała do najprzyjemniejszych. Teraz jednak, gdy zbliżała się pora świąteczna, coś ją tknęło. Zakopała worek z prezentami, mając nadzieję, wręczyć je później, po czym łapy powiodły ją na obrzeża lasu, i dalej, ku odległym terenom, skąd kilkanaście miesięcy temu przybyła do Stada Nocy.
***
Szybkie kroki rozbrzmiały na kamiennym bruku. Ven schowała twarz w zielonkawej chustce, kuląc głowę w ramionach. Mimo, że nie było śniegu, mróz przesiąkał aż do kości. Szła przez dłuższy moment, spoglądając jedynie pod nogi. Patrząc na popękaną klepkę, na porozrzucane pety, chwasty wyrastające z pomiędzy chodnikowych płytek. Tak znajomy widok. Odrzuciła teraz kaptur z głowy, rozglądając się dokoła. Nie było jej tu od niespełna roku, gdy w pośpiechu, pod wpływem impulsu opuściła miasto. A teraz wróciła. Co ją tu gnało? Może złapała ją świąteczna atmosfera. Nostalgia. Wyjęła ręce z kieszeni i zaczęła przeskakiwać z jednej płytki na drugą, tak by nie stanąć na żadnej z linii, aż dotarła do krawężnika. Rozłożyła szeroko ręce, by utrzymać równowagę i szła wzdłuż wąskiego pasma, balansując nad urwiskiem z rozżarzoną lawą, którą właśnie w jej głowie stał się uliczny asfalt. Przeszła jedną przecznicę, aż w końcu znudziła jej się ta zabawa. Zeskoczyła z krawężnika, rozglądając się dookoła, by zorientować się gdzie się znajdowała. Dopiero teraz poczuła, jak zmarzły jej palce. Mróz szczypał, w zaczerwienione od zimna nos i uszy. Było jeszcze wcześnie. Wokół panowała cisza. Zaledwie kilka osób ją minęło, mimo, że wędrowała między budynkami już co najmniej pół godziny. Podbiegła kawałek, chowając zmarznięte dłonie do kieszeni kurtki. Jej oddech formował białe obłoczki pary. Skręciła w bok, wchodząc w wąską, zacienioną alejkę. Parę metrów i znów wyszła na światło, a przed jej oczami wznosiła się stara kamienica. Jej dom. Przystanęła, wahając się przez chwilę. Zacisnęła usta, po czym szybkim krokiem przeszła przez ulicę i podeszła do wejściowych drzwi. Wstukała kod na ekranie klawiatury, a gdy usłyszała ciche bzyk, szarpnęła za klamkę. Trzeba było szarpać, inaczej by się nie otworzyły. Weszła na zacienioną klatkę, a drzwi zatrzasnęły się za nią z głuchym trzaskiem. Wbiegła po schodach na pierwsze piętro, na zakręcie robiąc szeroki ślizg, jedną ręką trzymając się poręczy. Stanęła przed drzwiami do mieszkania, ciężko oddychając. Słyszała głośne bicie własnego serca. Uniosła bladą dłoń - opuszki palców wciąż były zaczerwienione - i cicho zastukała. Cisza. Przełknęła ślinę, po czym nacisnęła klamkę. Było otwarte, właściwie mogła się tego spodziewać. I tak nie posiadali nic wartego kradzieży. Uchyliła drzwi i weszła do środka, cichutko je za sobą zamykając. Rozpięła kurtkę, przechodząc przez krótki przedpokój, do pokoju głównego. Z telewizora dochodziły jakieś niewyraźne głosy, transmisja co chwilę się przerywała i trzeszczała. Na podłodze i szafkach walały się stare naczynia, brudne ubrania i puste butelki. Niewiele się zmieniło. Jej matka leżała na zawalonej rzeczami kanapie. Wyglądała chyba jeszcze gorzej, niż jak ją ostatnim razem widziała. W dłoni trzymała nie do końca opróżnioną butelkę po jakimś piwie. Śmierdziało. Jak zwykle. Vela przeszła przez pokój, omijając walające się wszędzie rzeczy i podeszła do drzemiącej rodzicielki. Pochyliła się nad nią i szturchnęła ją lekko w ramię.
– Mamo – brak reakcji –  Mamo – tym razem powiedziała to głośniej, potrząsając ją za ramię mocniej. Kobieta zamruczała coś niewyraźnie, zmieniając pozycję. Butelka wypadła jej z dłoni.
– Mamo, obudź się. – Vela ponowiła próbę. Jej matka w końcu uniosła powieki, spoglądając na córkę z początku zaćmionym wzrokiem.
– C-co chcesz? – Podniosła się do pozycji siedzącej. Vela cofnęła się kawałek, spoglądając na nią niepewnie.
– Mamo, to ja, Vendela. – Znowu ten wzrok, jakby jej nie rozpoznawała. Ven uśmiechnęła się przyjaźnie, chcąc ją zachęcić, choć w serduszku poczuła delikatne kłucie.
–  Vela... – szepnęła kobieta, powoli chyba zaczynało coś do niej docierać. – Dziecko moje... –  Wyciągnęła w jej kierunku rękę, jednak zaraz ją opuściła. – Co ty tu robisz? Gdzieś ty była? - Jej głos znienacka stał się natarczywy karcący, aż Venka skuliła się w sobie. Pokręciła głową i zmusiła się do uśmiechu, znowu spoglądając na matkę.
– Wróciłam, mamo. Chciałam się z tobą przywitać, sprawdzić co u ciebie. – Jej głos tylko odrobinę zadrżał, jednak całkiem dobrze udało jej się udać pewność siebie. Na starszej kobiecie nie zrobiło to jednak wrażenia.
– Tyle miesięcy cię nie było! I teraz wracasz jakby nigdy nic. - Żachnęła się wściekle, widać było, że kotłowały się w niej emocje, mieszane jeszcze z pomrokiem alkoholu.
Ven jednak jakby nie usłyszała tych słów, ponieważ w tym momencie dostrzegła zielonkawo-fioletowe sińce znajdujące się na przedramieniu kobiety.
– Mamo... –  zaczęła, lecz nie było dane jej dokończyć zdania.
W tym momencie otworzyły się z trzaskiem drzwi w głębi mieszkania. Usłyszała donośny, męski głos.
– Co tu się dzieje?! - Do pokoju wszedł rosły chłopak, o ciemnych oczach.
Ven myślała, że były same. Cofnęła się gwałtownie na jego widok. Włosy miał w nieładzie, chyba dopiero co się obudził. Kiedy jego spojrzenie padło na dziewczynę, twarz wykrzywiła mu się we wściekłym grymasie.
– No proszę, kogo my tu mamy – wycedził przez zęby – Świat dał ci w kość i postanowiłaś wrócić? A gdzie ta szmata, z którą się szlajałaś?
Ven zacisnęła pięści, aż paznokcie wbiły jej się w skórę. Poczuła, jak łzy bólu i złości natychmiast napływają jej do oczu, ale nie było mowy, żeby miała się rozpłakać przed nim.
– A co ci do tego, skurwielu?! - wywarczała, nie mogąc powstrzymać się od przekleństwa - Lepiej powiedz co jej zrobiłeś? - Wyciągnęła rękę w stronę matki, która teraz kuliła się na kanapie.
Uniósł tylko brwi z głupkowatym uśmieszkiem.
– Mogła się lepiej zachowywać, to by nie oberwała.
W Ven się zagotowało. Jeszcze nigdy wcześniej pierwsza nie zaatakowała brata, jednak tym razem nie wytrzymała. Rzuciła się z pięściami w jego stronę. Jednak co ona mogła - ona, kruszyna, sto sześćdziesiąt centymetrów, przy mierzącym metr osiemdziesiąt, barczystym chłopaku. Nie miał oporów by podnieść na nią rękę. Dostała pięścią w twarz i poleciała w tył na ziemię, odruchowo kuląc się w sobie i zmieniając postać na zwierzęcą. Widząc to, Marten również się zmienił. Jako pies, był od niej również dwa razy większy. Rzucił się w jej stronę, dokładnie w momencie, gdy udało jej się wyplątać z własnych ubrań. Szamotanina trwała tylko chwilę. Jego powarkiwania, jej piski i latające kupki biało-czarnej sierści. Ven odrzuciło, aż wylądowała pod jedną z szafek. Podniosła się dysząc ciężko, wszystko ją bolało. Wiedziała, że była to przegrana walka, nie miała szans z bratem. Podkuliła ogon i uszy i wycofała się, zanim znów zdążył ją dopaść. Czmychnęła szybko przez uchylone drzwi i wybiegła na podwórko tylnym wyjściem. Pobiegła wąskimi alejkami, kulejąc na jedną łapę. Przebiegła przez kolejne podwórko - całe szczęście nikt nadal nie naprawił dziur w ogrodzeniu - aż w końcu dotarła tam gdzie chciała. Stanęła pod drzwiami i podniosła łapkę. Zaskrobała pazurami o drewno. Nic, cisza. Oblizała nos i spuściła pysk. Zwinęła się na wycieraczce pod drzwiami, pochlipując cicho. Po jakimś czasie zasnęła.
***
Było zimno. Potwornie zimno. Śnieg delikatnie prószył, spadając ze skąpanego w ciemnościach nieba. W nocy budziła się co chwilę, niespokojnie rozglądając, gdy wybudzała się z nieprzyjemnych snów i koszmarów. Teraz jednak obudziło ją delikatne pchnięcie w grzbiet. Musiał być już ranek, chociaż słońce wciąż jeszcze nie wzeszło na firmament. Podniosła łebek. Zza futryny wychylała się kobieta w szlafroku. Z początku nieco zdziwiona, ale zaraz na jej ustach pojawił się ciepły uśmiech. Ven podniosła się z ziemi i odsunęła kawałek. Ciemnowłosa otworzyła szerzej drzwi i wpuściła psowatą do środka. Weszła na zesztywniałych z zimna kończynach, czując jak ciepło przyjemnie rozlewa się po jej członkach. Kobieta na razie nic nie mówiła. Przeszła do kuchni, by nastawić wodę na herbatę. Wskazała jej dłonią na drzwi do łazienki. Vel nie trzeba było namawiać. Szybko podbiegła do pomieszczenia i zmieniła się na powrót w człowieka. Weszła pod prysznic, odkręcając gałkę z gorącą wodą. Pozwoliła by ciepły strumień obmył jej zziębnięte i obolałe ciało. W kilka minut później para wodna wypełniła całe pomieszczenie. Kiedy w końcu wychynęła zza zasłonki, na pralce czekały na nią suche ubrania. Wcisnęła się szybko w spodnie i koszulkę i zarzuciła na siebie bluzę. Przeszła boso do kuchni. Była pusta, jednak czekała na nią gorąca herbata oraz jajecznica z chlebem. Dziękując w myślach gospodyni za przemyślność, zasiadła do stołu i zabrała się do pałaszowania. Gdy kobieta wróciła, Venka siedziała już z kubkiem w dłoniach, chuchając na parująca ciecz. Abelie była piękna, jej rysy twarzy za każdym razem na nowo zachwycały Ven. Duże, orzechowe oczy, okalane kurtyną czarnych rzęs oraz opadające na ramiona hebanowe pukle, błyszczących włosów. Jej zwierzęca forma - kotka o sierści równie czarnej jak jej włosy - była równie piękna, jednak Vel rzadko kiedy miała okazję ją w niej widywać. Kobieta była już ubrana. Nalała sobie kawy i usiadła przy stole, na przeciwko dziewczyny. Na jej ustach błąkał się tajemniczy uśmiech. Vel podciągnęła nogi do siebie, opierając stopy o krawędź siedzenia. Siorbnęła łyk herbaty, łypiąc na Abelie spod krótkich kosmyków wciąż mokrych włosów. Przeczuwała, że zaraz nadejdą pytania.

[...]


Pisane niespełna dwa lata temu i nigdy niedokończone. Postanowiłam opublikować to co mam, może zmotywuje mnie to do napisania kontynuacji.

10 lipca 2018

So long, we’d become the flowers

The storm is a coming so you better run
The coldness is hungry like loaded gun
Sharks are circling out in the deep
you dream for tomorrow when you can't sleep

Nie było już nic. Żadnych snów czy nadziei. Nie pozostało nic. Czekał ją koniec. Tak absurdalnie to brzmiało, tak banalnie. Jej łapy szurały wśród pokrytych poranną rosą traw. Ich świeży zapach wypełniał jej nozdrza. Zapewne otaczały ją wybujałe kolory, soczysta zieleń i mieniące się barwami tęczy kwiaty. Mogła jedynie przypuszczać. Nie widziała. Co jakiś czas dostrzegała urywki, migawki w prawym oku, tym które przysłonięte było czernią. Były to jednak wizje świata duchów, wykrzywionej rzeczywistości, która wymykała się zza zasłony. Poruszała się, polegając na pozostałych zmysłach, które wyczulone były jak nigdy dotąd. Jej instynkt wręcz krzyczał, że jest obserwowana. Przez cały czas głodne ślepia oprawców śledziły każdy jej ruch, czyhając, czekając na dogodny moment. By skoczyć. Rozszarpać. Pożreć. Czekały na jej błąd, potknięcie, czekały aż całkiem osłabnie z sił. A samica wiedziała, że nastąpi to wkrótce. Nie, nie wkrótce, mogło to się stać w każdej chwili, teraz. Była tak słaba. Nie miała już sił by dłużej walczyć, uciekać, chować się. Robiła to tak długo, przez tyle lat. Z początku absolutnie bezradna. Wyruszyła na misję, by zyskać moc. Udało jej się ją wypełnić, choć z trudem, niemalże przypłaciła to swoim życiem. Straciła też coś jeszcze, miała nigdy nie mieć potomstwa - choć życie potrafi zaskakiwać. Zyskała wtedy siłę, ale jednocześnie, wskutek stoczonej walki, wystawiła na siebie wyrok śmierci. Trucizna demona zagnieździła się w jej lewym oku, rozprzestrzeniając z wolna po całym ciele. Zabijając po cichu, bez pośpiechu. Jednak nieubłaganie. Wtedy też wraz z towarzyszami zeszła do piekielnych otchłani, by zmierzyć się z demonami. By pokazać im, że zasługuje na to by się jej poddały. Demony dały jej spokój. Do czasu. Była jedynie oszustką, złodziejką, która przywłaszczyła sobie czyjeś miano. A demony pałały zemstą. I były cierpliwe. W końcu nie musiały się obawiać, że zabraknie im czasu. Z początku były to przypadkowe spotkania. Zabłąkane dusze, koszmary senne, zdawałoby się nic groźnego. Przybierały jednak na sile, a napastnicy pojawiali się co raz częściej. Śledząc, tropiąc, atakując. Nie miała więc wyboru, nauczyła się je zwalczać. Wpierw jedynie się broniła, jednak w pewnym momencie to nie było wystarczające. Musiała sama zacząć je tropić, zabijać. Wkroczyć na wojenną ścieżkę z tymi monstrami. Aż w końcu trafiła tutaj. Wracała na tereny Stada Nocy. Samotna, słaba, umierająca, by dokonać swego żywotu. Chciała już jedynie po raz ostatni pożegnać się ze swym domem. Nic więcej jej nie pozostało. Ale nie, za późno. Już tu są. Patrzysz? Widzisz? Cichutko podchodzą, zataczają krąg. Uciekaj.

I prayed my mind be good to me
An awful noise
Filled the air
I heard a scream in the woods somewhere

Biegła, potykając się co chwila o własne łapy, o korzenie, kamienie, nie mogąc utrzymać stałego kroku. Biegła, rozpaczliwie, biegła przed siebie, choć nie wiedząc w jakim kierunku. Po prostu biegła. Łapy jej się plątały, serce łomotało, nic nie widziała. Nie wiedziała gdzie jest, co słyszy. Jej wychudzone cielsko ledwo trzymało się w pionie. Dyszała ciężko, oddech rzęził jej w płucach. Spłoszone zwierzę w głębokim lesie. Obraz nędzy i rozpaczy.  Przeskoki materii zdarzeń. Skoczyła. W przestrzeni przestrzeń korytarzy. Zdawało jej się, że słyszy wycie wichury. Nie, to demony. Coś szarpnęło jej wątłym ciałem. Padła. Tak ciężko. Tak ciężko było podnieść jej pysk, czy nawet powiek kurtyny, jakby to był ciężar tonowych gór. Zmusiła się jednak do tego wysiłku. W jej prawym oku zamajaczyły niewyraźne cienie, kły i pazury. Karmazynowe smugi jarzących się wściekle ślepi. Powykrzywiane, pogardliwe uśmiechy. Słyszała ich ryki i śmiechy, czuła ich nienawistne spojrzenia, wyczuwała jak się zbliżają, otaczając ją ze wszystkich stron. Nie miała szans. Żadnych szans. Co mogła zrobić? Jedynie pogodzić się w końcu ze swym końcem, wiedziała przecież, że nadchodzi. Opadła bez sił na ziemię, nie zdolna by się ruszyć, by chociaż drgnąć. "Jesteś martwa." Cichy szept rozbrzmiał w jej głowie. Łagodny, pieszczotliwy głos. "Czemu do nich nie dołączysz? Powinnaś z nimi być. Jesteś martwa." Migotliwe sceny rozbłysły niczym miraże połyskliwych skrzydeł motyli. Waniliowe ślepia, fiołkowe oczy, bandaże szarej. Jej płytki oddech przyspieszył. Nozdrza chłonęły zapach zmurszałej gleby. Chwila, ułamki sekund, zdawały się wydłużać w nieskończoność. W tej jednej chwili jej świadomość rozszerzyła się na otaczającą ją przestrzeń. Na las, drzewa i konary pnące się ku niebu, paprocie, mech i jeżyny, ptaki, myszy i lisy, ich delikatne bicia serc, cichutkie bzyczenie owadów, mrówki wędrujące w poprzek zwalonego pnia. Cała ta zwyczajna rzeczywistość uderzyła w nią niczym sztorm, gwałtownie, zawzięcie, a jednocześnie łagodnie niczym wiosenny deszcz. Wszędzie otaczało ją życie. Tak piękne, cudowne. Nie zwracało uwagi na jej zmagania, po prostu trwało. Z jej wnętrza wydobyło się długie, przepełnione żalem westchnięcie. Czy to był już koniec? 

There's a flame in the darknes
There's a flame, there's a flame

Ułamki sekund przeminęły. Coś się zmieniło. Czuć było to w powietrzu, pewnego rodzaju napięcie, energię. Cały las zamarł w bezruchu, czekając na to co miało nastąpić. Serce. Ogień. Żywioł wpłynął lawiną do żył ciemnobrązowej samicy, sięgnął ślepych oczu, spłonął. Nagle znów widziała. Jak na fali powstała, zwróciła łeb w kierunku czających się potworów, gotowa do walki. Buzowała w niej rozgrzana krew. "Zniknijcie." Wyszeptała. Umrę, wiem. Ale zabiorę was ze sobą. Nie musiała się zastanawiać. Wiedziała, że to serce puszczy, duchy lasu, podzieliły się z nią swymi mocami, zsyłając jej ostatni podarunek, ostatni gest dla konającego. Nie czekała już dłużej. Zerwała się z miejsca i rzuciła wprost w kotłujące, wijące się ciała demonów. W jedną stronę posłała potężną falę wzburzonego powietrza. Wichura zgięła pnie niemal w pół, rozrzucając ciała potworów we wszystkie strony. Pozostałe jednak rzuciły się z kłapiącymi z wściekłości szczękami na kruche ciało brązowej. Mogła być szybka, jednak ich było zbyt wiele. Czuła jak kły i pazury zatapiają się w jej skórze. Z jej ciała buchnął ogień, posyłając kolejne monstra na ziemię. Nagle rozpostarła pierzaste skrzydła,  zamachnęła nimi, potężny podmuch powietrza wzburzył liście dokoła, a ona wzbiła się ponad ziemię, z trudem wyrywając kończyny z mocarnego uchwytu jednego z demonów. Załomotała skrzydłami, próbując uciec od kąsających szczęk, jednak zdawały się nadchodzić ze wszystkich stron. W panice posłała w przestrzeń cieniste smugi, które z zawrotną prędkością przebiły ciała demonów. Nadal jednak było ich zbyt wiele. Samica zawirowała w powietrzu, jednak w lesie, nie było zbyt wiele miejsca na powietrzne manewry. Jedna z maszkar podążyła za nią na błoniastych skrzydłach, pomknęła w jej kierunku i z całym impetem rzuciła z powrotem na ziemię. Samica ciężko runęła w dół i przejechała parę metrów po glebie. Przed oczami zamajaczyły jej stojące w płomieniach pnie. W powietrzu błyskały żarzące się iskry. Brązowa wiła się pod cielskiem demona, próbując uniknąć jego kłów. Warknęła wściekle, kopiąc tylnymi łapami w żuchwę potwora. Machnęła skrzydłami, skupiając przed sobą energię, aż w końcu małe tornado odepchnęło napastnika w przeciwną stronę, wyrzucając go daleko w tył. Złotooka zerwała się natychmiast z ziemi, i nim kolejny z demonów zdążył ją dopaść, skoczyła w krainę cieni, by skryć się choć na moment. Szarpnęła się niespokojnie, czując jak ciemność gwałtownie otacza ją ze wszystkich stron, a w kilka sekund później wyrzuciło ją na drugim końcu pola walki. Opadła na mech ciężko dysząc, próbując złapać oddech. Omiotła spojrzeniem otoczenie. Demony były chwilowo zdezorientowane, ale zaraz ją znajdą. Czuła jak łamie ją w całym ciele, w czaszce głucho dudniło, niczym odbicie uderzeń jej oszalałego serca. Z pyska kapała kruczo zabarwiona krew, a rozorane pazurami udo piekło niemiłosiernie. Skrzydła zniknęły, nie byłoby z nich więcej pożytku. Czujne ślepia demonów już zwróciły się w jej stronę. Aldieb wstała i zaparła się na sztywnych łapach, wbijając złote tęczówki w zbliżającą się hordę potworów. Jej boki uniosły się, przy głębokim oddechu. Musiała się skupić. W końcu iskra mignęła przy jednym z krzewów. W następnym momencie buchnęła ściana ognia, oddzielając demony od brązowej samicy. Zachwiała się, opadając lekko na nagle miękkich kończynach. Usłyszała wycie demonów, które gwałtownie się zatrzymały. I w tym momencie poczuła, że jest ciągnięta w tył. Zawyła. Pazury w jej skórze piekły boleśnie. Wywinęła się i skoczyła do ucieczki. Jednak drogę zagrodził jej kolejny demon. Nie wiedziała skąd się pojawiły, zdawało się jakby zmaterializowały się tuż za nią, zupełnie znikąd. Czy może nie zauważyła jak się skradają? Przyczaiła się na ugiętych łapach, próbując odskakiwać od ich paszcz, znaleźć drogę ucieczki, nigdzie jednak takowej nie widziała. Rozglądała się w panice, demony jednak nie czekały, kolejne rzuciły się w jej stronę, zatapiając kły w jej ciele. Próbowała wykrzesać z siebie jakiś kontratak, jednakże jej zęby i pazury nie robiły wrażenia na demonach. W jej wnętrzu nie było już ani kropli magicznej energii. Dała z siebie wszystko. W mgnieniu oka jej wątłe ciało zniknęło w tumanie kłapiących paszcz i szczęk, piekielnych cielsk. Zniknęło. Rozszarpane.

Darkness is sinking me
Commanding my soul
I am under the surface
Where the blackness burns beneath

Umierała. Jej duch odchodził. Wokół rozszarpanego przez demony ciała flora zdawała się ożywać.  Z początku z wolna, niemal nieśmiało. Malutkie pąki wyrastały z gleby, przedzierając się przez trawy i mech. Kolejne rośliny ożywały, wijąc się wśród pokrywających ziemię korzeni. Wspinały się po ciele brązowej samicy, po tym co z niej zostało. Kolejne pnącza i świeże gałązki, otaczały ją dokoła, coraz śmielej, coraz żywiej. Pąki rozwarły się, ukazując wielobarwne, aksamitne w dotyku płatki. Las, który był dla Niej domem, przyjął Dziecię Nocy w swe objęcia, aż w końcu brązowe futro zniknęło wśród pnączy i kwiatów.

I have never known peace
like the damn grass that yields to me
I have never known hunger
like these insects that feast on me

We’ll lay here for years or for hours
Thrown here or found, to freeze or to thaw
So long, we’d become the flowers


Pierwsza część historii o tym jak Aldieb umarła. Jak wiadomo, nie był to koniec. Mam nadzieję, że uda mi się spisać kontynuacje.

Fragmenty tekstów pochodzą z poniższych utworów:
When the Sun Goes Down (Laney Jones)
Deep End (Ruelle)
In a week (Hozier)

30 czerwca 2018

Everyone is a moon, and has a dark side...

Everyone is a moon, and has a dark side which he never shows to anybody.
— Mark Twain
Illai - Miedziany Cień
13 wilczych lat dorastania, trudnych i, nieraz, błędnych decyzji, samotności, znoju i odrzucenia; o wiele więcej ludzkich na karku — zakazane dziecko, będące owocem równie zakazanego związku — wyrzutek i czarna owca wśród swoich

Gdy byłaś młodsza, miałaś zdecydowanie więcej energii, jak i chęci do życia. Nie oszukujmy się. Miałaś po co żyć. Teraz, jak spoglądasz na swe odbicie w tafli wody, widzisz wraka kobiety, którą niegdyś byłaś. Czujesz się niczym marionetka po skończonym spektaklu, odłożona w kąt, niepotrzebna. To poczucie sympatii, powiew świeżości, poczucie bycia potrzebną i kochaną, doprowadziło Cię do ruiny. Na własne życzenie stanęłaś przed wyborem, którego nie pozazdrościłabyś największemu wrogowi. Jakakolwiek decyzja była zła i zdawałaś sobie doskonale z tego sprawę, ale też nie mogłaś uciekać, musiałaś wypić piwo, które samodzielnie nawarzyłaś. Zrobiłaś to, a jakby inaczej i straciłaś wszystko — rodzinę, partnera, przyjaciół, szacunek i dom, i tak naprawdę nigdy się nie podniosłaś. Jesteś cieniem samej siebie, wędrujesz i żadnego miejsca nie potrafisz już nazwać swym domem. Mimo to nadal uparcie próbujesz, mimo że ciągle potykasz się o swoje łapy niczym szczenię, które dopiero stanęło na łapy.

Już nie uciekasz, prawda .................. ?
Cztery łapy // Dwie nogi // Powiązania

  1. Wizerunek wykonany przez Kipine.
  2. GG - 36504811, e-mail - wschodzacy.ksiezyc@gmail.com
  3. Ze względu na charakter mojej pracy, może być tak, że będę nieobecna od trzech nawet do siedmiu dni z rzędu.
  4. Serdecznie zapraszam na wątki pod KP, bo z chatem mogę nie wyrabiać i nie być na bieżąco, a przyznam szczerze, że kocham być na bieżąco.
  5. Szczerze powiem, że Illai to reaktywacja mojej pierwszej i najstarszej postaci, zobaczymy czy umiem jeszcze nią grać, czy jednak potrzebuje powiewu świeżości.
  6. Witam wszystkich serdecznie. Nie gryzę, tylko połykam w całości.