Dzielna z tej małej dziewczynka. Nóżki i dłonie już niemal ma szare od odmrożeń, jednak poganiana krokiem narzuconym przez ciemną kotkę i lisicę stawiała kroczek po kroczku na białym puchu, załamującym się pod stopami na zbitej masie zmrożonego już śniegu. Syriusz gdzieś zniknął, pewno zainteresowany czymś, co tylko jego mogłoby zainteresować. Panienka wciąż ze swoją lalką. Mała szmacianka, kurczowo trzymana przez mimowolnie otwierające się co chwila dłonie, wydawała się teraz równie żywa, jak jej właścicielka. Dwa trupy, tyle, że jeden ze szmat, a drugi jak z porcelany.
- Nie sądzisz, że nie da rady iść dłużej sama? - Zapytała kocica. Pewno już jakiś czas chciała to powiedzieć, jednak nie przejmująca się wcale stanem dziewuszki Error nie zachęcała jej do zadania ów pytania. Dopiero teraz obie przystanęły, odwracając wzrok za siebie. Blada panienka powoli człapała za samicami z niepojętym wyrazem twarzy, bo ni to strach, ni to ciekawość, ni to nic, bo pewnie trudno było dziewczynce myśleć o emocjach, kiedy umierała z zimna, którego jednak zdawała się nie czuć, próbując wzbudzać w swoich oczkach różne iskierki, różnych uczuć. Mały paradoks.
Lisica westchnęła ciężko. Wzrok Lisbeth wiercił w jej umyśle, niemal każąc jej wziąć na siebie 8-latkę i zanieść ją do Jaskini na własnych plecach. Chwilę jeszcze trwało, nim schyliła łeb w geście ugody, jednak tą przerwę można wybaczyć faktem, że dziewuszka dopiero teraz zbliżyła się do samic.
- Wskakuj. - Error oznajmiła krótko, przyjmując pozycję, która w zamyśle powinna ułatwić małej wejście na grzbiet.
Dziewczynka była niewiele mniejsza od samej lisicy, a ruda nie mrówka, toteż niesienie takiego ciężaru nie sprawiało żadnej przyjemności.
Pasażerka raz po raz podnosiła główkę, by spojrzeć w kierunku, w którym zmierzali, jednak wciąż nie widząc obiecanej jaskini, kładła ją z powrotem między łopatkami lisiej tragarki. Wyciągnęła swoją krótką rączkę, by dotknąć satynowej sierści kotki, bo tylko to mogła sięgnąć, wszystko inne było za daleko. Trudno jest teraz postawić się w sytuacji małej. Jeszcze niedawno bawiła się wśród szarych ludzi na łące, kiedy teraz umiera z zimna na plechach mówiącej lisicy.
***
Mroźny wiatr odpuścił swoją srogość tej nocy, jednak wciąż dawał się mocno we znaki. Powoli spadające kryształki śniegu kłębiły się w powietrzu niczym pył anieli, delikatnie smagając ciało i uczepiając się wszelkiej sierści. Mimo przyjemności dla oka, dłuższy pobyt wśród tego piękna mógł kosztować zdrowie, toteż w Jaskini nie było tłoku, ale na pustkę również narzekać nie sposób. Połsmoczysko znów leżało tam, gdzie niegdyś, nie na spodzie groty, na wilgotnym mchu i błocie. Błękitny kamień znów ożył, rozciągając się z głuchym łomotem wydawanym przez jego zdrętwiałe kości. Odezwał się po chwili.
- Przygotujcie ogień, mleko, skóry i strawę. - Nośny ma głos, więc choćby tylko półgłosem mówił to cała polana by usłyszała. Wszelkie rozmowy ustały, a dotychczas wesołe spojrzenia ze zdziwieniem zlustrowały Seth'a. Skoro zwrócili na niego uwagę powiedział, nim jeszcze się kto ruszył. - Nie dla nas, a dla gościa. - mówił. - Przyrządźcie gęsi udziec dla małej dziewczynki, miękkie mięso łatwo strawi...
Nietrudno było o poruszenie w tej sytuacji. Wiadomym było, jak półsmok nienawidzi dzieci, a jeszcze bardziej ludzi, a tu znikąd każe przygotować gościniec dla dziewczynki. Przynajmniej nie trzeba też było prosić drugi raz, bo i każdy zrobił, o co proszono.
***
A lisica, kocica i mały gość wciąż był w drodze.
- Nie zamykaj oczu, panienko, już widzę ogień z naszego domu. - Oznajmiła kocica, by dodać otuchy małej. Pomogło, bo podniosła główkę, by obejrzeć wspomnianą jej grotę. Księżyc nie świecił tej nocy jasno, tylko pół jego obręczy wisiało na niebie, więc światło z Jaskini widoczne było jak na dłoni. Lisbeth wyprzedziła towarzyszy i pierwsza wbiegła do środka.
- Seth, jest... - przerwała. - A..., nieważne. - skończyła widząc, że nie musi uprzedzać o przybyciu Error z małą niespodzianką.
Niedługo potem zjawiła się też lisica. Złożyła ciężar obok ognia. Któreś ze zwierząt otoczyło ją baranią skórą, a i jedzenie było już niemal gotowe.
- Jakże wielka ulga dla kręgosłupa, Error Buen. - powitał ją półsmok, kiedy resztami sił wspinała się do niego.
- Kpij, póki możesz. Nie życzę ci, żebyś musiał choć jeden mięsień nadwyrężyć tak, jak ja całe ciało... - powiedziała z przekąsem, choć czuć było rozbawienie w jej głosie. - Skoro wiedziałeś, że przybywa, - kontynuowała - to pewnie siedzisz już w jej głowie, jak sądzę...? - było to polecenie, po prostu "zrób to". Półsmok pokiwał jednak przecząco łbem.
- Nie. - zaprzeczył. - Wiedziałem, że idzie, bo wy mi to powiedziałyście. - Odpowiedział, kiedy i Lisbeth do nich dołączyła.
- Seth nie potrafi wnikać w dzieci. - Wyjaśniła, na co ruda skinęła.
- Nikt nie potrafi. - mówił dalej po chwili, - Ta skaza to istny dowód na historię o Jedynym Słusznym Panu. - Nie czekał już na zapytanie, co ma na myśli, nie przerywał. - Skoro ta dziewczynka zjawiła się tutaj przez wielkiego kruka na chwilę przed poświęceniem jej Davidowi Walkerowi znaczy, że jest wyjątkową nawet wśród dziewcząt, które miały ponieść ofiarę i skrywa wielkie sekrety nie tylko samego Davida Walkera, ale i całego świata, który stworzył. Nawet datę jego końca i początku. Jeślibym mógł ją poznać, stałbym się równie wielki, jak i Jedyny Słuszny Pan.
- Więc co tu robi? - zapytała lisica, kiedy Lisbeth milczała słuchając. - Z taką wiedzą zasługuje na pomoc, nie poradzi sobie z takimi sekretami. Powinna być martwa...
Nastała chwila milczenia. Ani z zewnątrz nie dochodził żaden istotny dźwięk. Pohukiwania sów, trzeszczenie gałęzi i granie owadów. Delikatna mgła wlewała się do środka, widocznie zarysowana przez blade światło księżyca, nadające chmurze kolor mleka.
- Winna otworzyć portal, nim umrze. - dopowiedział samiec. - Sam Jedyny jej nie pozwolił, ale pewno nie z litości. Skoro do niemal samego końca wszystko było jak należy... - zastanowił się. - Pewnym jestem, że powstały portal stworzyłby komplikację.
- Sugerujesz, że...?
- Sugeruję, - przerwał jej. - że jeśli otworzono by przejście tego dnia, coś poważnie zagroziłoby nie tylko nam, ale i Davidowi Walkerowi...
***
Koniec.
Nie wiem, kto ma pisać dalej. Pokłóćcie się o to.
14 stycznia 2013
Odwiedziny
Siedziałem na ośnieżonym szczycie spoglądając na szalejące płatki śniegu. Krążyły wokół mnie, a mróz wraz z nimi, strasznie szczypał po nosie. Kichnąłem i zaśmiałem się lekko.
- No to zobaczymy, jak to ze mną było - powiedziałem sam do siebie i zacząłem zeskakiwać z jednej półki skalnej na drugą. Wiatr wiał prosto w pysk, co utrudniało oddychanie, wychodziłem właśnie z terenów Stada Nocy. Obejrzałem się jeszcze za sobą i z uśmiechem na pysku ruszyłem drogą, zapamiętaną z ostatniego wspomnienia.
Biegłem długo, nawet kiedy doskwierało mi zmęczenie czy łapy zaczęły pobolewać. Nie jedno dzikie zwierze oglądało się za mną z zaciekawioną miną. Miałem wrażenie, że pytają ,,Ej, Ty, gdzie tak pędzisz?,,.
- Przed siebie, po swoją przeszłość - odpowiadałem na niezadane pytanie i przyspieszałem tępa. W końcu trafiłem na swój cel. Zziajany wystawiłem jęzor na wierzch i patrzyłem na otaczający mnie piękny krajobraz. Za mną rozciągało się pustkowie, a zaraz później las pełen drzew iglastych i liściastych. Przede mną natomiast gęsta egzotyczna puszcza. Niby osobne, a prawie połączone, dawało to iście magiczny wygląd. Uśmiechnąłem się szeroko, nie dałem rady wyciągnąć nawet krótkiego ,,wow,,. Właśnie wtedy doznałem kolejnych uczuć. Duma - bo to był mój rodzinny dom. Zachwyt - otaczającym mnie widokiem. Zastrzygłem uchem na usłyszane odgłosy, dochodziły z gęstwin. Wciągnąłem powietrze i warknąłem cicho, jakoś był mi nie w smak.
- Gnoju! - usłyszałem naglę i zobaczyłem wilka biegnącego na mnie, a za nim jeszcze trzy inne. Amnezja... Pełno obrazów na raz... Ból głowy... Uderzenie... Tak. Dopiero ono pozwoliło mi wrócić do świata rzeczywistego.
Wilk uderzył we mnie i razem poturlaliśmy się prosto pod jedną z palm. Na moje nieszczęście wylądowałem pod nim, co pozwoliło napastnikowi przyprzeć mnie do ziemi. Warknął mi nad uchem.
- No już, już, rozumiem, że tęskniłeś - uśmiechnąłem się bezczelnie i spojrzałem mu w oczy. Ten krzyknął przeraźliwie i zeskoczył ze mnie. Postawiłem uszy na sztorc nie bardzo wiedząc co się dzieje. Zacząłem się podnosić.
- Łapać go! W tej chwili! Szybko! Szybko! Mom! Mom! Dad! - krzyczał? Nie... On piszczał, cholernie piszczał. Podniosłem się, jego goryle spoglądały na mnie niepewnie.
- Hej, hej, spokojnie, bo nas wszystkich ogłuszysz - pokręciłem łbem - zluzuj trochę bo brzmisz jak kastrat.
- Satan, quiete* - odpowiedział, tym razem zachrypniętym głosem, jakby chciał zaraz mi sprzedać mele. Dookoła nas zrobiło się zbiegowisko, wstałem na cztery łapy i potrzepałem łbem. - Ruber oculis** - warknął ten do całego stada, które na te słowa zaczęło szeptać i cofnęło się nieco.
- I co, że czerwone? - nie bardzo wiedziałem o co chodzi - Czy tutaj to coś znaczy? - spojrzałem po wszystkich, aż zakręciło mi się w głowię. Amnezja nie była przyjemna, szczególnie gdy tyle wspomnień atakowało cię na raz.
- Przepuśćcie mnie! - usłyszałem warkot z tłumów - w tej chwili! Rusz zad! - wilczyca z moich wspomnień wybiegła przed całą resztę, podeszła do ,,piszczącego,,. - Od kiedy nie ma twoich rodziców to stado upada! - warknęła w jego stronę. Na moim pysku namalował się szeroki uśmiech.
- Mom? - zapytałem w jej stronę.
- Hilarem. - uśmiechnęła się i podbiegła do mnie, wtuliła się. A ja? Po prostu dałem się przytulić, nie bardzo wiedziałem co powinienem zrobić. - Dziecko... Co ci się stało? - spojrzała na mnie zatroskanym wzrokiem.
- Mom, znajdźmy jakieś bardziej odludne miejsce. - uśmiechnąłem się. Całe stado patrzyło za nami, gdy oddalaliśmy się wgłąb lasu, niektórzy obnażali kły, inni szeptali, jeszcze kolejni unikali spojrzenia. Tylko jeden stał, stał wpatrzony we mnie z jakąś taką nienawiścią w oczach. On. Mój napastnik.
[ Jest to początek dłuższego opowiadania, więc spokojnie, będą inne części]
* - Szatan, spokojnie.
** - Czerwone oczy.
13 stycznia 2013
Jedyny Słuszny Pan #1
Wtedy właśnie zapadła ta niewymowna cisza, zdająca się wwiercać ciężkim przygnębieniem w czaszkę lisicy. Uroczystości dobiegły końca, a całe stado milczało teraz tuż przy miejscu spoczynku Kitsune. Śnieg nieprzerwanie prószył, ogromne płatki leniwie spadały na pokryte swoimi bliźniakami poszycie. Łkanie stało się teraz przyciszone, wszyscy wiedzieli, że jedyną możliwością na ciąg dalszy jest twarde utrzymanie się na nogach - zima robiła z nas odrobinę aspołecznych, głód, mróz i choroby chyba po raz pierwszy tej pory roku ucięły nasze regularne, radosne spotkania w jaskini. Rozłam teraz mógłby pociągnąć coś strasznego. Wtedy niebo przeciął ogromny kruk. Jego wielkie skrzydła uderzyły powietrze, osuwając płachty śniegu z koron drzew. Zdawał się być niemal tak wielki, jak nieboskłon - jego rozmigotane pierze było wiatrem. I wszyscy zawiesili na nim wzrok. I nikt nie powiedział słowa.
***
- Nie bądź już taki cwany, Sir. - Rdzawa samica żwawo kłusowała przed siebie, podobnie jak jej potomek. Na jej mordce pojawił się zawadiacki uśmiech. On prychnął i żachnął się teatralnie, zadzierając pysk.
- Nie wyobrażasz sobie nawet ile poświęcenia wymagało ode mnie, żeby ten baran wreszcie uwierzył. - Lis zamilkł i nagle zamarł w bezruchu, ryjąc łapami w śnieżnej masie.Wpatrzył się w ciemny punkt, odcinający się kontrastem od bieli podłoża.
- Tam coś jest. - Konspiracyjny szept uwieńczył głośnym przełknięciem śliny.
- To Lisabeth, mistrzu intryg. - Ruda parsknęła śmiechem, delikatnie pociągnęła go kłami za ucho i ruszyła ku kotce. Gdy była już wystarczająco blisko, pewny uśmiech odrobinę jej zrzedł - spojrzenie czarnej ogniskowało się u zacienionych stóp drzewca nieopodal. Dochodziło stamtąd cichutkie, szarpane spazmami łkanie. Zwolniła i już otworzyła pyszczek, chcąc przemówić do gotowej do skoku Lis, ta jednak ją uprzedziła.
- Siedzi tam od trzech godzin. Wciąż płacze i mówi, a jest tam sama. Bełkota o przeklętym szamanie, rzezi kruków i wszystko wskazuje na to, że jest obłąkana. Krwawi, ale przeżyje tu jeszcze do rana. Później znajdzie ją ktoś równie głodny. Mam wrażenie, że to ludzkie szczenię. - Zdała relację. Po cóż siedziała sama, odmrażając łapki, obserwując człowieka przez godziny? Już wspominałam o tym, jak mieszkańcy Stada Nocy stali się odrobinę zdziwaczałymi dezerterami.
- Zaprowadźmy ją do Wielkiej Jaskini. Jeżeli ma umrzeć na tych terenach, to tylko po naszej decyzji. - Odparła druga. Wtedy też Syriusz, który wcześniej czając się obchodził Lisabeth, by upewnić się czy faktycznie nie jest zabójczym stworzeniem wielkości jego ogona, natrafił wzrokiem na zacieniony obszar pod drzewcem, z którego w objęcia światła księżyca wyłaniała się blada rączka, tuż przy jego łapie.
Nie trzeba tłumaczyć, że w mig zapomniał o swoim planie pozostania nieuchwytnym i niezauważonym. Z jego niepozornego gardła wydał się paniczny skowyt, ciskając śniegiem na boki, oraz dziewczynkę dobiegł do Error i Lis. Wściekle dysząc zdradził i umiejscowienie dwójki, łapa lisicy powędrowała w stronę pyska, w geście bezgranicznego załamania.
Rączka pędem schowała się w cieniu, a łkanie ustało. Ona widziała zwierzęta, a te jej nie, wyjątkowo stronniczy układ. Lisica wystąpiła na przód.
- Nie bój się, ludzkie szczenię. Pojawiasz się na terenach Stada Nocy, winnaś teraz udać się z nami do jaskini. Tam - "zależnie od naszej woli, śmierdząca łysa istotko." pomyślała - dostaniesz coś do jedzenia, a także schronienie w zamian za przysięgę, że nie przybywasz ze złymi zamiarami i wyjaśnienia co właściwie tu robisz.- przemówiła. Na moment przymknęła ślepia, by zaraz potem brzeg drzewca zajął się płomieniami, oświetlając dwunogą. Ogień nie trawił drewna, ale i nie dostarczał ciepła, swoista atrapa - przydatna, mało kłopotliwa sztuczka.
Dziewczynka miała długie, czarne włosy, delikatne rysy bladej buzi, napuchnięte policzki i duże, brązowe oczy, które mieniły się teraz płomiennymi barwami, łypały przerażonym, zmęczonym spojrzeniem. Trzymała w dłoni małą laleczkę, kilka skrawków materiału obszytych grubą, ciemną nicią. Zaraz wstała i ukłoniła się. Jej chude nóżki ledwie ją utrzymywały. Potwornie się trzęsła, mimo warstw otulających ją koców.
- Jestem Grace, a to Millvey. - Przedstawiła i lalkę. Jej głos wciąż drżał. - Pochodzę z miasta przy górach Dangey. Mam osiem lat i mama mówiła, że jutro mój wielki dzień, wybrali właśnie mnie, żebym została oblubienicą Jedynego Słusznego Pana. - Słodki głosik łamał się coraz mocniej. - I w nocy porwał mnie wielki, czarny ptak. Nagle znalazłam się wysoko w powietrzu, nie mogłam się poruszyć, nie mogłam - Rozkleiła się na dobre, zasłoniła umorusanymi rączkami oczy. Łzy wielkie jak główki kapusty toczyły się po jej policzkach.
- Porwał i wyrzucił tutaj? - Włączyła się Lisbeth, stawiając na sztorc czarne uszy.
- Powiedział, że zostałam ostatnia, więc jeszcze nie czas na moją śmierć, że jestem potrzebna. - Ledwie dało się zrozumieć co mówiła mała. - Głupi ptak.
Lisica spostrzegła, że to nie bród zalega na rączkach dziewczynki, to złowieszcza barwa odmrożeń. Decyzja była szybka i słuszna - ruszyliśmy do jaskini, by rozgrzać ją ogniskiem i wspólnie zastanowić się nad przyszłym losem.
***
Yayayaa. Moim zdaniem w fabule za bardzo narzucono tok, ale generalnie w moim łepku zapowiada się dobrze. Następni Lisbeth, albo Seth w jaskini - wedle uznania. Żeby zrozumieć trza przeczytać fabułę.
Lis, propsy, ogromne propsy za fabułę, jesteś moim mentorem, maaaan.
I proponuję nazwać szereg tego opowiadania "Jedyny Słuszny Pan"
***
- Nie bądź już taki cwany, Sir. - Rdzawa samica żwawo kłusowała przed siebie, podobnie jak jej potomek. Na jej mordce pojawił się zawadiacki uśmiech. On prychnął i żachnął się teatralnie, zadzierając pysk.
- Nie wyobrażasz sobie nawet ile poświęcenia wymagało ode mnie, żeby ten baran wreszcie uwierzył. - Lis zamilkł i nagle zamarł w bezruchu, ryjąc łapami w śnieżnej masie.Wpatrzył się w ciemny punkt, odcinający się kontrastem od bieli podłoża.
- Tam coś jest. - Konspiracyjny szept uwieńczył głośnym przełknięciem śliny.
- To Lisabeth, mistrzu intryg. - Ruda parsknęła śmiechem, delikatnie pociągnęła go kłami za ucho i ruszyła ku kotce. Gdy była już wystarczająco blisko, pewny uśmiech odrobinę jej zrzedł - spojrzenie czarnej ogniskowało się u zacienionych stóp drzewca nieopodal. Dochodziło stamtąd cichutkie, szarpane spazmami łkanie. Zwolniła i już otworzyła pyszczek, chcąc przemówić do gotowej do skoku Lis, ta jednak ją uprzedziła.
- Siedzi tam od trzech godzin. Wciąż płacze i mówi, a jest tam sama. Bełkota o przeklętym szamanie, rzezi kruków i wszystko wskazuje na to, że jest obłąkana. Krwawi, ale przeżyje tu jeszcze do rana. Później znajdzie ją ktoś równie głodny. Mam wrażenie, że to ludzkie szczenię. - Zdała relację. Po cóż siedziała sama, odmrażając łapki, obserwując człowieka przez godziny? Już wspominałam o tym, jak mieszkańcy Stada Nocy stali się odrobinę zdziwaczałymi dezerterami.
- Zaprowadźmy ją do Wielkiej Jaskini. Jeżeli ma umrzeć na tych terenach, to tylko po naszej decyzji. - Odparła druga. Wtedy też Syriusz, który wcześniej czając się obchodził Lisabeth, by upewnić się czy faktycznie nie jest zabójczym stworzeniem wielkości jego ogona, natrafił wzrokiem na zacieniony obszar pod drzewcem, z którego w objęcia światła księżyca wyłaniała się blada rączka, tuż przy jego łapie.
Nie trzeba tłumaczyć, że w mig zapomniał o swoim planie pozostania nieuchwytnym i niezauważonym. Z jego niepozornego gardła wydał się paniczny skowyt, ciskając śniegiem na boki, oraz dziewczynkę dobiegł do Error i Lis. Wściekle dysząc zdradził i umiejscowienie dwójki, łapa lisicy powędrowała w stronę pyska, w geście bezgranicznego załamania.
Rączka pędem schowała się w cieniu, a łkanie ustało. Ona widziała zwierzęta, a te jej nie, wyjątkowo stronniczy układ. Lisica wystąpiła na przód.
- Nie bój się, ludzkie szczenię. Pojawiasz się na terenach Stada Nocy, winnaś teraz udać się z nami do jaskini. Tam - "zależnie od naszej woli, śmierdząca łysa istotko." pomyślała - dostaniesz coś do jedzenia, a także schronienie w zamian za przysięgę, że nie przybywasz ze złymi zamiarami i wyjaśnienia co właściwie tu robisz.- przemówiła. Na moment przymknęła ślepia, by zaraz potem brzeg drzewca zajął się płomieniami, oświetlając dwunogą. Ogień nie trawił drewna, ale i nie dostarczał ciepła, swoista atrapa - przydatna, mało kłopotliwa sztuczka.
Dziewczynka miała długie, czarne włosy, delikatne rysy bladej buzi, napuchnięte policzki i duże, brązowe oczy, które mieniły się teraz płomiennymi barwami, łypały przerażonym, zmęczonym spojrzeniem. Trzymała w dłoni małą laleczkę, kilka skrawków materiału obszytych grubą, ciemną nicią. Zaraz wstała i ukłoniła się. Jej chude nóżki ledwie ją utrzymywały. Potwornie się trzęsła, mimo warstw otulających ją koców.
- Jestem Grace, a to Millvey. - Przedstawiła i lalkę. Jej głos wciąż drżał. - Pochodzę z miasta przy górach Dangey. Mam osiem lat i mama mówiła, że jutro mój wielki dzień, wybrali właśnie mnie, żebym została oblubienicą Jedynego Słusznego Pana. - Słodki głosik łamał się coraz mocniej. - I w nocy porwał mnie wielki, czarny ptak. Nagle znalazłam się wysoko w powietrzu, nie mogłam się poruszyć, nie mogłam - Rozkleiła się na dobre, zasłoniła umorusanymi rączkami oczy. Łzy wielkie jak główki kapusty toczyły się po jej policzkach.
- Porwał i wyrzucił tutaj? - Włączyła się Lisbeth, stawiając na sztorc czarne uszy.
- Powiedział, że zostałam ostatnia, więc jeszcze nie czas na moją śmierć, że jestem potrzebna. - Ledwie dało się zrozumieć co mówiła mała. - Głupi ptak.
Lisica spostrzegła, że to nie bród zalega na rączkach dziewczynki, to złowieszcza barwa odmrożeń. Decyzja była szybka i słuszna - ruszyliśmy do jaskini, by rozgrzać ją ogniskiem i wspólnie zastanowić się nad przyszłym losem.
***
Yayayaa. Moim zdaniem w fabule za bardzo narzucono tok, ale generalnie w moim łepku zapowiada się dobrze. Następni Lisbeth, albo Seth w jaskini - wedle uznania. Żeby zrozumieć trza przeczytać fabułę.
Lis, propsy, ogromne propsy za fabułę, jesteś moim mentorem, maaaan.
I proponuję nazwać szereg tego opowiadania "Jedyny Słuszny Pan"
Subskrybuj:
Posty (Atom)