*Karta tymczasowa, jak się trochę naoliwię w pisaniu to zapewne ją rozwinę, tymczasem chodźcie na wątki.
Chętnie popiszę pod kartą!
21 grudnia 2020
5 grudnia 2020
Tallulah, leaping water
TALLULAH
Tula
BERBEĆ
Łapki drobne, ale zaprowadzą ku wszelkim przygodom. Oczy pełne ciekawości. Zawsze krok w tyle za siostrą.
MŁODA DOROSŁA
Smukła sylwetka, na wysokich łapach, owleczona śnieżnobiałym futrem. Barwa oczu zmienia się od błękitu do jaskrawej żółci.
Zdecydowania drobniejszej postury od siostry, jednak również nie należy do najmniejszych.
GŁUPIA PINDA SIOSTRA
Kocha ją, ale niekiedy mogłaby ją zamordować. Głupota idzie u niej w parze z odwagą, a jej temperament mógłby naostrzyć najbardziej tępe noże.
Twierdzi, że to Mahet zawsze pakuje ją w kłopoty, mimo że w głębi serca jest równie ciekawska.
Drą koty, ale to jednak siostry. Niejedonkortnie bywa, że potrafią porozumieć się samym spojrzeniem.
MAMUNIA I TATULEK
Hiacynt & Tristan
CIOCIE WUJKI BABCIE KUZYNI I INNE TAKIE
Valkkai, fajne macki i patrzałki
Aldieb, babcia co ciągle marudzi
Kirke, dziwna pani, co wygląda jak strach na wróble
Kruk, dziwnie się patrzył
CZŁOWIEKIEM TEŻ BYĆ MOGĘ

AM I CRAZY?
That we will have to see.
24 listopada 2019
Ejże, gdzie cię niosą łapy? [I]
***
Szybkie kroki rozbrzmiały na kamiennym bruku. Ven schowała twarz w zielonkawej chustce, kuląc głowę w ramionach. Mimo, że nie było śniegu, mróz przesiąkał aż do kości. Szła przez dłuższy moment, spoglądając jedynie pod nogi. Patrząc na popękaną klepkę, na porozrzucane pety, chwasty wyrastające z pomiędzy chodnikowych płytek. Tak znajomy widok. Odrzuciła teraz kaptur z głowy, rozglądając się dokoła. Nie było jej tu od niespełna roku, gdy w pośpiechu, pod wpływem impulsu opuściła miasto. A teraz wróciła. Co ją tu gnało? Może złapała ją świąteczna atmosfera. Nostalgia. Wyjęła ręce z kieszeni i zaczęła przeskakiwać z jednej płytki na drugą, tak by nie stanąć na żadnej z linii, aż dotarła do krawężnika. Rozłożyła szeroko ręce, by utrzymać równowagę i szła wzdłuż wąskiego pasma, balansując nad urwiskiem z rozżarzoną lawą, którą właśnie w jej głowie stał się uliczny asfalt. Przeszła jedną przecznicę, aż w końcu znudziła jej się ta zabawa. Zeskoczyła z krawężnika, rozglądając się dookoła, by zorientować się gdzie się znajdowała. Dopiero teraz poczuła, jak zmarzły jej palce. Mróz szczypał, w zaczerwienione od zimna nos i uszy. Było jeszcze wcześnie. Wokół panowała cisza. Zaledwie kilka osób ją minęło, mimo, że wędrowała między budynkami już co najmniej pół godziny. Podbiegła kawałek, chowając zmarznięte dłonie do kieszeni kurtki. Jej oddech formował białe obłoczki pary. Skręciła w bok, wchodząc w wąską, zacienioną alejkę. Parę metrów i znów wyszła na światło, a przed jej oczami wznosiła się stara kamienica. Jej dom. Przystanęła, wahając się przez chwilę. Zacisnęła usta, po czym szybkim krokiem przeszła przez ulicę i podeszła do wejściowych drzwi. Wstukała kod na ekranie klawiatury, a gdy usłyszała ciche bzyk, szarpnęła za klamkę. Trzeba było szarpać, inaczej by się nie otworzyły. Weszła na zacienioną klatkę, a drzwi zatrzasnęły się za nią z głuchym trzaskiem. Wbiegła po schodach na pierwsze piętro, na zakręcie robiąc szeroki ślizg, jedną ręką trzymając się poręczy. Stanęła przed drzwiami do mieszkania, ciężko oddychając. Słyszała głośne bicie własnego serca. Uniosła bladą dłoń - opuszki palców wciąż były zaczerwienione - i cicho zastukała. Cisza. Przełknęła ślinę, po czym nacisnęła klamkę. Było otwarte, właściwie mogła się tego spodziewać. I tak nie posiadali nic wartego kradzieży. Uchyliła drzwi i weszła do środka, cichutko je za sobą zamykając. Rozpięła kurtkę, przechodząc przez krótki przedpokój, do pokoju głównego. Z telewizora dochodziły jakieś niewyraźne głosy, transmisja co chwilę się przerywała i trzeszczała. Na podłodze i szafkach walały się stare naczynia, brudne ubrania i puste butelki. Niewiele się zmieniło. Jej matka leżała na zawalonej rzeczami kanapie. Wyglądała chyba jeszcze gorzej, niż jak ją ostatnim razem widziała. W dłoni trzymała nie do końca opróżnioną butelkę po jakimś piwie. Śmierdziało. Jak zwykle. Vela przeszła przez pokój, omijając walające się wszędzie rzeczy i podeszła do drzemiącej rodzicielki. Pochyliła się nad nią i szturchnęła ją lekko w ramię.
– Mamo – brak reakcji – Mamo – tym razem powiedziała to głośniej, potrząsając ją za ramię mocniej. Kobieta zamruczała coś niewyraźnie, zmieniając pozycję. Butelka wypadła jej z dłoni.
– Wróciłam, mamo. Chciałam się z tobą przywitać, sprawdzić co u ciebie. – Jej głos tylko odrobinę zadrżał, jednak całkiem dobrze udało jej się udać pewność siebie. Na starszej kobiecie nie zrobiło to jednak wrażenia.
– Tyle miesięcy cię nie było! I teraz wracasz jakby nigdy nic. - Żachnęła się wściekle, widać było, że kotłowały się w niej emocje, mieszane jeszcze z pomrokiem alkoholu.
Ven jednak jakby nie usłyszała tych słów, ponieważ w tym momencie dostrzegła zielonkawo-fioletowe sińce znajdujące się na przedramieniu kobiety.
– Mamo... – zaczęła, lecz nie było dane jej dokończyć zdania.
W tym momencie otworzyły się z trzaskiem drzwi w głębi mieszkania. Usłyszała donośny, męski głos.
– Co tu się dzieje?! - Do pokoju wszedł rosły chłopak, o ciemnych oczach.
Ven myślała, że były same. Cofnęła się gwałtownie na jego widok. Włosy miał w nieładzie, chyba dopiero co się obudził. Kiedy jego spojrzenie padło na dziewczynę, twarz wykrzywiła mu się we wściekłym grymasie.
– No proszę, kogo my tu mamy – wycedził przez zęby – Świat dał ci w kość i postanowiłaś wrócić? A gdzie ta szmata, z którą się szlajałaś?
Ven zacisnęła pięści, aż paznokcie wbiły jej się w skórę. Poczuła, jak łzy bólu i złości natychmiast napływają jej do oczu, ale nie było mowy, żeby miała się rozpłakać przed nim.
– A co ci do tego, skurwielu?! - wywarczała, nie mogąc powstrzymać się od przekleństwa - Lepiej powiedz co jej zrobiłeś? - Wyciągnęła rękę w stronę matki, która teraz kuliła się na kanapie.
Uniósł tylko brwi z głupkowatym uśmieszkiem.
– Mogła się lepiej zachowywać, to by nie oberwała.
W Ven się zagotowało. Jeszcze nigdy wcześniej pierwsza nie zaatakowała brata, jednak tym razem nie wytrzymała. Rzuciła się z pięściami w jego stronę. Jednak co ona mogła - ona, kruszyna, sto sześćdziesiąt centymetrów, przy mierzącym metr osiemdziesiąt, barczystym chłopaku. Nie miał oporów by podnieść na nią rękę. Dostała pięścią w twarz i poleciała w tył na ziemię, odruchowo kuląc się w sobie i zmieniając postać na zwierzęcą. Widząc to, Marten również się zmienił. Jako pies, był od niej również dwa razy większy. Rzucił się w jej stronę, dokładnie w momencie, gdy udało jej się wyplątać z własnych ubrań. Szamotanina trwała tylko chwilę. Jego powarkiwania, jej piski i latające kupki biało-czarnej sierści. Ven odrzuciło, aż wylądowała pod jedną z szafek. Podniosła się dysząc ciężko, wszystko ją bolało. Wiedziała, że była to przegrana walka, nie miała szans z bratem. Podkuliła ogon i uszy i wycofała się, zanim znów zdążył ją dopaść. Czmychnęła szybko przez uchylone drzwi i wybiegła na podwórko tylnym wyjściem. Pobiegła wąskimi alejkami, kulejąc na jedną łapę. Przebiegła przez kolejne podwórko - całe szczęście nikt nadal nie naprawił dziur w ogrodzeniu - aż w końcu dotarła tam gdzie chciała. Stanęła pod drzwiami i podniosła łapkę. Zaskrobała pazurami o drewno. Nic, cisza. Oblizała nos i spuściła pysk. Zwinęła się na wycieraczce pod drzwiami, pochlipując cicho. Po jakimś czasie zasnęła.
***
[...]
Pisane niespełna dwa lata temu i nigdy niedokończone. Postanowiłam opublikować to co mam, może zmotywuje mnie to do napisania kontynuacji.

