9 grudnia 2012

Białe Stado (Zadanie)


Stado tygrysów wzburzone i pełne furii gromadzi swoje siły. Zmierza ku terenom Nocy, nie jest ich potęga, wielu wyłamało się i zostało straconych, pozostali tworzą jednak zwartą gromadę. Nie wyglądają na nastawionych przyjaźnie.
____________________________________
Baru.
Czyń swoją powinność. Ważny aspekt zadania - sam musisz ocenić gdzie się zaczyna i gdzie kończy Twoja rola.




Nagły zryw, skoki, warki, obce odgłosy.

Miałem właśnie nos przy ziemi, kiedy z daleka doszły mnie dziwne hałasy, gwałtownie uniosłem łeb i zastrzygłem uchem. Seth niedawno wrócił, widziałem jego sylwetkę na niebie, to oni, rozwścieczone stado. Nie bardzo wiedziałem co robić więc zaufałem instynktowi. Cichy warkot wydobył się z mego pyska i ruszyłem, prosto na grupkę kotowatych. Zatrzymałem się kawałek przed nasza granicą i nasłuchiwałem, byli coraz bliżej, w końcu z daleka dostrzegłem ich sylwetki. Zniżyłem nieco łeb i spoglądałem na zbliżających się spod byka, napiąłem mięśnie, a wiatr, jakby ich sprzymierzeniec zawiał pod włos. Zatrzymali się, najwyraźniej zapach mój podrażnił ich nozdrza. Nie chciałem się ukrywać, byłem na widoku, wiedziałem, że oni wiedzą o mnie. Warknąłem głośniej, tak, aby mnie usłyszeli. Noc osłaniała moją postać, jedyne co dało się widzieć to zmrużone krwiste ślepia, wpatrzone w duże koty. Jeden z nich rzucił się na przód, wyszczerzył kły, spokojnie czekałem, ale naglę inny skoczył ku niemu i wywalił go.
- Zabili go! Chcą poczuć nasze kły na karkach, a więc poczują! - krzyknął leżący.
- Dyplomatycznie. - warknął na niego większy i ruszył w moją stronę. Chciałem przytrzymać ich jak najdłużej, tak aby moi bracia i siostry zdążyli się przygotować. Kiedy kocia łapa musnęła naszą granicę zawarczałem, ten cofnął krok. - Czemu tak agresywnie przyjacielu? Czy może nie jesteś mile do nas nastawiony? - Coś jakby we mnie pękało, wręcz wrzało, wszystkie poznane tu pyski przeleciały mi przed oczyma, poczułem dziwne kłucie w okolicach oczu. - Nie rozmawiać tu przybyłeś, lecz zabijać wraz z pobratyńcami. Postaw któryś łapę, tam gdzie nie powinien, a rozszarpię. - powiedziałem dosyć oschle, nadal patrząc na niego, w myślach zaś obliczałem ilu ich zostało. Nie wiem czy mój wygląd czy też słowa tak na niego podziałały, ale cofnął się kolejny krok i milczał, długo milczał. Spokój ten przerwał narwany młodzieniec, doskoczył do boku towarzysza.
- Wydajcie nam Błękitnołuskiego, a wojny nie będzie! - warknął. - Jego łbem i krwią ozdobimy nasze stado. - Zaśmiał się, a wraz z nim pozostali, tylko jeden milczał. - Błękitnołuski ruszyć wiele by się nie musiał a twoja zachłanna, młodzieńcza dusza wyła by z bólu. - warknąłem i zacząłem zbliżać się powoli ku nim. - Nie widzę powodu by wam go wydawać. - Zwróciłem się ku milczącemu, a i reszta umilkła na me słowa. Młody jednak nie odpuścił. - A więc i twoje krwiste oczy ozdobią nasze tereny. - Ruszył w moją stronę, przekraczając przy tym granicę. Coś kazało mi się po prostu na niego patrzeć, nic więcej co patrzeć, a więc i tak robiłem, czas jakby zwolnił, zauważyłem, że i pozostali powolnym, niczym żółwim tempem ruszają w moją stronę, jakby otoczyć chcieli mą postać. Nagle z nosa młodziaka zaczęła płynąc krew, mały strumyk, po chwili i z ucha, patrzył na mnie szczerząc kły, potrząsł łbem, czując ciecz wypływającą z ucha. Kolejny strumyk popłynął z drugiego ucha, usłyszałem ciche ,,kap,,. Koci wzrok stał się mniej pewny, a ruchy zrobiły się bardziej chwiejne, spojrzał na krople krwi pod swoimi łapami. Spanikował, odskoczył w tył, nadal mu się przyglądałem. Cała reszta gwałtownie zatrzymała się i spojrzała na swojego towarzysza, odruchowo zawyłem, na znak, aby Stano Nocy było w gotowości, oczy przeciwników teraz powędrowały w moją stronę, ale kiedy młody tygrys zaczął się szamotać i odwrócił w ich stronę, na ich pyskach dało się zauważyć zdziwienie, cała jego biała sierść nabierała koloru mych oczu, a strumyki krwi nie miały zamiaru się zatrzymać, słabł w oczach.
- Ty.. ! - krzyknął jeden z nich i rzucił się na mnie, wykonałem zgrabny unik i zadrapałem koci bok, wyszczerzyłem kły. Teraz nawet i milczący wykonał ruch, zamachnął się aby mnie uderzyć, ale moje kły wbiły się mocno w jego łapę, warknął z bólu, cała gromada, a było ich 8 ruszyła na mnie z kłami i pazurami. Puściłem łapę i rzuciłem się w przeciwną stronę od polany, ruszyli za mną. Co chwilę zatrzymywałem się, aby oddać kilka ciosów, rzucali się dwójkami a nawet trójkami. Warknąłem i zacząłem kaleczyć ich pazurami. Nagle każdy po kolei, którego drasnąłem zaczęli padać jak muchy.
- Co jest?! - cztery pozostałe, otoczone leżącymi pobratyńcami spojrzały na mnie. Sam nie wiedziałem co jest grane, z rannym bokiem i pyskiem stałem nadal warcząc.
- Idź.. - rzucił jeden, obserwowali mnie a ja ich, przy okazji nasłuchiwałem, czy nie zbliża się ktoś ode mnie. Trójka patrzyła na mnie a jeden odłączył się i podszedł do leżących. - Żyją, ale.. są - zamilkł na chwilę - sparaliżowani - dodał prawie nie słyszalnie i spojrzał na mnie, warknęli razem, jakby się umówili co, gdzie i kiedy. Sam się zdziwiłem, ale nie dawałem tego po sobie poznać.
- Zaraz będzie tu cała sfora. Radzę wam usunąć się z tych terenów - zacząłem patrzeć na nich z pod byka - nie będzie litości.. - napiąłem mięśnie w razie co, usłyszałem jakiś szmer, nadal jednak nie odrywałem od nich wzroku. Oni również stali lekko wmurowani, jednak wciąż obnażali kły...

***

[Stwierdziłem, że nie będę od razu dokańczać co i jak, wasza decyzja czy odpowiecie na moje zawołanie, czy będę musiał pozbyć się ich sam, najwyżej dodam część drugą.]

8 grudnia 2012

Melvo Białostadny tak swe życie skończył.

Szpieg doniósł, że intencje Melvo nie są szczere, co więcej prawdopodobnie uśmiercił on swoją siostrę. Tygrys ma w planach wykorzystać władzę nad terenami do własnych celów, na czym jako pierwsze ucierpieć ma Stado Nocy. Lud długo nie otrząśnie się po śmierci Esmene, prognoza jest jednoznaczna - stado kotów pójdzie ślepo za swoim przywódcą.
_____________________________________

Seth.
Cel jest pozornie prosty, zlikwidować Melvo. Po utracie samicy Alpha niemal nie spuszczają go z oka, czujka dzienna na zamianę z nocną wyczekują kogokolwiek kto ośmieliłby się podnieść na niego łapę. Nie możesz zostać dostrzeżony, Misty Land ma Stado Nocy za swojego sojusznika, nieprawidłowy ruch mógłby spowodować wojnę z której nie wyszlibyśmy cało.Melvo jest zaawansowanym magiem powietrza.




 - Nie jestem szczęśliwym, że podjęłaś się tego zadania, Raksho Morte... - Myślał sam, ku sobie, chwilę jednak potem zwrócił się do Error. - Zwiad oznajmił mi, jakie korzyści miałby Melvo ze śmierci Enesme. Jednak wciąż nie są mi jasne powody, dla których potrzebne mu górowanie nad Białym Stadem.
 - Jeżeli nie zginie, musisz być świadomy, co chce zrobić... - Odrzekła na jego słowa.
 - Jestem świadom, ale i powód tej nienawiści jest mi nieznany. Co chce osiągnąć, kiedy uszczerbek na naszym Stadzie wyprowadzi...?
 - Twoim zadaniem jest jedynie uśmiercić Melvo.
 - Jeżeli zabiję go to z pewnością nie dowiem się, jakie miał plany i co zrobi, kiedy któryś się nie powiedzie... Zapadła chwila zrozumiałeś ciszy. Błękitnołuski wiedział, że cokolwiek powie teraz Error, nie pomoże mu to, tak więc kiwnął jedynie łbem, by potem oddalić się na zewnątrz Wielkiej Jaskini. Zaciągnął się mroźnym wiatrem, aż pełne miał płuca i westchnął ciężko.
 - Tempus occidendi...* - Powiedział, nim oddech wiatru i śnieżny obłok zasłonił jego ciało, a gdy zniknął, zniknął z nim Złodziej.

Kiedy przyszła noc, przyszło mu życie. Otwarł oczy, by zabłysnęły światłem, którym raził nocny pan na niebie. Rozwarł szeroko szczęki, gardziel swą nadął, a wydał potem głośne, płaczliwe wybrzmienie, ryk wśród nocnej ciszy, krzyk wśród płaczu nieba i skrzydła swe rozwinął i wzbił wśród koron drzewca. Białe Stado wtem sygnał swój wydało.
 - Ktoś na niebie! - Czuwający jeden do drugiego, rykiem oznajmiając przybycie.
Melvo, czujny w dzień i czujny w nocy na powitanie gościa nieproszonego wyszedł, wyraźnie dając, by Seth zrozumiał, że jest niechciany.
 - Przywiało Nocnego, jak zarazę... - Warknął. - Czym zawdzięczam to, żeś mnie wybudził.
 - Wiem przecież, że nie sypiasz, Melvo Białostadny. - Odpowiedział półsmok. - Boś zbyt bojaźliwy o to, co masz, byś mógł zginąć, kiedy zamkniesz ślepia... - I on zakpił.
 - Masz tupet, by tu przybywać...

~Nie trzeba mi kłopotów, jaki jego powód?
Może przybył, że na zdradę mą na dowód?
Nie, nie może, gdyż o wszystko dbałem!
Nikt nie widział, że to ja z wizją posłałem!~


 - Och, Melvo, czym się trapisz, że milczysz, kiedy przybyłem?
 - Niczym, co ty powinieneś wiedzieć. Siostra ma zmarła, a ty masz czelność, by nachodzić mnie w moim domu z taką pogardą się ku mię odnosić!?
 - Kiedy ja pełen szacunku, wiem co znaczy, kiedy na barki spada taka odpowiedzialność, Melvo Białostadny... - Zadbał półsmok, by w tym drwiny nie było.

~Niech go szlag! Czyżby coś on wiedział?
Nie, ja widzę, przecież by powiedział!
Słowem dałby znak, by się go obawiał...
Boże, bym ostrożnie sprawy stawiał...~


 - Czyżbyś znowu się zamyślił? - Zapytał, choć udawał jedynie, że poirytowany.
 - Tak, wybacz, chcę odpocząć. Usnąć. - Skłamał.
 - Dobrze więc, odejdę, rozejrzę się jedynie w koło, jeśli mogę.
Nie czekał na odpowiedź, bo czuł, że w myślach pragnie, by półsmok jak najprędzej zniknął. Oddalił się szybko, a cokolwiek Melvo mówił, to udawał, że już głuchy. Łapał tyle, co w koło myśleli, wszystko, co tylko dałoby mu wiedzę, co i kiedy Białostadny robi, kiedy i gdzie się udaje, z kim i co tam czyni.
 - Jutrzejsza noc, gdzie blask pełnego księżyca twarz mu przyozdobi, tedy w samotności rytuał ma odbyć. Nie będzie przeto sam, gdyż dwójka czujek za nim idzie, bo i oni są nieszczerzy.

Przyszedł nowy dzień i nowa noc nastała.

Cóż za mroźna góra, którą całą stado całe waruje? Ach, przecie idzie ku jej szczytom Melvo, zleceniobójca swej siostry na rytuały, które wynieść na wyżynę go mają. Gdy tylko gadzie samcze podejdzie pod zwały góry, tedy zabiją, bo na Święte swe miejsce bronią każdego, by kto nikt nie podszedł, a gdy lotem spróbuje, każdy, kto na ziemi go ujrzy, tedy Melvo zdoła uciec. Czujki raz to w lewo, potem w prawo spoglądają, a gdy nie dojrzą stojącej niedaleko jednej, tedy rykną, tedy Melvo zniknie. Cóż za sztuka, która pozwala by spojrzeć w czyjeś zmysły, a co za sztuka, która pozwala je zmieniać...? Kiedy tylko czujka jedna lub druga dostrzegła, że samiec się zbliża, tedy magią jej umysł otępiał, zmieniając wspomnienie, którego jeszcze nie ma, że Seth'a nigdy nie było, nikt czujek nie mijał.
 - Toż to proste, jakie z nich są czujki...? - Zapytał sam do siebie, jednak minąć musi całe stado teraz, które zerka ku szczytu, by oglądać, jak ich przyszłe władze idą po to, co nieprawdą i zbrodnią zdobyły. To się nie uda, nie tą techniką, zbyt wiele umysłów, które trzeba by zmylić, któreś dostrzeże i któreś krzyknie, Melvo - zniknie... Tylko chwila, gdzie jest półsmok? Tam gdzie stał teraz jedynie blask jego oczu, które po chwili zostawił... Wśród śniegu się gubił, wśród wód zanikał, przybrał kolor lodu, niewidoczny dla ślepca, a kto uważny tylko go dojrzy. Lecz które, powiedzcie, które teraz patrzy na co innego, niż na Białostadnego? Więc przemknął w ciszy, pod grotę wejście, a wewnątrz już tylko Melvo i dwójka jego wspólnych zdrajców Białego Stada. Ci dwaj zostali, jedynie brat Enseme wszedł dalej. Nie było już jak nadal się ukryć, więc wszedł bez ceremonii, ale to jednak tyle szybko, by nim głos wydać z siebie zdołali, wyciągnął z nich Dusze obojga i pożarł, nim kto by mrugnąć zdołał...

Już tylko Melvo sam pozostał, głęboko wewnątrz góry rozłamów. Usłyszał, jak bezwładnie padły jego sługi. Odwrócił się i dojrzał tylko błysk błękitny, które dobrze już poznał.
 - Do znów Ty, czyżbyś zabić mnie próbował? Któreś już ze stada twego siostrę mą mordował!
 - Ależ nie mów, wiem, kto winny jej śmierci. - Odpowiedział.

~Wśród nas jest więcej, więcej mych sługów!
Zginę, ale sługi mają dość na was dowodów,
by wytoczyć bitwę i uśmiercić każdego
wojnę Stada Nocnego i Stada Białego...
~

 - Mortuus
Anima...**
Melvo Białostadny tak swe życie skończył.

Czy nie chciałeś wiedzieć, dlaczego pragnie nas uderzyć? Chciał, lecz i sam Białostadny tego nie wiedział. A niedługo przyjdą, bo tak im nakazał...

~~~~~~~~~~
*Tempus occidendi - Czas zabijać.
**Mortuus Anima - Martwa Dusza.
~Tekst~ - Myśli Melvo.
~~~~~~~~~~

Sam sobie nie rozpatrzę zadania, więc niech zadecyduje o nim Error, która je napisała.

7 grudnia 2012

" I, I feel like a monster" (Zadanie)

Stado Misty Land, którego tereny niemal zazębiają się z naszymi nie ma złej renomy - wręcz przeciwnie, ziemie obfitują tam w docenianą przez zwierzynę łowną roślinność, te same wody od lat gaszą pragnienie pokoleń, a istoty żyją tam w harmonii i pokoju.
Rodziną górującą w tym miejscu są białe tygrysy. Stoją na szczycie łańcucha pokarmowego, a także hierarchii.  
_____________________________________ 
 Raksho.
 Wieczorną porą do wielkiej jaskini wparował zwierz, nie sposób było dojrzeć jego oblicza, ponieważ wiatr zadął z ogromną siłą podrywając do lotu piach u stóp. Łypnął złotymi ślepiami przekazując Ci wizję; białą tygrysicę pośród spokojnego śnieżnego południa, bijącą ciepłem i dumą. Majestatyczna kotka trąciła nosem pasiastego kociaka, o ogromnych czarnych oczach i półokrągłych puszystych uszkach.Młody zamruczał i przygryzł ucho swojego szczenięcego kompana. 
- Staw się jutro na polanie przy Wielkim Dębie, ujrzysz dokładnie to. Zabij ich. Ich i wszystkich świadków. W innym wypadku ja zrobię to z Twoją rodziną. - Wycharczał, pozostawiając po sobie wizję pokrytych posoką szczątków na terenach Stada Nocy.


 Stawiła się.
 Siedziała na jednej z grubszych gałęzi Dębu, ukryta w cieniu pnia, w ciszy przyglądając się scenie, która się przed nią rozgrywała. Słońce z ledwością przebijało się przez chmury, śnieg lekko wirował po polanie, ale bynajmniej nie utrudniał widoczności. Było dokładnie tak, jak w tej dziwnej wizji. Tygrysica pochylała się nad dwoma pociechami, promieniując dumą i ciepłem. Musiała być kimś ważnym w stadzie, skoro to zadanie wydawało się ważne dla tego tajemniczego osobnika. Widać było, że kotowata jest silna i stanowcza. Jak urodzona Alpha. Kim jednak była, tego Czarna nie mogła jednoznacznie stwierdzić.
 Jedno z młodych zaczęło zaczepiać swego towarzysza, który z równą chęcią mu się odwdzięczał, a matka spoglądała na nich z rozczuleniem. Jakże sielankowo to wyglądało.
 Pantera zmrużyła ślepia, w których błysnęło coś dziwnego, czego nie powinno tam być. Obnażyła groźnie wyglądające kły w bliżej nieokreślonym grymasie. Pazury mocniej zagłębiły się w korze, ale cała postać nawet nie śmiała drgnąć. Jej oczy uważnie śledziły ruchy białej postaci pod nią, równocześnie próbując wymyślić jak zabrać się do wykonania zadania.
 Jedno z kociąt miauknęło rozkosznie, co nieco zbiło ją z tropu. Spojrzała na nie, a jej ogon poruszył się niespokojnie, na szczęście będąc w powietrzu, nie wyrządził żadnych szkód. Zacisnęła gniewnie szczęki, zła że pozwoliła sobie na rozproszenie. Jeszcze raz prześledziła wzrokiem całą polanę i okolice, żeby nic jej nie umknęło, po czym przystąpiła do działania.

"The secret side of me
I'll never let you see
I keep it caged but I can´t control that
So stay away from me, the beast is ugly
I feel the rage and I just can´t hold that"

 Poczuła jak z każdą sekundą się zmienia. Wewnątrz, głęboko w środku, zaczęła budzić się w niej bestia. Jedyna zdolna kontrolować to, co miała zamiar zaraz rozpętać. 
 Plan musiał wypalić, zbyt misternie go opracowała, zbyt dużo energii miała w niego włożyć. Zacisnęła szczęki, obnażając kły i wbiła wzrok w jakiś punkt na polanie przy przeciwległej ścianie drzew. Na ziemi leżały gałęzie, nie zasypane jeszcze całkowicie przez śnieg. Pojawiły się nad nią cienkie smugi ciemności, które tylko Raksha mogła dostrzec, kierując nimi. Nacisnęły na suche patyki, sprawiając że po polanie rozniósł się charakterystyczny dźwięk. 
 Tygrysica instynktownie odwróciła się w tamtą stronę, a małe zaprzestały zabawy, również spoglądając z ciekawością w tamtą stronę. Biała kocica mruknęła coś do dzieci, po czym zaczęła się powoli kierować w tamtą stronę. 
 Przedstawienie czas zacząć.
 Na pysku Pantery pojawił się uśmiech. Zimny, niemal przerażający. Morderca* się zbudził.

 <muzyka> 

"I feel it deep within
It´s just beneath the skin
I must confess that i feel like a monster"

 Kiedy matka odeszła już na wystarczającą odległość, wokół gardeł młodych pojawiły się te same smugi cienia, które po chwili ciasno zawinęły się na szyjkach kociątek. Zdążyły wydać tylko ciche pisknięcia zanim zabrakło im powietrza i zaczęły się dusić. 
 Raksha wyskoczyła ze swej kryjówki, lądując miękko między Białą i jej dziećmi, w tym samym momencie, w którym ta odwróciła się by sprawdzić co się stało. Podniosła pysk z przerażającym uśmiechem i utkwiła fiołkowe ślepia w przeciwniczce.
 Tygrysica z przerażeniem patrzyła jak jej dzieci się duszą, tylko sekundy dzieliły je od śmierci, a ona była za daleko i jeszcze na przeszkodzie stała ogromna Pantera, która zdawała się cieszyć tym wszystkim. Musiała coś zrobić, desperacko pragnęła ocalić młode, ale to już było niemożliwe. Patrzyła jak życie z nich uchodzi, opuszcza je, a ciemne smugi zaczęły pulsować wokół nich, jakby żywiły się tym. 
 - Ty... - Zmrużyła wściekle ślepia i spojrzała na Czarną Panterę. Zapłaci jej za to. 
Ona tylko uśmiechnęła się jeszcze szerzej, jej oczy przybrały szaleńczy wyraz, a ogon strzelił po bokach. Były tych samych rozmiarów, ale Raksha miała jedną, znaczącą przewagę. Jej szczęki były stworzone do miażdżenia.
 - Czekam - mruknęła, przybierając odpowiednią pozycję i spojrzała na przeciwniczkę wyzywająco.
Zaatakowała.

"I hate what I´ve become
The nightmare´s just begun
I must confess that I feel like a monster"

 Otoczył ich pierścień ognia, teraz tygrysica nie miała już wyjścia, jedyną opcją było atakowanie z nadzieją na sukces. Czarna sprawnie uniknęła jej pierwszego ciosu, szyderczo się do niej uśmiechając. Była w swoim żywiole, ogień otaczał je zewsząd, cienie oplatały jej ciało, a ona sama czuła jak ożywa. Odskoczyła przed kolejnym ciosem i zaraz kolejnym susem wskoczyła na grzbiet Białej, jednak ta zdołała ją zrzucić. Widocznie zdawała sobie sprawę z tego, jak niebezpieczną broń posiada Pantera.
 Długo to trwało, kiedy to raz jedna, raz druga atakowała lub odskakiwała przed kolejnym ciosem. Wyglądało to jak makabryczny taniec, dwóch zupełnie od siebie różnych stworzeń, każde pragnące uśmiercić to drugie. Czerń i Biel na tle zimowego krajobrazu. 
 Czerwień rozprysła się na nieskazitelnym dotąd śniegu. Naznaczyła to miejsce swym jaskrawym śladem. Śnieg nie był już czysty, a splamiony śladami walki, której nic nie mogło powstrzymać. Tylko śmierć jednej z uczestniczek tego makabrycznego tańca.
 Bok pasiastej rozcięły potężne szramy, odrzucając ją na sporą odległość. Nie zdążyła nawet się podnieść, kiedy poczuła jak jej kończyny zostały oplecione tymi zdradliwymi cieniami. Samica Jaguara doskoczyła do niej w jednym susie i posyłając jej ostatni - niemal szaleńczy uśmiech, wgryzła się w jej szyję, pozbawiając możliwości obrony. W desperackim akcie tygrysica zaczęła się szarpać, powiększając jeszcze swą agonię. Czując pazury na swym boku i miażdżące szczęki na gardle. Wydając ostatnie już warknięcia, zdołała jeszcze zranić zabójczynię, zostawiając na jej boku płytkie szramy po pazurach. 
 W końcu zabójcze szczęki puściły, ogień opadł, a cienie czmychnęły do swych kryjówek. Fiołkowe ślepia obejrzały wszystko to, co uczyniła ich właścicielka. Śnieg naznaczony śladami walki, czerwień odcinała się wyraźnie na jego tle, przypominając co tu się stało. 
 Ciche warknięcie wydobyło się spomiędzy zaciśniętych kłów.

"My secret side I keep
Hid under lock and key
I keep it caged but I can´t control that
Cause if I let him out
He´ll tear me up break me down"

 Skrzypnięcie śniegu wyrwało ją z tego chwilowego zawieszenia, od razu skierowując całą uwagę na niepotrzebnego świadka. Warknęła wściekle, widząc przerażone oblicze innego tygrysa, który musiał właśnie wejść na polanę. O wiele mniejszy od niej, stał w miejscu, jakby nie mógł się ruszyć. Zgięła przednie łapy, przygotowując się to pogoni. Jej obnażone kły i wściekłe ślepia mówiły wszystko.
 Kot zaczął uciekać.
 Z warknięciem ruszyła za nim, pewna że jeśli go nie zatrzyma, wszyscy się dowiedzą co zaszło.
Był szybki, ale nie na tyle by przed nią uciec. W połowie drogi wskoczyła na niską gałąź i skacząc po drzewach dogoniła go. Kiedy ten myślał, że już zdołał uciec, zeskoczyła na niego i uderzyła łapą w biały pysk. Ostatnim co ujrzał, były wściekłe fiołkowe ślepia. 

"I'm gonna lose control
It's something radical
I must confess that I feel like a monster"

 Odeszła stamtąd, nawet nie spojrzawszy na płonące ciało kotowatego. Nikt więcej nie widział, nikt więcej się nie dowie. Bez świadków, bez śladów.
 Nie wróciła na miejsce zbrodni, już pewnie ktoś się tam znalazł. 
 Wspięła się na największe drzewo jakie znalazła. Ciemność zaczęła formować się przy jej barkach, by zaraz potem wyrosły z nich potężne, o rozpiętości niemal czterech metrów, błoniaste skrzydła. Ostatkiem sił wzbiła się w powietrze, ponad chmury, by wrócić do spokojnego zakątka. Do stada.
 Żadnych świadków. Żadnych śladów.

___________________________________________________________

*Morderca - w karcie postaci już uzupełnionej, jest to "trzeci część" osobowości Rakshy.

Za długie? Za krótkie? Błędy? Może nie pasuje do ogólnego zamysłu?
Proszę o wytknięcie wszystkiego, jeśli komuś udało się dobrnąć do końca.
Wybaczcie te wstawki, ale po prostu ta piosenka bardzo mi tu pasowała. 
Mam nadzieję, że sprostałam zadaniu i że się podobało.