28 września 2013

Sen II

      Powieki unoszą się powoli, ociężale i w jednej chwili opadają z powrotem.
Widzę biel. Światło wdziera się do środka. To boli, lecz po chwili mija.
Próbuję się podnieść z ziemi, lecz coś mnie trzyma.
Łańcuchy !
Unoszę się powoli, a nogi trzęsą mi się w kolanach. Słyszę mój własny jęk.
Ból.
Nagle słyszę skrzypnięcie i przyciszone szepty. Unoszę lekko głowę, lecz widok przysłaniają mi hebanowe włosy.
- ...Nie doszła jeszcze do siebie. - Mówi pierwszy głos z jakby prośbą.
- Trzeba rozpocząć badania. - Drugi głos jest stanowczy i władczy.
- To ją zabije. - Już nie szeptają.
Słyszę zbliżające się kroki. Ktoś łapie mnie za rękę i czuję ukłucie, a potem w moich żyłach zaczyna krążyć szybciej krew.
- Przeżyje. - Kroki się oddalają, ale wiem, że tylko jedna osoba wyszła. Drzwi się zatrzaskują.
      Nie widzę go, lecz czuję obecność.
Siły mnie opuszczają i osuwam się na podłogę. Słyszę szybkie kroki skierowane w moją stronę.
Ktoś podstawia mi do ust szklankę.
- Pij. - W głosie słyszę troskę.
Zamoczyłam najpierw język po czym upiłam kilka łyków.
- Kim jesteś ? - Zapytał Głos.
Uniosłam głowę, odrzucając włosy do tyłu. Wzrok miała twardy, choć wcale nie czułam się silna. Wysoki, ciemnowłosy mężczyzna ubrany w czerń, kontrastował z otoczeniem. Jego oczy koloru wrzosu, były niczym azyl do którego bałam się wejść.
- Kim jesteś ? - Ponowił pytanie.
- Demonem. Twoim największym koszmarem. Twoim, jego i wszystkich Was największym cierpieniem. Duchem. Zmorą nocną. Córą samego diabła. Czystym Złem ! - Z każdym słowem mój głos przybierał na sile. Byłam niemal pewna, że odejdzie.
Został.
Przyglądał mi się. Widziałam jak taksuje wzrokiem moje czarne, bujne loki, jak zjeżdża niżej na zielono - czarne oczy, na kuszące, blade usta. Widziałam jak przesuwa wzrokiem po mojej zdecydowanie za chudej sylwetce i wypukłościach piersi.
Podniósł się. Miałam nadzieję, że wyjdzie, lecz on tylko przykrył mnie kocem.
Usłyszałam brzdęk metalu, a po chwili moje ręce i nogi były wolne.
Nie próbowałam uciec. Nie było sensu.
- Kim jesteś ? - Zapytał ponownie. Usiadł obok mnie i karmił owocami.
Rozejrzałam się dookoła. Biel była wszędzie.
- Mówiłam Ci. - Wyszeptałam, nie patrząc na niego.
- Nie wierzę. - Pokręcił głową wkładając mi do ust kolejne winogrono.
Spojrzała na niego surowo, lecz nie zrobiło to na nim żadnego wrażenia.
- Mam na imię Aliare*. - Moje imię nic mu nie da. - A ty ? - Czemu zadałam to pytanie ?
Ciekawość. To tylko ciekawość.
- Victor. - Co za dziwne imię.
Istoty tego świata w ogóle są dziwne.
Czułam jego wzrok na sobie. Nie chciałam, żeby na mnie patrzył. Dziwne uczucia się we mnie budziły.
- Czego ode mnie chcecie ? - Zapytałam unosząc głowę.
- Dowiedzieć się wszystkiego o Tobie. - Odpowiedział spokojnie.
Ten spokój zasiał ziarnko niepokoju we mnie.
- Dlaczego ? - Zapytałam naiwnie.
- Jesteś inna. - Odparł i wstał. Wyjął klucze z kieszeni.
- Proszę nie. - Szepnęłam cicho. Spojrzał mi w oczy i schował je z powrotem.
- Żegnaj. - Powiedział i podążył do wyjścia.
- Nie wrócisz ? - Wstałam i podbiegłam do niego łapiąc za rękę.
Odwrócił się.
- Wrócę. - Uśmiechnął się i nachylił.
Nasze wargi złączyły się w długim pocałunku. Czułam jego dłonie na swojej talii i plecach.
Oderwał się i wyszedł, zostawiając mnie w stanie niespełnienia. Wiedziałam, że nie wróci.

* Alare - łaciń. alia - inna

* * *
Podoba mnie się xD Będę kontynuować ten bezsens póki mi tego nie zabronicie lub/i skończy mi się wena. 

Drzewa mają oczy. Cz. IV

Podejście nr. dwa. Piszę tę część jeszcze raz, ponieważ sama pogubiłam się w poprzedniej wersji. Tak przy okazji dodam, że jestem wcześniej.
***
Dzień 3 cz.2 :

Jeden krok, drugi, trzeci. Stop. Spojrzałem na spalony pień, potem na każde drzewo po kolei.
- Zrobimy to po mojemu. - powiedziałem stanowczo i zmrużyłem ślepia. Usiadłem wygodnie, wziąłem głęboki wdech i zamknąłem oczy. Już po chwili znajdywałem się w postaci humanoidanej, siedziałem po turecku, a wiatr lekko rozwiewał moje włosy. Nagle jednak natchnęła mnie pewna myśl. Otworzyłem szybko oczy i wstałem. Uśmiechnąłem się w stronę Zielonych i ruszyłem ku nim. Położyłem dłoń na chropowatej korze jednego z drzew i chwyciłem zwisającą gałąź.
- Nie wiem co wam zrobił, ale pokonamy to razem. - spojrzałem po Nich wszystkich, zupełnie jakbym spodziewał się jakiegoś potwierdzenia. Nie musiałem długo czekać. Wierzba, pod którą stałem, pod wpływem wiatru oplotła mnie swoimi wiotkimi gałązkami, reszta drzew poszła za nią, kolorowe liście z ich koron zatańczyły pod moimi nogami. Zaśmiałem się.
- Proszę, proszę, co za entuzjazm. - uśmiechnąłem się szeroko i kilkoma szybszymi ruchami wspiąłem na jedną z niższych gałęzi.

Znowu siedziałem w siadzie skrzyżnym, miałem zamknięte oczy, a dookoła mnie wirowały liście.
- Co tam się wydarzyło? Pokażcie mi. - wyszeptałem i pozwoliłem działać wyobraźni. Wiatr zawiał mocniej. Czułem to na swojej skórze. Nie wiedziałem czy uznać to za zwykłe zjawisko, czy może za groźbę. Zostałem jednak na gałęzi, nie zmieniając pozycji. Obraz w mojej głowie znowu zaczął powstawać. Te same drzewa. Jednak coś się różniło. Spalony pień nadal był cały. Zrozumiałem, że mój umysł cofnął się w czasie. Historia nie toczyła się od nowa, usłyszałem ciche gwizdanie, moje gwizdanie. Wróciłem do sceny, którą widziałem ostatnio. Szedłem powoli przed siebie. Jego ciemna sylwetka zbliżała się w moją stronę, sunął między drzewami. Naglę poczułem dotyk na ramieniu. Wystraszyłem się i otworzyłem oczy. Obok mnie siedziała dziewczyna, ta sama, która kolorowała świat mojej wyobraźni. Uśmiechnęła się smutno.
- Jak? - zdziwiłem się, przecież była tylko w mojej głowie. Jak trafiła do świata rzeczywistego?
- Będziesz musiał nas poświęcić. - powiedziała, znanym mi, delikatnym głosem. Nie bardzo rozumiałem, nie wiedziałem co tu robi, a tym bardziej o czym mówi. Spojrzałem na nią pytająco. W odpowiedzi wskazała palcem drogę. Obróciłem głowę w tamtą stronę i zobaczyłem siebie. Zatkało mnie. Nie wiedziałem. Jestem w świecie rzeczywistym, czy tym w mojej głowie? Ponownie obejrzałem się za dziewczyną.
- Musisz być cicho. - patrzyła na tamtego mnie. - Teraz. - kiwnęła głową w tamtą stronę. Rzecz jasna spojrzałem za jej wzrokiem. Drugi ja nie był już sam... Pasożyt właśnie wyszedł mu na przeciw. Z wrażenia aż wstałem, chciałem zobaczyć wszystko dokładnie.
- Cofnąłem się w czasie? - spojrzałem za dziewczyną, ale jej już tam nie było. Zacisnąłem mocno zęby. Nic nie słyszałem. Nie słyszałem naszego dialogu. Rozejrzałem się dookoła. Zobaczyłem kilka idealnie rozłożonych gałęzi.  Ruszyłem powoli w stronę drugiego ja i Pasożyta. W tym czasie oni wymieniali się słowami. Napięcie narastało, On zrobił krok w stronę mojego klona. Poruszając się po gałęziach przyspieszyłem kroku. Spojrzałem pod nogi, kiedy przeskakiwałem na kolejne drzewo, udało się. Spojrzałem na nich opierając się o pień, drugi ja wisiał już w górzę.
- Cholera... - mruknąłem pod nosem, wiedziałem, że zaraz nie zdążę. Ruszyłem jeszcze szybciej, prawie biegłem, przeskakiwałem z drzewa na drzewo. Wyciągnął sztylet... Jeszcze tylko jedno drzewo. Wbił go... Na samo wspomnienie o tym zabolało mnie pod żebrami. Chwyciłem się za to miejsce, na chwilę zapomniałem, że biegnę. Razem z moim klonem upadłem, on od ciosu, ja z powodu potknięcia. Podniosłem wzrok, Pasożyt kucnął przy boku mojego drugiego ja. Patrzyłem na tą scenę z niedowierzaniem. Trzymałem się gałęzi, na której się wywaliłem, oczy miałem rozszerzone, a buzię lekko otwartą. Co teraz? Napięcie ponownie wzrosło. Drugi ja był już nie przytomny, tu zaczynała się moja amnezja.
- Witaj Hilarem... - wyszeptał do mojego klona. - Witaj Baru Saya... - gwałtownym ruchem podnosi głowę i spojrzał prosto na prawdziwego mnie. Nasze oczy się spotkały, a na jego twarzy namalował się kpiący uśmiech...
Widzi mnie...
- Nie przywitasz się?  - dodał z tą samą miną, a mnie sparaliżowało...

CDN.

27 września 2013

"Who will tell the story of your life?" Cz.6


Anger and agony
Are better than misery
Trust me I've got a plan
When the lights go off you will understand

    Ciemność otaczała ją ze wszystkich stron, nie opuszczała, otulała swym chłodnym uściskiem, dawała wytchnienie i kryjówkę. Zwykle. Jednak nie tym razem. Mrok przytłaczał, wydawał się ciężki i nieprzystępny, muskał ją zimnymi palcami i wywoływał nieprzyjemny dreszcz na kręgosłupie. Jej własne ja obróciło się przeciwko niej. Tylko że to nie był ten tak dobrze jej znany i ukochany Cień, ten był inny – zły i niebezpieczny. Niemal czuła złowrogi oddech na swym karku, problem jednak leżał nie wokół, a w niej samej – to ona nosiła w sobie Mrok, który powoli ją wyniszczał.
    Ciche, groźne powarkiwanie dobywało się z jej gardła, gdy ból falami przepływał przez zwykle silne i dumne ciało pantery. Łapy drżały słabo, gdy stawiała małe i powolne kroki, próbując dotrzeć do… Właściwie sama już nie wiedziała, gdzie zmierzała. Szła przed siebie, tylko po to, by nie poddać się wyniszczającej sile, by udowodnić sobie, że jeszcze posiada dawną wolę walki. Każdy mięsień spinał się w proteście, próbując zmusić czarną do postoju, do zatrzymania się, jednak ona szła dalej. Z pochylonym nisko pyskiem i zmęczonym wzrokiem fioletowo-zielonych ślepi utkwionym w lesie przed nią.
    Wspomnienia opanowały wszystkie jej myśli, mieszając się z palącą świadomością słabnącego organizmu. Chciała wiedzieć, dlaczego kiedyś przyjazne żywioły poczęły obracać się przeciw niej, dlaczego nie mogła przywołać ognia, nie odczuwając miażdżącego uczucia za uszami. Stając przy magicznych artefaktach, po raz pierwszy w tym życiu poczuła, że zaczyna poznawać swój los, rozumieć wspomnienia pierwszego życia, które ponownie nawiedziły jej umysł.

**
    - Dlaczego odczuwam ból? – zapytała białowłosa, spoglądając na Kasydiona, który spokojnie jechał na swym wierzchowcu tuż przy boku jej białej klaczy. – Nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło – dodała ciszej, spuszczając wzrok na blade dłonie ściskające wodze.
    - Taki jest nasz los – odpowiedział powoli brunet, zwracając spojrzenie błękitnej tęczówki na dziewczynę. – Połączenie z każdym następnym żywiołem przynosi ból, im więcej żywiołów, tym większe cierpienie. Dlatego nigdy nie istniał żaden z nas panujący nad wszystkimi sześcioma – każdy prędzej czy później wariował i ginął.- Głos czarnowłosego był spokojny, ale również zabarwiony goryczą, zupełnie jakby znał los tych, o których mówił.
    Akallabeth wciągnęła na chwilę powietrze, przymykając powieki. Tylko dwa żywioły, tylko przy użyciu jednego odczuwała ból, a jednak echo tego ciągle tkwiło w jej umyśle, nigdy nie znikając.
    - Czy ty też tak cierpisz? – Spojrzała na mężczyznę, ale on nie patrzył już na nią. Wzrok utkwiony miał gdzieś w przestrzeni przed nimi.
    - Nie aż tak, Cień poniekąd niweluje ten efekt – odparł z zamyśleniem ale również pewnym smutkiem wymalowanym na twarzy. Spojrzał na dziewczynę, potrafiąc sobie wyobrazić, jak musiała cierpieć. Nie potrafił wytrzymać tej myśli, odwrócił wzrok. – Nacierpiałem się przez niego już wiele i jeszcze wiele się nacierpię. Nigdy też nie dam rady opanować żadnego innego żywiołu – dodał głosem wyzutym z emocji, całkowicie bezbarwnym.
    Białowłosa uniosła brwi w zdziwieniu. Ciągle łapała się na tym, że kiedy już zaczynała wierzyć w potęgę ich podobnym, Kasydion sprowadzał ją na ziemię. Przeczył wszystkiemu, co myślała.
    - Dlaczego?
    Uśmiech, jaki jej posłał, pozbawiony był humoru – ponury, pełen goryczy, ścisnął ją za serce bardziej niż jakiekolwiek słowa.
    - Cena za nietykalność. Nie urodziłem się z Cieniem, nie dostąpiłem połączenia, wykupiłem sobie jego posłuszeństwo – wyjaśnił spokojnie, coraz bardziej zadziwiając dziewczynę. – Ciemność jest jedynym żywiołem, który obdarzy połączeniem tylko wybranych. Inni muszą sobie na to zapracować.
    Chwilę milczeli, zanim do głowy białowłosej przyszło jeszcze jedno pytanie.
    - Da się jakoś pozbyć tego cierpienia?
    Kasydion posłał jej krótkie spojrzenie, po czym uśmiechnął się pod nosem.
    - Owszem – zaczął. – Musisz połączyć się z każdym żywiołem…

**
    Potknęła się, prawie niwecząc wszystkie swoje wysiłki w próbie nie poddania się mrokowi. Zacisnęła szczęki, podrażniając ledwie zasklepione ranki na dziąsłach – krew spłynęła spomiędzy kłów, ledwie widoczna na ciemnej sierści.
    Dwa żywioły. Tylko tyle, tylko dwa połączenia. Mrok demona musiał uruchomić mechanizm obronny, ale równocześnie sam w sobie zabijał ją od środka. Musiała przetrwać, tak jak przetrwała własną śmierć, ocalona przez Cień. Wybrana, obdarzona połączeniem.
    Warknęła wściekle, ogon strzelił przy drżących bokach, a pantera trzęsąc się, ponownie stanęła na równych łapach. Krok, jeden, drugi, trzeci. Mięśnie spinające się w proteście i miażdżący ból za uszami. Niewidzialny płomień spalał jej duszę, ale szła dalej.
    - Nie tym razem – mruknęła pod nosem, przyspieszając kroku. Wzrok utkwiony miała przed sobą, krew buzowała jej w żyłach, a śladowe ilości adrenaliny pozwalały przetrwać nieustępliwy ścisk w piersi. 

**
    Na polanie panowała całkowita ciemność, ognisko nie płonęło, a w oknach domków nie widać było żadnego światła. W ogromnym, drewnianym budynku panowało poruszenie, widzieli to nawet z przeciwległej strony obozowiska. Rzucili sobie porozumiewawcze spojrzenia i zgodnie ruszyli stępem przez polanę. Coś było nie tak, gdy zatrzymali się przed drzwiami, Aldamir wychynęła z budynku w białej sukni i z łagodnym uśmiechem na twarzy, jakby właśnie ich oczekiwała.
    - Jesteście w końcu, nie mogliśmy doczekać się waszego powrotu – oznajmiła, kiedy zeskoczyli na ziemię, a ich wierzchowce zaczęły paść się spokojnie.
    Brunet od razu stał się podejrzliwy, zauważając brak bransolet na nadgarstkach przywódczyni. Ewidentnie coś knuła i obawiał się, że może to być dla nich bardzo niekorzystne.
    - Jak udała się misja? – zagadnęła, schodząc po kilku stopniach i stając tuż przy nich. Akallabeth widocznie również wyczuła groźbę niebezpieczeństwa, ponieważ rzuciła Kasydionowi krótkie spojrzenie, które nie uszło uwadze szatynki.
    - Dobrze, ale musieliśmy ich przegonić – odpowiedział brunet, zanim białowłosa zdołała się odezwać. Miał nadzieję jakoś odszyfrować zamiary przywódczyni. – Już się więcej nie pokażą, Akallabeth napędziła im stracha – dodał, uśmiechając się lekko do dziewczyny, która również odwzajemniła gest. Grali spokojnych i szczęśliwych z ukończenia misji, a przywódczyni zdawała się to kupować.
    - To nic takiego, po prostu trochę pobawiłam się ogniem – stwierdziła skromnie białowłosa, zgrywając nieśmiałą.
    Aldamir uśmiechnęła się ciepło, jakby właśnie była dumna ze swoich pociech. Niemal matczyne gesty wyglądały bardzo prawdziwie, jednak brunet nie dał się temu zwieść. Jego obawy rosły z każdą chwilą.
    - Świetnie. Chodźcie do nas, wszyscy chcą wam pogratulować. Nawet urządziliśmy niewielkie przyjęcie – powiedziała szatynka, puszczając im perskie oko i rozciągając usta w rozbawionym geście.
    - No sama nie wiem, jesteśmy zmęczeni – odparła powoli i jakby z zakłopotaniem białowłosa, ona również zaczynała mieć niepokojące przeczucie co do zamiarów ich przywódczyni.
    - Rozumiem, na pewno podróż was wykończyła – przyznała z troską Aldamir, jednak nie miała zamiaru odpuścić. – Ale może wejdziecie chociaż na chwilkę, długo na was czekaliśmy. Potem będziecie mogli odpocząć do woli – zaproponowała pojednawczo, jakby rzeczywiście w trosce o nich.
    Para wymieniła między sobą spojrzenia. Oboje nie chcieli tam iść, jednak wiedzieli, że nie mają wyjścia. Kasydion niemal niezauważalnie skinął głową, a Akallabeth uśmiechnęła się lekko i odwróciła do przywódczyni.
    - Dobrze, na chwilkę – zgodziła się. Podążyli za szatynką do wnętrza budynku, nie mając pojęcia, że ta noc skończy się dla nich gorzej, niż przypuszczali.

**
    - Głupia, miałaś tam nie iść – szepnęła, przymykając powieki, oczami wyobraźni widząc wnętrze. Twarze przyjaznych magów, lekko smutne, błękitne oczy złotowłosego Alcarina, błyszczące się brązowe tęczówki Lithii i czarne tatuaże wokół nadgarstków Aldamir. To były jej wspomnienia, i chociaż tak odległe, z zupełnie innego życia, bolały jak prawdziwie.
    Łapy zadrżały niebezpiecznie, gdy przystanęła na chwilę, by nabrać głębszy oddech. Otworzyła ślepia, spoglądając na ściółkę, na liście poruszane przez jej urywany, ciężki oddech. Mrok przeszywał ją bólem wręcz porównywalnym do tego, który czuła w tamtym życiu. Jakby spalano jej duszę, jakby coś niszczyło ją od środka, powoli pożerało ciało i ducha, na zawsze. Nie miała już siły iść, nie miała siły by walczyć, ledwie trzymała się w pionie. Czuła, że zaraz uderzył o podłoże, upadnie i już nie wstanie. 

**
    - Wybacz, nie mogę pozwolić, byś chodziła pośród nas….
   - Co?! Czekaj, co wy robicie?! – Próbowała się wyrwać, ale przywiązali jej nadgarstki do metalowych obręczy, była całkowicie unieruchomiona.
    - Czy tego nie widzisz? Już niszczysz samą siebie, my tylko oszczędzimy ci cierpień…
    - Nie… Nie, poczekajcie, przecież nic wam nie zrobiłam – rozpaczliwe próbowała się bronić, ale smutny wyraz oczu Aldamir mówił wszystko. Tej nocy miała zginąć, na zawsze, i nikt nie mógł jej pomóc.
    - Stwarzasz zagrożenie dla siebie, tak samo jak i dla nas. Już oszalałaś, nie mamy wyjścia…
    Ogień. Czarny ogień ogarnął wiązki drewna ułożone wokół niej. Powoli piął się po gałązkach, aż w końcu sięgnął jej skórzanego stroju. Duszący dym dostał się do gardła, powodując uciążliwy kaszel, niemal uniemożliwiając wykrzyczenie tego, jak wielki ból przeszył jej nogi, a potem ramiona. Ogień powoli trawił skórę, ale równocześnie jakimś nieznanym sposobem zdawał się rozpalać wnętrze klatki piersiowej, rozprzestrzeniać się wewnątrz ciała. Gorące powietrze wysuszało każdą łzę, która zdołała spłynąć po osmalonych policzkach. 
    W obliczu niechybnego końca miała wrażenie, że przed oczami widzi dwukolorowe tęczówki bruneta. Ciemność ogarniała ją, powoli mieszając się z bólem, który począł być dziwnie odległy. Wpadła w stan otępienia, chociaż jej ciało i dusza ciągle spalały się w czarnym ogniu. Miała zostać unicestwiona na zawsze, taki był plan. Przymknęła powieki, czując, jak odpływa. Zanim całkiem wyłączyła się jej świadomość, zanim zaakceptowała fakt, że umiera, usłyszała jeden, znajomy szept: „To jeszcze nie jest koniec…”
    Przymknęła powieki, a lekki uśmiech rozciągnął jej wargi. Biały płomień, niczym błyskawica przeszywając burzowe niebo, rozświetlił na sekundę Mrok pochłaniającej ją Czarnej Śmierci, zanim jej dusza na zawsze opuściła to ciało.

**
    Krok, jeden, drugi, trzeci. Drżące ciało, tak słabe, że prawie niezdolne do ruchu. Miażdżące uczucie w czaszce, które odbierało zdolność logicznego myślenia.
    „Poddaj się, to już koniec…”
    Ból rezonujący z piersi aż po koniuszek ogona, falami zalewający każdą kończynę, pozbawiając panterę uczucia równowagi. Chwiała się, próbując utrzymać się na równych łapach, podpierając się bokami skrzydeł. Uszy ciasno położyła na czaszce, ogon ledwie ruszał się przy boku. Chrapliwy oddech wydobywał się spomiędzy zaciśniętych szczęk. Strużka krwi zastygła na brodzie, a poranione dziąsła dodawały otępiającego bólu. Świat wydawał się rozmazywać przed oczami, gałęzie poruszały się leniwie, szeptały jej do ucha niestworzone opowieści, budząc dziwny lęk, ściskając za wnętrzności. Z Mroku dziwne stwory szczerzyły do niej upiorne szczęki pełne ostrych kłów, blade ślepia obserwowały każdy ruch z zakamarków Cieni. Księżyc zdawał się wyśmiewać marne próby dojścia do celu podróży.
    „Nie dasz rady, poddaj się…”
    Czarny płomień znów spalał jej wnętrze, domagał się ofiary, której pożądał, której nie dostał, a która należała mu się od dawna. Łaknął duszy, pożerał ją, przywołując wszystkie bolesne wspomnienia. Rujnował wyobrażenie świata, spychał w dół przepaści, z której nie było już ucieczki. Naśmiewał się z jej daremnych wysiłków, uczynił z drapieżcy swą własną ofiarę.
    Chrapliwy, wściekły warkot dobył się ze spierzchniętego gardła pantery. Pazury wbiły się w poszycie, a mięśnie napięły w gotowości, boleśnie protestując. Uśpiona wola walki na nowo zaczęła rozpalać wnętrze czarnej, walcząc z ogarniającą ją beznadzieją. Ogon począł na nowo strzelać przy bokach, oddech przyspieszył niebezpiecznie, a w żyłach wraz z Mrokiem popłynęła adrenalina.
    - Nie tym razem – powtórzyła, warcząc pod nosem. Zeschnięty przełyk palił nieprzyjemnym bólem, ale przynajmniej odciągał myśli od wyniszczającego Mroku.
    Czuła, jak jej barki trzęsą się z wysiłku. Jak łapy ledwie utrzymują ciężkie ciało, a mięśnie z każdą sekundą słabną. Usłyszała też, jak wokół poczęła zrywać się wichura, poczuła, jak powietrze wypełnił zapach nadciągającej burzy, pod przymkniętymi powiekami dojrzała biały blask pioruna, a po chwili ciszę przerwał potężny grzmot. Nowe odczucia wypełniły jej ciało, ucisk na czaszce zdawał się mniejszy, a spalający ją Mrok wezbrał na sile. Zatrzymywała w sobie to wszystko, każdy dźwięk, każdy zapach, każde pojedyncze drgnięcie ciała, każdą falę przeszywającego bólu, aż wreszcie stała się kłębkiem czystej wściekłości. Gdy ściana deszczu uderzyła o ściółkę, wraz z kolejnym grzmotem dała ponieść się instynktom, uwolniła tę najpierwotniejszą istotę. Z rykiem całkiem niepodobnym do niej wybiła się z miejsca i ruszyła przed siebie, gnając przez las tak szybko, jak jeszcze nigdy w życiu.
    Mięśnie z każdym krokiem wysyłały fale drętwiejącego bólu wzdłuż kończyn, Mrok coraz szybciej począł rozprzestrzeniać się po jej ciele, mieszając się z adrenaliną buzującą w krwi, a zmęczenie zamieniło się w czystą furię. Obłęd w fiołkowo-zielonych ślepiach, chrapliwy oddech i obnażone, pokryte krwią kły – tak prezentowała się teraz pantera, sama ze sobą walcząc, by przebiec kolejne metry. Wiatr gnał ją do przodu, deszcz strugami obmywał umęczone i obolałe ciało, ziemia pod stopami była miękka i idealna do biegu, błyskawice raz po raz rozświetlały niebo, wypełniając powietrze ogłuszającym dźwiękiem, a cienie wychylały się ze swej kryjówki, by owinąć chłodnymi mackami panterę. Mrok w jej duszy zaczął powoli wycofywać się, opuścił kończyny, gnieździł się w piersi, niemal odbierając oddech. W finalnej fazie, gdy myślała już, że zaraz braknie jej tchu, gdy ostatecznie ból ścisnął jej serce, wypadła spomiędzy drzew na pustą polanę, a Mrok rozpłynął się po kończynach, pozostawiając za sobą tylko echo niedawnego cierpienia.
    Zamrugała, dysząc ciężko i rozglądając się wokół. Deszcz zelżał, wiatr niemal całkiem się uspokoił, a błyskawice przestały przecinać zachmurzone niebo. Jeszcze chwila, a burza całkowicie odeszła, księżyc na nowo pokazał się na nieboskłonie, oświetlając polanę swym blaskiem.
    Ostatkiem sił zrobiła kilka drżących kroków w stronę niezapalonego ogniska, słaniając się na boki ze zmęczenia, ledwie utrzymując się w pionie, dla podparcia używając skrzydeł. Pokonała wyniszczający ją Mrok, ale czuła, że jeszcze bardzo długo będzie osłabiona, a zdarzenie to odciśnie piętno na jej życiu.    
    Upadła bokiem na ziemię tuż przy drwach ustawionych na ognisko, nie dała rady przejść więcej. Ciężki oddech powoli uspakajał się, gdy leżała na wilgotnej trawie, wpatrzona przed siebie. W fiołkowych ślepiach niewiele było widać prócz zmęczenia, a jednak wydawały się być spokojne, nawet zadowolone. Cienie przenikały skórę pantery, owijając jej ciało czymś przypominającym niewielką mgiełkę.
    Podniosła wzrok na wilgotne drewno, jakby przygotowane do rozpalenia ogniska. Nie namyślając się długo wykrzesała ostatnie dawki adrenaliny buzującej jej w żyłach i posłała iskrę, która roznieciła płomień. Po chwili wszystkie drwa zajęły się ogniem i oświetliły polanę wokół, dostarczając przyjemnego ciepła. Niewielki ból przeszył czaszkę czarnej, ale nie wydawał się już taki zły. Przeciwnie, ból zmęczonych mięśni wydawał się najsłodszym uczuciem, jakie teraz ogarnęło jej ciało – jedynym prawdziwym i słusznym.
    „To jeszcze nie koniec…”
    Uśmiechnęła się lekko pod nosem i przymknęła ślepia, nasłuchując dźwięków lasu.

Pain, without love
Pain, I can't get enough
Pain, I like it rough
'Cause I'd rather feel pain than nothing at all



[Naszło mnie, więc powstała ostatnia część tej serii. Dość niejasna, ale taka ma być. Mrok, o którym jest tutaj mowa, to ten z naszego zadania - jak pewnie niektórzy się domyślali. Trochę krótkie, średnio mi się podoba, ale chyba ujdzie w tłumie. Gratuluję tym, którzy przebrnęli.
Fragmenty tekstu pochodzą z piosenki "Pain" - Three Days Grace]